„O chłopcu, który ujarzmił wiatr”, czyli siła charakteru

21 października

„O chłopcu, który ujarzmił wiatr”, czyli siła charakteru


Książkę „O chłopcu, który ujarzmił wiatr” wydawca określa jako połączenie biografii i powieści przygodowej. Nie do końca odpowiada to prawdzie. Mamy raczej do czynienia z autobiografią, która w wielu miejscach zbliża się do zaangażowanego społecznie quasi-reportażu. Prawdziwa historia chłopca, który po prostu mimo przeciwności realizował swoje marzenie, to także opowieść o realiach życia w biednej wiosce w Malawi na przełomie XX i XXI wieku, przejmująca kronika klęski głodu, to wreszcie kopalnia wiedzy z zakresu podstaw techniki i fizyki.




William Kamkwamba - główny bohater i jednocześnie narrator - to postać prawdziwa, utalentowany technicznie chłopiec z ubogiej afrykańskiej rodziny, który pewnego dnia odkrył, że nauka tłumaczy świat i może zmieniać lub chociaż ułatwiać życie. Od tej chwili marzył, by zostać naukowcem. Niestety, pochodzenie, bieda, klęska głodu, brak środków, by opłacić czesne w i tak dość kiepskiej szkole, spowodowały, że droga do realizacji tego celu była długa i kręta. Oczywiście zakończyła się sukcesem, co bystry czytelnik będzie wiedział już przed lekturą (ten tytułowy spoiler). Istotny jest jednak nie punkt dojścia, ale wszystko to, co wydarzyło się po drodze. Wyjątkowa determinacja, żądza wiedzy, pracowitość, przekonanie o słuszności i realności własnych pomysłów, drobna pomoc kilku przyjaciół i cała seria zbiegów okoliczności, które wcale nie wynikały z czystego przypadku, ale stanowiły efekt wcześniejszych działań. Historia Williama, który dosłownie ze śmieci stworzył turbinę wiatrową i podarował swoim bliskim prąd i niezależność, zaskakuje, motywuje i budzi podziw.

Przeraża Afryka widziana oczami dziecka. Trudna, surowa, bezwzględna, tak różna od naszej komfortowej europejskiej rzeczywistości. Tu nauka współistnieje z magią, nowoczesność z zabobonem. Tu nadal wierzy się w klątwy, wykształcenie jest rzeczą rzadką. Okazuje się, że dostęp do wody, elektryczności wcale nie jest tak powszechny i oczywisty. Niby zdajemy sobie z tego sprawę, niby wiemy, ale kto z nas rozumie, co jeszcze wcale nie tak dawno oznaczał na polskiej wsi przednówek? William zrozumiałby, gdyż on, jego rodzina, sąsiedzi, większość kraju wciąż żyją w cyklu od zbiorów do zbiorów, który tak łatwo może się załamać. O tym też opowiada ta książka, o klęsce głodu i o tym, jak destrukcyjny dla całej społeczności jest brak dostępu do żywności. Nawet ci, którzy przeżyli, przez lata muszą się mierzyć z jej skutkami. Jak William.

Tym jednak, co najbardziej uderzyło mnie w historii chłopca, tym, co wydaje się być najbardziej aktualne, jest podejście do rzeczy, do zasobów, które najlepiej oddaje poniższy cytat: „Tam, gdzie reszta świata widzi śmieci, Afryka widzi surowce wtórne. Gdzie świat widzi odpady, Afryka widzi odrodzenie.” To właśnie z wysypiska, złomowiska chłopiec pozyskuje części do swych konstrukcji. Nie ma środków, by je kupić, rozgląda się więc wokół siebie. Kombinuje, przetwarza, daje temu, co zepsute, wyrzucone, zbędne, drugie życie. Owszem, motywuje go bieda, a nie troska o stan planety, nie zmienia to jednak przesłania, że można, że śmietnik to wielkie składowisko materiałów, które aż proszą się o ponowne wykorzystanie.

Cieszy również wielokrotnie podkreślana rola niedużej wiejskiej biblioteki, w której William, zmuszony do rezygnacji z klasycznej, szkolnej edukacji, samodzielnie zdobywa wiedzę. To tam, dzięki książkom, znajduje potwierdzenie własnych doświadczeń, weryfikuje swoje pomysły. Stamtąd czerpie inspiracje.

Nie lubię biografii, w których zastosowano pierwszoosobową narrację. Wolę ten złudny obiektywizm, szerszą perspektywę możliwą tylko wtedy, gdy opowiadacz znajduje się trochę z boku historii. Tym razem jednak konwencja się sprawdza, autorom, Williamowi Kamkwambie i Bryanowi Mealerowi, udało się uniknąć pułapki braku dystansu. Chłopiec podchodzi do swoich dokonań dość krytycznie, choć zawsze jest przekonany, że ma rację, że obrał słuszny kierunek. Opisuje nie tylko swoje sukcesy, ale i porażki, także te osobiste. Zyskuje przy tym na wiarygodności.

Trochę zawodzi konstrukcja książki, która stanowczo powinna skończyć się wcześniej. Niepotrzebnie w głównej narracji pojawiły się końcowe wyliczenia, podsumowania, plany na przyszłość. Aż prosi się, by ta część została wyodrębniona choćby w epilogu. Zabrakło po prostu wyraźnej kropki nad i, zdania, wydarzenia, które wieńcząc dzieło, zostałoby z czytelnikiem na dłużej.


„O chłopcu, który ujarzmił wiatr” opowiada historię, która nie tylko uczy, ale i wzrusza, szczególnie gdy czytelnik uświadomi sobie, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. I choć momentami odrobinę nudziły mnie drobiazgowe opisy poszczególnych projektów, tych wszystkich turbin i innych konstrukcji, postać samego chłopca, jego siła, determinacja, nieustająca wiara w przyszłość i przejmujące opisy afrykańskich realiów naprawdę dawały mi sporo czytelniczej satysfakcji. To zaskakująco aktualna pozycja nie tylko dla rówieśników głównego bohatera, ale i dla nieco starszych odbiorców. (12+)


O CHŁOPCU, KTÓRY UJARZMIŁ WIATR
Tekst: Wiliam Kamkwamba, Bryan Mealer
Tłumaczenie: Katarzyna Iwańska
Wydawnictwo: Edgar
Seria: Kapitan Nauka
Data wydania: 2019
Oprawa: miękka
Liczba stron: 296
Format / forma: klasyczna książka
Sugerowany wiek: 12+


„Zwierzaki cudaki”, „Zwierzaki zwyklaki”, czyli (nie)adekwatność tytułów

09 października

„Zwierzaki cudaki”, „Zwierzaki zwyklaki”, czyli (nie)adekwatność tytułów



„Zwierzaki cudaki” mieszkają z nami od dawna, „Zwierzaki zwyklaki” dołączyły do naszej domowej biblioteczki kilka miesięcy temu. Tworzą świetną, uzupełniającą się parę, choć mamy drobny kłopot z adekwatnością tytułów. Nie wszystkie cudaki są aż tak cudaczne, nie wszystkie zwyklaki są aż tak zwykłe. Wszystkie za to są jedyne w swoim rodzaju, po prostu niesamowite.


„Zwierzaki cudaki”, „Zwierzaki zwyklaki” Bibi Dumon Tak, Fleur van der Weel. Wydawnictwo Dwie Siostry


Przyroda to fascynujący temat, o którym można pisać na tysiąc sposobów. Poważnie lub zabawnie, skupiając się na szczegółach lub kreśląc ogólny rys, systematycznie lub podając przypadkowe fakty, nudno lub wciągająco. Bibi Dumon Tak zdecydowała się na formę gawędy. W każdym z krótkich rozdziałów snuje opowieści o kilku wybranych ciekawostkach dotyczących poszczególnych zwierząt. Taka formuła to strzał w dziesiątkę. Anegdota zawsze jest atrakcyjna, skupia uwagę nawet najbardziej opornego czytelnika, wciąga.


„Zwierzaki cudaki”, „Zwierzaki zwyklaki” Bibi Dumon Tak, Fleur van der Weel. Wydawnictwo Dwie Siostry

W sumie w obu tomikach znajdziemy aż osiemdziesiąt gatunków mniej i bardziej znanych przedstawicieli fauny scharakteryzowanych w nieoczywisty, zabawny sposób. Autorka nie koncentruje się na ogólnie znanych faktach, ale sięga głębiej. Z całej masy danych wybiera to, co intrygujące, inne. W jej ujęciu nie tylko cudaki zgodnie z nazwą zaskakują. Zwyklaki również. Czy zdajecie sobie sprawę, że stonogi oddychają skrzelami ukrytymi w tylnych odnóżach, a śledzie rozmawiają ze sobą, puszczając bąki?

„Zwierzaki cudaki”, „Zwierzaki zwyklaki” Bibi Dumon Tak, Fleur van der Weel. Wydawnictwo Dwie Siostry

Ziemska fauna to świat zapierający dech w piersiach. Tak różnorodny, że czasami wydaje się aż niemożliwy. Tutaj rządzi instynkt przetrwania gatunku, czyli miłość, namiętność w różnych wydaniach. Niektórzy na udany związek muszą solidnie zapracować, jak choćby altannik, inni mogą liczyć na bezinteresowną pomoc całego stada (te przemiłe surykatki) lub żyją w społeczności, w której rządzą pieszczoty (te bonobo). Podziw budzi wierność niektórych par i bezgraniczne zaufanie. Któżby bowiem dał się partnerowi zamurować za życia jak samiczka dzioborożca wielkiego. Niestety często zdarza się, że miłość oznacza śmierć. Cóż, życie.

„Zwierzaki cudaki”, „Zwierzaki zwyklaki” Bibi Dumon Tak, Fleur van der Weel. Wydawnictwo Dwie Siostry


Bywa jednak, że dziwne zwyczaje zwierząt budzą grozę. Opis związku pani matronicy z panem matronicą przyprawia o gęsią skórkę. Nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby spotkać na swojej drodze strzela bombardiera, wampira czy natknąć się w morskich głębinach na wyjątkowo cierpliwego pożeracza czarnego lub w pobliskim jeziorze na pospolitego szczupaka. Węgorza elektrycznego lepiej unikać nawet po jego śmierci. Niby martwy, a wciąż groźny, gdyż może porazić prądem.
Dodajmy również, że autorka nie ucieka od jakże lubianej przez młodszych tematyki fekalnej. Kupa czasami stanowi wręcz fundament życia, a dowody znajdziecie oczywiście w tych książkach.

„Zwierzaki cudaki”, „Zwierzaki zwyklaki” Bibi Dumon Tak, Fleur van der Weel. Wydawnictwo Dwie Siostry


Autorka próbuje zaangażować czytelnika, zwraca się do niego bezpośrednio, zadaje mu pytania. To duży atut tej pozycji. Prosty, wręcz potoczny język, ogrom humoru sprawiają, że nawet najbardziej trudne zagadnienia wchodzą do głowy same. Dlaczego na moich lekcjach biologii nauczyciele nie opowiadali w ten sposób? Dlaczego? Niestety, w drugim tomiku w kilku miejscach zdarzają się niefortunne sformułowania, na przykład pindrzenie się.


„Zwierzaki cudaki”, „Zwierzaki zwyklaki” Bibi Dumon Tak, Fleur van der Weel. Wydawnictwo Dwie Siostry

Ciekawym zabiegiem są pojawiające się na kolejnych stronach gdzieś na marginesie dodatkowe informacje o omawianych zwierzakach. Z jednej strony trochę utrudniają one lekturę (to punkt widzenia dorosłej zrzędy), z drugiej jednak uatrakcyjniają ją, pomagają lepiej zapamiętać ciekawostki. Skłaniają do zadawania pytań typu Czy pamiętasz?. Dzieciaki to lubią.

„Zwierzaki cudaki”, „Zwierzaki zwyklaki” Bibi Dumon Tak, Fleur van der Weel. Wydawnictwo Dwie Siostry


Rzucające się w oczy, wręcz fluorescencyjne okładki nie zapowiadają tego, co kryje się wewnątrz książki. To piękne, minimalistyczne linoryty autorstwa Fleur van der Weel. Czarno-białe, na pierwszy rzut oka przypominają ilustracje w starych atlasach przyrodniczych. Przyjrzyjcie się jednak dokładniej, a dostrzeżecie pełne humoru scenki rodzajowe z opisywanymi zwierzakami w roli głównej.

„Zwierzaki cudaki”, „Zwierzaki zwyklaki” Bibi Dumon Tak, Fleur van der Weel. Wydawnictwo Dwie Siostry


Wydawca rekomenduje obie pozycje czytelnikom powyżej 7. roku życia. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by eksplorować świat niezwykłych i zwykłych zwierząt  ze starszymi przedszkolakami, jeśli wiedzą już to i owo o rozmnażaniu i łańcuchu pokarmowym, nie boją się potworów, a ich rodzice nie rumienią się, czytając o seksualności ślimaka czy słysząc straszne słowo siusiak. Na przykład ze szczoteczkami. Do wymiatania. Zdziwieni? Takich ciekawostek znajdziecie w tych książkach naprawdę sporo.

ZWIERZAKI CUDAKI
Tekst: Bibi Dumon Tak
Ilustracje: Fleur van der Weel
Tłumaczenie: Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Data wydania: 2011
Liczba stron: 88
Oprawa: twarda
Format/forma: mini
Sugerowany wiek: 7+ (według wydawnictwa), Mamobab czytał z 5-latką i był szał


ZWIERZAKI ZWYKLAKI
Tekst: Bibi Dumon Tak
Ilustracje: Fleur van der Weel
Tłumaczenie: Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Data wydania: 2019
Liczba stron: 92
Oprawa: twarda
Format/forma: mini
Sugerowany wiek: 7+

„Lukrecja”, czyli kilka dni z życia początkującej nastolatki

30 września

„Lukrecja”, czyli kilka dni z życia początkującej nastolatki


„Lukrecja” napisana przez Anne Goscinny to przyjemne, lekkie czytadło. I dobrze, gdyż takie książki są potrzebne - niezobowiązujące, momentami zabawne, dość sprawnie napisane i przede wszystkim nawet niegłupie. Ponad dwieście stron przygód pewnej nastolatki do pochłonięcia w jeden wieczór. Najlepiej podczas jednego posiedzenia. 
„Lukrecja”, Anne Goscinny, Catel, Znak Emotikon


Podstawowy atut książki to wiarygodna główna bohaterka w okresie przejściowym. Trochę dzieciak, trochę nastolatka. Czytelniczki mniej więcej do dwunastego roku życia łatwo odnajdą się w świecie emocji i doświadczeń Lukrecji, zwanej Lulu, szczególnie że to właśnie ona opowiada nam o sobie. Dotyka przy tym takich tematów, jak pierwsza miłość, przyjaźnie na całe życie i codzienne szkolne sprawy, pozornie skomplikowane relacje rodzinne, które okazują się wbrew pozorom całkiem uporządkowane i zwykłe, plany na przyszłość i marzenia. Dużo? Wcale nie. To po prostu kilka dni z życia pewnej uczennicy, która nie lubi mieszać tego, co szkolne, z tym, co domowe. Jakaś klasowa wycieczka czy wybory przewodniczącego, urodzinowa impreza, dzień z ojcem, kupowanie żółwia z mamą, dość dziwna pomoc w odrabianiu pracy domowej. Normalność. Cała książka przypomina pamiętnik, który dodatkowo w jednym z opowiadań pełni kluczową rolę.



„Lukrecja”, Anne Goscinny, Catel, Znak Emotikon
   
Lulu wychowuje się w rodzinie patchworkowej. Mieszka z energiczną mamą, wiecznie zapracowaną panią adwokat, (dosłownie) bujającym w obłokach ojczymem i młodszym bratem, który funkcjonuje głównie w świecie zombiaków. Całości dopełniają: ojciec artysta, który ma średnio trzy narzeczone rocznie, ledwie wspomniana babcia z demencją i Scarlett, czyli babcia przeżywająca właśnie drugą młodość. W tle pojawiają się również inne postaci, w tym przyjaciółki, tak zwane Liny, nauczyciele, pani psycholog. Mnóstwo typów z charakterem. Niestety, trochę ich za dużo. W dodatku każdy z nich sportretowany został dość schematycznie. Ojciec malarz, więc wiadomo że musi być kochliwy. Matka, nowoczesna bizneswoman, więc oczywiście nie ona w domu gotuje. I tak dalej. Gdy pojawiła się wzmianka, że brat Lulu uwielbia zasady, z automatu spodziewałam się, że okaże się dzieckiem autystycznym (wyjątkowo w tym przypadku to był błędny trop). Słowem to, co jeszcze kilka lat temu uznalibyśmy w literaturze dziecięcej za nowe, odkrywcze, przełamujące tabu, dziś odrobinę zahacza o banał. Z drugiej strony może to dobrze? Przyznam szczerze, że nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.


„Lukrecja”, Anne Goscinny, Catel, Znak Emotikon

Ciekawie wypada opis relacji panujących w tej (nie)typowej rodzinie. Tu wszyscy w jakiejś formie się starają. I mama, która bierze wolne w pracy, by towarzyszyć córce w wycieczce do muzeum, i babcia Scarlett opiekująca się młodzieżą na imprezie urodzinowej, i ojczym niezwykle zaangażowany w gotowanie i odrabianie lekcji, i wreszcie ojciec, bywający rzadko, ale wprowadzający luz i namawiający do twórczej ekspresji. Czasami te próby są nieporadne, często przynoszą zaskakujący efekt i powodują uśmiech politowania na twarzy Lulu, ale scalają rodzinę, dają poczucie bezpieczeństwa.

„Lukrecja”, Anne Goscinny, Catel, Znak Emotikon

Pierwszoosobowa narracja wymusiła nieskomplikowaną formę językową. Nie znajdziecie tu nadmiaru zdań wielokrotnie złożonych, stylistycznych ozdobników. Lulu po prostu opowiada, momentami niezręcznie, innym razem nadzwyczaj składnie. Jak przeciętna dwunastolatka. Forma pasuje do przekazu. Nie oczekujcie więc literackiej ekstazy. To nie tu. To książka, która czyta się sama, wchodzi ekspresem. Dobre czytadło, przyjemna literatura rozrywkowa, raczej skłaniająca do śmiechu niż do refleksji, choć autorka w prezentowanych historiach starała się przemycić trochę życiowych prawd ważnych z punktu widzenia dorastającej dziewczynki.

„Lukrecja”, Anne Goscinny, Catel, Znak Emotikon


Całość uzupełniają zabawne ilustracje Catel utrzymane w czerni i bieli, na których udało się oddać charakter postaci, szczególnie babci Scarlett.

Powiem szczerze, że nie podoba mi się tak wyraźne podkreślanie przez wydawnictwo faktu, że „Lukrecja” wyszła spod pióra córki twórcy kultowego dla wielu pokoleń „Mikołajka”. Ta informacja wręcz krzyczy z okładki. Czy to gwarantuje jakość? Oczywiście, że nie, ale wymusza porównanie książek, których zestawianie ze sobą nie ma sensu. Nie te ligi. „Lukrecja” to „Lukrecja”, „Mikołajek” to „Mikołajek”, Anne Goscinny to Anne Goscinny, a René Goscinny to René Goscinny. Odrębne byty.

„Lukrecja” nie należy do książek odkrywczych, ale jestem pewna, że grupa docelowa polubi świat Lulu - zwykły, zabawny, tak podobny do tego, w którym funkcjonują i polskie dwunastolatki. Pewne sprawy są przecież uniwersalne, nieprawdaż? Choćby chęć posiadania własnego zwierzaka.



LUKRECJA
Tekst: Anne Goscinny
Ilustracje: Catel
Tłumaczenie: Magdalena Talar
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Data wydania: 2019
Liczba stron: 224
Oprawa: twarda
Format/forma: typowa powieść
Sugerowany wiek: 9+


„Jestem Aki”, czyli życie to ciągłe spotkania

19 września

„Jestem Aki”, czyli życie to ciągłe spotkania


„Jestem Aki” Doroty Kassjanowicz to typowa powieść drogi, inicjacyjna historia o odkrywaniu świata i budowaniu własnego ja, opis wędrówki, podczas której bohater dojrzewa, odkrywa własną tożsamość i przeznaczenie. Nietypowa w tym przypadku jest jedynie główna postać, tytułowy Aki, czyli młody owad, nieokreślony jeszcze, nie wiadomo jaki. Potencjalnie taki albo taki. Albo jeszcze taki. Wypisz wymaluj nastolatek.

„Jestem Aki” Dorota Kassjanowicz, Patryk Hardziej, Tashka

Pewnego dnia rodzice Akiego oświadczają, że zgodnie ze starym zwyczajem owadziątko musi opuścić rodzinny dom i wyruszyć w drogę. Na spotkanie. Jakie? Nie wiadomo. Po prostu trzeba iść, by dotrzeć tam, a nie gdzieś indziej. Na tym polega życie.

I jak to w życiu wędrowanie wcale nie zawsze jest łatwe. Autorka dotyka tematów trudnych, zmuszających do refleksji, zatrzymania się, czasami do spojrzenia w głąb siebie, zmierzenia się z własnymi lękami, ograniczeniami, słabościami i wadami. Na pewnym poziomie tekst ten można zinterpretować jako traktat o względności naszego postrzegania rzeczywistości. Oprócz spraw ogólnych, filozoficznych rozważań o sensie życia, naszym miejscu w świecie, zaprezentowano tu całą galerię charakterystycznych typów reprezentujących różne ludzkie ułomności. Między innymi pychę i nieśmiałość, życie w zgodzie ze sobą i bezmyślne spełnianie oczekiwań innych, uleganie presji otoczenia. 

„Jestem Aki” Dorota Kassjanowicz, Patryk Hardziej, Tashka

W krzywym zwierciadle pokazano również współczesne media. Oj dostało się tabloidom, portalom plotkarskim i całkiem poważnym gazetom. Kreowanie faktów, pisanie o niczym, artykuły takie, jak ten o słynnej Elizie Oblizajek, która we własnej osobie wyszła, a potem poszła. Warto pokazywać dzieciom względność opinii, jej iluzoryczność, uczyć odróżniać fakty od domysłów, prawdziwe życie od medialnej kreacji. Ta opowieść subtelnie uzmysławia, jak ważne jest zadawanie pytań, krytyczne spojrzenie na rzeczywistość. 

„Jestem Aki” Dorota Kassjanowicz, Patryk Hardziej, Tashka

W niezwykle zabawny sposób autorka oddała także niekonwencjonalny sposób widzenia świata bohatera. Jeszcze dziecka, prawie dorosłego. Uwielbiam receptę Akiego na niezaczynanie się następnego dnia. Bardzo prostą. Wystarczy przecież próbować nie zasnąć. Takich smaczków znajdziecie na każdej stronie mnóstwo.

Rozczulają również nieco naiwne, ale w stu procentach wiarygodne odkrycia Akiego. „Nie miałem pojęcia, że takie słowa siedzą w mojej głowie - pomyślał Aki. - Jeślibym z nikim o niczym nie rozmawiał, tobym się pewnie o tym nigdy nie dowiedział. A gdybym nigdy niczego się nie przestraszył, tobym niczego dobrego o baniu się nie wiedział.” Czyż na tym właśnie nie polega prawdziwe życie, na spotkaniach z innymi ludźmi, na interakcjach, relacjach, które pozwalają nam poznać nie tylko świat, ale przede wszystkim siebie.  

„Jestem Aki” Dorota Kassjanowicz, Patryk Hardziej, Tashka

Proste metafory, czasami wręcz oczywiste symbole dzięki plastycznej, pięknej polszczyźnie i niekonwencjonalnym podejściu do leksyki nie nudzą, dzieci (i nie tylko) łatwo odnajdą się w tym owadzim świecie i bez problemu przełożą go na własne doświadczenia. Humor, zabawa słowem, wyzyskiwanie dosłowności i wieloznaczności urozmaicają lekturę, nadają tekstowi lekkości, choć przyznam, że momentami trochę zabrakło dynamiki, zwykłego dziania się.


„Jestem Aki” Dorota Kassjanowicz, Patryk Hardziej, Tashka



Ciekawie prezentują się ilustracje autorstwa Patryka Hardzieja. Trochę odrealnione, utrzymane w pięknej, jesiennej kolorystyce dobrze oddają leśną atmosferę i pasują do filozoficznego charakteru książki. Choć czasem zaskakują konkretem. Człowiecza noga robi wrażenie. Z drugiej strony okładkowy portret Akiego trochę nas zwiódł. Internet, malutkie zdjęcie i interpretacyjna pomyłka. Byliśmy przekonani, że główny bohater jest robotem.


„Jestem Aki” Dorota Kassjanowicz, Patryk Hardziej, Tashka


Dojrzalszy odbiorca dostrzeże w tej pozycji jeszcze jedno ważne przesłanie skierowane raczej do dorosłych, do rodziców. W życiu każdego Akiego pojawia się moment, gdy musi wyruszyć w świat, odbyć własne spotkania. To jedyny sposób, by dojrzeć. Wymaga to odwagi nie tylko od niego, ale i od tych, którzy wcale nie chcą go puścić, od opiekunów. A tu trzeba się pogodzić z dorastaniem potomka i po prostu pozwolić mu pójść własną ścieżką. To nic, że las jest straszny, poradzi sobie. Szanowni Państwo, bierzmy przykład z mamy i taty Akiego.

„Jestem Aki” to na podstawowym poziomie po prostu opowieść o przygodzie. Taka, jakich wiele. Trochę przegadana, mało dynamiczna, ale mająca swój urok, piękna językowo. Tekst jednak skrywa znacznie więcej i wcale nie trzeba przekopywać się mozolnie przez piętrowe metafory, złożoną symbolikę. Wszystko znajdziemy niemal na wierzchu, podane na tacy. Czasami jednak miałam wrażenie, że aż za gęsto tu od rzucanych niekiedy od niechcenia życiowych prawd. Niestety, młodsze dzieci mogą poczuć się nieco przytłoczone, zagubione. By odkryć wszystkie smaczki, trzeba trochę życiowego doświadczenia raczej niedostępnego dla przedszkolaka, dlatego książkę rekomenduję czytelnikom co najmniej sześcio-, siedmioletnim, choć i w ich przypadku jedna lektura nie wystarczy. To bowiem pozycja do czytania wielokrotnego, do odkrywania. Historia, która rozrasta się wraz z odbiorcą. Tak jak każdy traktat filozoficzny, także ten dla dzieci.

JESTEM AKI
Tekst: Dorota Kassjanowicz
Ilustracje: Patryk Hardziej
Wydawnictwo: Tashka
Data wydania:
Liczba stron: 104
Oprawa: twarda
Format/forma: klasyczne A4
Sugerowany wiek: 6+




„Mam na imię Jazz”, czyli o trudnych sprawach w prosty sposób

10 września

„Mam na imię Jazz”, czyli o trudnych sprawach w prosty sposób



Trudny, niewygodny temat. Temat nieobecny w literaturze dziecięcej, temat, który niektórych uwiera, powoduje dyskomfort. Nie rozumiem dlaczego. Wiem jednak jedno. Transpłciowość istnieje i nie zniknie. Książka „Mam na imię Jazz” (tekst Jessica Herhel, Jazz Jennings), prawdziwa historia Jazz Jennings, dziewczynki, która urodziła się w chłopięcym ciele, może pomóc oswoić lęki związane z dysforią płciową. I tym, którzy udają, że to jakaś fanaberia, wymysł, i tym, którzy się z tym problemem mierzą (choć to nie sama transpłciowość stanowi problem, ale stosunek otoczenia do niej). Cieszę się, że opowieść o Jazz ukazała się na naszym rynku, że jest. Jednocześnie jednak czuję duży niedosyt, bo mogła być lepsza.
„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna


Zacznijmy jednak od pozytywów. Pierwszoosobowa narracja pozwala czytelnikowi łatwo zidentyfikować się z bohaterką, w przypadku takiej konstrukcji trudno zanegować nam jej odczucia, jej sposób postrzegania świata. Krok po kroku poznajemy uczucia małego dziecka, które powoli dostrzega, że w jakiś sposób różni się od rówieśników. Choć może słowo różni się nie jest tu odpowiednie. Wręcz przeciwnie Jazz dokładnie tak jak większość dzieci w jej otoczeniu ma swoje marzenia, pasje, zainteresowania. Normalnie. Jak każdy. Coś lubi, czegoś nie. To świat wokół niej próbuje wpasować ją do kategorii, do której Jazz po prostu nie pasuje, nie czuje jej, wie, że do niej nie należy. Sama mówi, że "udawanie, że jestem chłopcem, było jak kłamanie". A kłamać przecież nie wolno.
„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna


Zwraca również uwagę podkreślenie roli rodziny. Przedstawieni w tekście rodzice i rodzeństwo dają Jazz niesamowite wsparcie i bezwarunkowo ją akceptują. Może początkowo ignorują pierwsze sygnały, czują się zdezorientowani, ale po otrzymaniu oficjalnego potwierdzenia ze strony specjalisty uznają, że mają córkę. Tak po prostu, normalnie. To cieszy. Podobnie pokazano reakcję otoczenia. Owszem zasygnalizowano, że pojawia się zdziwienie, szepty za plecami, niekiedy wrogość i wcale nie mniej bolesne ignorowanie, ale wystarczy, że koledzy i koleżanki bliżej poznają Jazz, by została ona uznana za jedną z najmilszych dziewczyn w szkole. Trochę nie wierzę w ten pełen optymizmu i wiary w ludzi obraz, ale uznaję, że to uproszczenie konieczne, by podkreślić pozytywny przekaz historii. Chciałabym, by tak było. Najlepiej zawsze.
„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna

Gdy szukałam informacji o głównej bohaterce w sieci, zwróciłam uwagę na pojawiające się głosy negatywnie oceniające postawę rodziców Jazz, zarzucające im wykorzystywanie transpłciowości córki, budowanie na tym jej kariery medialnej i biznesowej. Ja, jak pewnie wielu innych czytelników, historię dziewczynki poznałam dopiero teraz, dzięki tej książce, nie potrafię więc odnieść się do tych opinii. Czy są one istotne z punktu widzenia przekazu zawartego w tej pozycji? Nie sądzę. Czy wpływają na odbiór historii? Raczej wątpię.

„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna

Większe trudności mam z zaakceptowaniem świata, w którym funkcjonuje Jazz. To rzeczywistość z ostrym podziałem na to, co przypisane dziewczynkom, i to, co przystoi chłopcom. Owszem Jazz (i nie tylko ona) ma prawo być najbardziej różowa, cukierkowa, może marzyć o byciu w przyszłości najpiękniejszą z kobiet. Na tym polega wolność, na wybraniu własnej ścieżki. Zabrakło jednak przeciwwagi w tle, cudzysłów przy przymiotniku dziewczyński i piłka nożna to trochę za mało. Dodatkowo razi niefortunne sformułowanie mózg dziewczynki.
„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna

Dodatkowo stereotypy związane z rolami płciowymi wzmocnione są przez warstwę graficzną, która stanowi chyba najsłabszy punkt tej pozycji. Choćby rozkładówka, na której po jednej stronie przedstawiono braci grających w piłkę, a po drugiej siostrę czeszącą włosy na tle toaletki pełnej kosmetyków.  Ilustracje autorstwa Shelagh McNichols są niby poprawne, ale razi ich dosłowność, zachowawczość. Wszyscy są śliczni, uśmiechnięci (poza Jazz w kilku momentach), z jednego katalogu. Zabrakło naturalności i po prostu życia.

„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna


„Mam na imię Jazz” nie jest książką idealną, wypełnia jednak ważną lukę na rynku. Autorkom udało się w jasny, czytelny i dostosowany do percepcji młodszych dzieci sposób pokazać trudny, potencjalnie dość kontrowersyjny temat. To ciepła, bardzo pozytywna opowieść, którą spokojnie możecie czytać już z przedszkolakami (4+). Mam nadzieję, że historia Jazz nie trafi wyłącznie na półkę z książkami terapeutycznymi, choć i taką funkcję może pełnić. Tak normalne przedstawienie inności pozwala ją oswoić i w efekcie traktować po prostu... normalnie. Bez negatywnych emocji, z empatią, z akceptacją. Przydałaby się jeszcze dwie wersje historii Jazz. Trochę poważniejsza, dla dzieciaków z pierwszych klas szkoły podstawowej i  nastolatkowa, najlepiej komiksowa. 


Za egzemplarz książki dziękuję


MAM NA IMIĘ JAZZ
Tekst: Jessica Herthel, Jazz Jennings
Ilustracje: Shelagh McNichols
Tłumaczenie: Anton Ambroziak
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Data wydania: 2019
Liczba stron: 28
Oprawa: twarda
Format/forma: kwadratowe midi
Sugerowany wiek: 4+


„Poczet Psujów polskich”, czyli historia technologicznych wpadek pewnej rodziny (linia męska)

05 września

„Poczet Psujów polskich”, czyli historia technologicznych wpadek pewnej rodziny (linia męska)


Historia rozwoju myśli technologicznej w wersji dla młodszych? Atrakcyjna, podana z humorem, przewrotna? „Poczet psujów polskich” Pawła Beręsowicza udowadnia, że każdy temat można przedstawić w oryginalny, nieoczywisty sposób. Jeśli myślicie, że w literaturze dziecięcej wszystko już było, że kolejne pojawiające się pozycje to po prostu wariacje na dawno już wyczerpane tematy, poznajcie przedstawicieli kilku pokoleń pewnej dość specyficznej dynastii.

„Poczet psujów polskich” Paweł Beręsewicz, Nikola Kucharska, Wydawnictwo Literatura



Historia lubi się powtarzać. Zmienia się otoczenie, obyczaje i zwyczaje, przeobraża świat wokół. Jedno jest stałe i pewne. Każdy członek rodu (w linii męskiej), którego historię poznajemy w książce, musi zaliczyć spektakularną wpadkę. I to nie byle jaką, lecz technologiczną. To jak rytuał przejścia, pokrętna wersja inicjacji, która za każdym razem musi zostać podsumowana jakąś odmianą odwiecznej rodzicielskiej mantry Co z tego dziecka wyrośnie. Ja w jego wieku... Nie pamiętał wół, jak cielęciem był. I tak w każdym pokoleniu. 

„Poczet psujów polskich” Paweł Beręsewicz, Nikola Kucharska, Wydawnictwo Literatura


Każdy rozdział to jedna anegdotyczna opowiastka i jedna sylwetka psuja. Jako pierwszego poznajemy Maćka, urodzonego w 2007 roku, który wsławił się utopieniem telefonu w krupniku. Następnie wędrujemy poprzez epoki - od taty Maćka (pokolenie 40+), pomysłodawcę  dość dziwacznego sposobu pokolorowania telewizyjnej transmisji meczu, aż do drugiej połowy XIX wieku, do wpadki prapraprapradziadka Karola, który obwieścił światu, że hrabina je dzieci. Na ostatnich stronach niespodziewanie trafiamy do przyszłości. Po co? Dlaczego? To już musicie sprawdzić sami.
„Poczet psujów polskich” Paweł Beręsewicz, Nikola Kucharska, Wydawnictwo Literatura


Autor we wszystkich opowieściach stosuje jednolitą konstrukcję, co uatrakcyjnia i porządkuje treść.
Dodajmy do tego piękną polszczyznę, lekkość języka, humorystyczne wstawki i trafne obserwacje obyczajowo-społeczne i otrzymujemy przepis na atrakcyjną, mądrą i wciągającą opowieść dla młodszych, która mimochodem, gdzieś w tle przekazuje również ogrom wiedzy historycznej. Nie tej podręcznikowej, nie tej wymaganej w szkole, pełnej dat i nazwisk, ale tej pozwalającej zrozumieć przeobrażenia świata wokół nas w ciągu ostatnich dwustu lat.

„Poczet psujów polskich” Paweł Beręsewicz, Nikola Kucharska, Wydawnictwo Literatura

To wcale nie jest łatwe. Trudno bowiem sobie wyobrazić codzienność bez rzeczy dla nas oczywistych. Ja jeszcze dorastałam w świecie bez Internetu, moje dzieci już nie. Do dziś pamiętam pełną powątpiewania minę córki, gdy pierwszy raz zobaczyła klasyczny telefon, z tarczą do wykręcania, ze słuchawką na pokręconym kablu. Obiekt marzeń wielu dzieci z mojego pokolenia pokazywałam współczesnej dziewczynce jak zabytek. I to w prawdziwym skansenie. Z mojego punktu widzenia wręcz niemożliwe wydaje się być funkcjonowanie bez elektryczności. Nie da się i już. Beręsowiczowi udaje się sprytnie pokazać, które pokolenie jako pierwsze skorzystało z takich nowinek technicznych jak aparat fotograficzny, żelazko bez duszy, prąd czy stetoskop. Dodatkowo wpisanie rozwoju myśli technologicznej w historię zwykłej rodziny, z którą każdy może się utożsamić, uświadamia, że to wszystko nie pojawiło się przed tysiącleciami, że technologia zmienia się na naszych oczach. A wraz z nią zmienia się nasze życie.  
„Poczet psujów polskich” Paweł Beręsewicz, Nikola Kucharska, Wydawnictwo Literatura


Klimat książki współtworzą utrzymane w stylistyce retro ilustracje Nikoli Kucharskiej. Ciepłe i zabawne dowcipnie dopowiadają historię.

„Poczet psujów polskich” Paweł Beręsewicz, Nikola Kucharska, Wydawnictwo Literatura

Chyba każdy w dzieciństwie lubił słuchać opowieści o przygodach rodziców, babć i dziadków z czasów, gdy byli mali. „Poczet psujów polskich” wpisuje się więc w naturalną potrzebę odkrywania rodzinnych tajemnic. A te im bardziej kompromitują poukładanych dorosłych, tym ciekawiej, lepiej. Przecież odpowiedzialni rodzice też byli dziećmi, popełniali błędy, zaliczali wpadki. Słowem odkrywali świat. Sztafeta pokoleń to także historia zepsutych komórek, aparatów, żelazek. I (prawdopodobnie) domowych robotów. A wy? Na pewno znajdziecie swoje własne rodzinne dykteryjki. Każdy z nas przecież ma w sobie odrobinę psuja.


POCZET PSUJÓW POLSKICH
Tekst: Paweł Beręsewicz
Ilustracje: Nikola Kucharska
Wydawnictwo: Literatura
Data wydania: 2016
Seria: Poduszkowce
Oprawa: twarda
Liczba stron: 64
Format / forma: maksi
Sugerowany wiek: 4+

Copyright © 2017 Mamobab czyta