04 września

Człowiek jaki jest, każdy widzi, czyli dobrzy ludzie nie pukają w akwarium

Ponad 250 lat temu pewien ksiądz, Benedykt Chmielowski, postanowił opisać świat i stworzył pierwszą polską encyklopedię powszechną. Dziwne to było dzieło, na miarę tamtych czasów. Chmielowski w definicjach słów nie szczędził, w szerokim kontekście religijno-mityczno-legendarno-naukowym wszystkie zagadnienia ludziom objaśniał. Oprócz konia. Bo przecież „Koń jaki jest, każdy widzi”.

A człowiek? U Chmielowskiego doczekał się własnego rozdziału, a oprócz tego miliona różnych definicji, dzieł, opracowań, książek, wierszy, poematów, filmów, komiksów, rysunków. Wszystkie jednak zawierają jeden podstawowy błąd. To człowiek definiuje człowieka, od naszego antropocentryzmu nie ma ucieczki. Z małymi wyjątkami, do których należy książka Marzeny Matuszak „Człowiek jaki jest, każdy widzi”


Wszystko rozgrywa się w hotelu tylko dla zwierząt położonym wysoko, wysoko na himalajskim szczycie.  Nikt niepożądany, żaden człowiek nigdy tu nie dotarł. Tu zwierzęta wszystkich gatunków mogą się do woli relaksować, odpoczywać, ładować akumulatory. Oczywiście zgodnie z regulaminem, który wyklucza jedno - wzajemne zjadanie się. Prawa biologii w tym magicznym miejscu zostają zawieszone. Ba, nie wolno nawet o tym wspominać, by nie burzyć sielskiej atmosfery. Wszyscy są sobie gastronomicznie równi, jedzą to, co przygotują gospodarze, a ci serwują kuchnię wegańską. 

To zwierzęce spa prowadzi sympatyczna rodzina Yetich. Mama, tata i ciekawska, jak to dziecko, Yetinka. To ona próbuje dowiedzieć się czegoś o mitycznym człowieku, który podobno istnieje, ale nie każdy go widział. Niemal jak w „Czarodziejskiej górze” oniryczna, leniwa atmosfera wynikająca m.in. z całkowitej izolacji sprzyja długim filozoficznym dysputom, więc zwierzęta chętnie dzielą się swoimi spostrzeżeniami. Bo cóż oprócz myślenia o ważnych i tajemniczych sprawach tego świata pozostaje, gdy wszystkie troski dnia codziennego można odstawić na boczny tor? Dlatego też nawiązanie tytułu do słynnej definicji jest nieco mylące. Hotelowi goście bardzo poważnie podchodzą do kwestii ustalenia, czym ten człowiek w ogóle jest. Oglądają go, analizują, zestawiają fakty, legendy i własne doświadczenia. Dokładnie tak jak Chmielowski.

Autorka świetnie pokazuje przy tym różne perspektywy postrzegania człowieka przez poszczególne gatunki. Mała komarzyca Bzybzy kojarzy długie śmiercionośne odnóża, którymi ludzie cały czas machają. Rekin myli człowieka z foką, a dorsz uważa go za tajemniczego porywacza. Co więcej, z punktu widzenia zwierząt człowiek stanowi całość ze wszystkimi swoimi atrybutami, narzędziami. Człowiek plus koparka to nadal tylko człowiek - ogromny i z długimi łapami. Sowa jest święcie przekonana, że ludzie świecą w ciemnościach. A but? Jego istotą jest rzeczywiście bycie butem? 

Niestety obraz wyłaniający się z tych rozważań nie jest dla naszego gatunku korzystny. Po pierwsze nasze zachowania co najmniej dziwią, są nieracjonalne, niezrozumiałe i pewnie głupie. Po drugie wśród większości gości hotelu u Yetich budzimy ogromny lęk. Po części wynika to z punktu pierwszego. Nawet nas, takich mądrych i wspaniałych, to, czego nie pojmujemy, przeraża. Jednak kluczową rolę odgrywa tu po prostu nasze miejsce w  łańcuchu pokarmowym. No cóż. Może rzeczywiście powinniśmy przerzucić się na ananasy?

Zupełnie inaczej odbierają nas zwierzęta udomowione, przy czym dzika natura kota nie pozwala mu na podporządkowanie się ludziom. Co innego pies. Niestety, dostało mu się trochę. Odstaje od innych zwierząt, nie potrafi się wysłowić, tylko wyje z tęsknoty za przewodnikiem swojego stada - człowiekiem. Trochę to niesprawiedliwe.

Siła tej książki tkwi także w humorze. Wyobraźcie sobie tylko istotę z rybim ogonem, o zmieniającej kolor i fakturę sierści, której z ust lecą bąbelki. Potrafi ona latać, pływać i długimi odnóżami kopie bezużyteczne tunele, w których nie trzyma ziarenek. Można ją wypić, a także w pewnych okolicznościach zjeść. Niezmiernie bawią także dwie wersje ewolucji człowieka - opowieść leniwca i kapucynki.

Nostalgiczny, lekko oniryczny klimat opowieści kształtuje baśniowa struktura, którą sygnalizują już pierwsze zdania. I nie tylko - w tekście znajdziemy także bezpośrednie odniesienia do baśni. 

Malarskie ilustracje Grażyny Rigall na pierwszy rzut oka mogą wydawać się trochę przytłaczające, ale to tylko złudzenie. Świetnie oddają nie tylko karykaturalność, przerysowanie niektórych wizji człowieka, ale i tajemniczość tego dziwnego gatunku.

Gdy przeczytałam  „Człowieka...” po raz pierwszy, sens tej książki, jej przesłanie wydało mi się oczywiste. Z każdą kolejną lekturą odkrywałam tkwiące w niej niby niepozornie, niby przez przypadek znaczenia. Wątków, myśli, według których możemy układać wraz z dzieckiem interpretacyjne ścieżki jest tu tyle, że moglibyśmy obdzielić nimi kilka innych opowieści. Od tytułowej definicji, kim w ogóle jesteśmy, poprzez nasz stosunek do zwierząt, nasze miejsce w łańcuchu pokarmowym, po to, jak mylne mogą być pozory, jak nasza ocena rzeczywistości zależy od naszej wiedzy i doświadczenia. A to tylko przykłady.

Jedno wiem na pewno. „Z pewnością nie brakuje na świecie dobrych ludzi, którzy nie pukają w akwarium”. A gdyby Benedykt Chmielowski znał książkę Marzeny Matuszak, wiedziałby, że koń zasługuje na bardziej złożoną definicję.

W 2016 roku książka zasłużenie otrzymała wyróżnienie w I edycji międzynarodowego konkursu na projekt ilustrowanej książki dla dzieci JASNOWIDZE.

CZŁOWIEK JAKI JEST, KAŻDY WIDZI

Tekst: Marzena Matuszak
Ilustracje: Grażyna Rigall
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Data wydania: 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 56
Rekomendowany wiek: 5+



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2017 Mamobab czyta