„Amulet 3. Zaginione miasto”, czyli przygodo trwaj

24 stycznia

„Amulet 3. Zaginione miasto”, czyli przygodo trwaj

Kilka dni namolnych pytań dziewięciolatka. Czy już przeczytałam? Dlaczego jeszcze nie? W końcu pada argument, którego matka nie może zignorować. Dziecko z poważną miną stwierdza, że po prostu musi ze mną o tym komiksie porozmawiać. Rzucam więc wszystko, czytam, pędem biegnę z lekka zdziwiona, gdyż nic niepokojącego podczas lektury nie zauważyłam. I co widzę? Uśmieszek. I co słyszę? Fajne, nie. 
„Amulet 3. Zaginione miasto” Kazu Kibuishi

Oczywiście, że fajne. „Amulet 3. Zaginione miasto” tak jak poprzednie dwie części nie zawodzi (klik do recenzji dwóch pierwszych tomów). Kazu Kibuishi także tu kreuje świat, który kradnie serce prawie nastolatków. Dość mroczne fantasy przyprawione elementami klasycznego steampunka, psychodelii i baśni nadal odwołuje się do schematu fabularnego klasycznej historii przygodowej, w którym główny bohater (tu bohaterka) przeżywa swoją inicjację, wchodzi w dorosłość. I oczywiście wypełnia niezwykle ważną misję ratowania świata (a być może nawet światów).

„Amulet 3. Zaginione miasto” Kazu Kibuishi

Inicjacyjność historii podkreślona została sugestywnym przedstawieniem relacji pomiędzy dorastającymi dziećmi a rodzicami. Psychopatyczny ojciec młodego elfa wymusza na chłopcu konieczność stanowczego opowiedzenia się po którejś ze stron. Matka Emily początkowo zachowuje się w ten charakterystyczny stereotypowo matczyny sposób, zwraca uwagę, przypomina o bezpieczeństwie, stara się je zapewnić. Czytelnik czuje jednak jej zagubienie, rozczulającą nieporadność, gdyż w świecie, w którym się znalazła, to jej córka jest tą, która odpowiada za ochronę. I to nie tylko najbliższych.

„Amulet 3. Zaginione miasto” Kazu Kibuishi
Trzeci tom serii porusza również tematykę zaufania, przełamywania własnych uprzedzeń i wiary, często wynikającej jedynie z intuicji, w dobre intencje innych, nawet tych, którzy jeszcze kilka kadrów temu wydawali się stać po tej mrocznej stronie.

„Amulet 3. Zaginione miasto” Kazu Kibuishi


Oprócz znanych z wcześniejszych części bohaterów ludzkich, zwierzęcych, magicznych i „technologicznych” pojawiają się nowe, równie barwne postaci. A wśród nich między innymi jedyny w swoim rodzaju płatny zabójca Gabilan motywowany tylko przez jego własne ambicje, rozczarowany życiem, zrezygnowany Enzo kapitan sterowca „Księżycowa ćma", który już przestał gonić za marzeniami. I nowy potencjalny antagonista Emily, ale o tym cicho sza.

„Amulet 3. Zaginione miasto” Kazu Kibuishi
Dość mroczny klimat cyklu tworzy jednak przede wszystkim warstwa graficzna komiksu. Steampunkowy sztafaż wzmacniają nie tylko kolejne zadziwiające wytwory techniki, takie jak sterowce, zmechanizowany pancerz obronny, ekstraktor pamięci, ale i stosowane lekko przygaszone kolory, często niemal w odcieniach sepii.

Tak jak w poprzednich tomach pojawiają się również nowe elementy charakterystyczne dla innych gatunków, choćby stwory rodem z legend, opowieści fantasy - groźne wywerny, potulne gigantyczne podniebne węgorze. Dodajmy do tego zakazaną, brudną tawernę, monumentalną podniebną stację paliw (z równie monumentalną biblioteczką) i wreszcie pewne mityczne miejsce zagubione gdzieś w chmurach, poszukiwane przez Emily i jej drużynę.
„Amulet 3. Zaginione miasto” Kazu Kibuishi

Jednak tym, za co najbardziej cenię całą serię, są jej... walory dydaktyczne. Tak, właśnie to. Kibuishi wciąż bowiem puszcza oko do czytelnika i nie ukrywa swoich inspiracji. Wręcz przeciwnie. Autor świadomie podkreśla nawiązania do tak zakorzenionych w kulturze historii, jak „Gwiezdne wojny” czy  „Władca pierścieni”. Opowieści rozpalających także dziecięcą wyobraźnię. Nie ogranicza się przy tym do subtelnych aluzji na poziomie fabuły, ale momentami wręcz cytuje całe sceny, kadry. Samodzielne wyłapywanie analogii, aluzji, różnic naprawdę może sprawić młodszym ogromną frajdę. Dzieci niejako mimochodem uczą się, że dzieło artystyczne (nieważne, czy to film, czy książka, czy komiks) nie funkcjonuje niezależnie w jakiejś nieprzenikalnej szklanej bańce, że sztuka to przestrzeń pełna schematów fabularnych, toposów, tropów, za którymi można podążać. To świetna lekcja postrzegania dzieła w szerszym kontekście niż własne doświadczenia.

I wcale nie przesadzam. Po wspomnianym na początku „Fajne, nie” mój dziewięcioletni syn przeprowadził całkiem sprawną analizę porównawczą „Amuletu” i „Ostatniego Jedi". Taką dziecięcą, trochę naiwną, lekko naciąganą, ale momentami zaskakująco trafną.


„Amulet 3. Zaginione miasto” Kazu Kibuishi

Słowem „Amulet” to świetna seria komiksowa dla czytelników i czytelniczek w wieku od 8 do mniej więcej 12 lat. Pełna przygód, klimatyczna, odpowiednio mroczna (przemocy na szczęście brak) i po prostu wciągająca na wielu poziomach. Chce się wiedzieć więcej, zobaczyć więcej, zanurzyć się jeszcze bardziej w tym niesamowitym świecie. Z niecierpliwością czekamy na kolejny tom.


AMULET 3. ZAGINIONE MIASTO

Scenariusz i rysunki:
Kazu Kibuishi
Tłumaczenie:
Maria Lengren
Wydawnictwo:
Planeta Komiksów
Seria: Amulet
Data wydania: 2017
Oprawa: miękka
Liczba stron: 208
Format/forma: komiksowe midi
Sugerowany wiek: 8+


Mamobabową recenzję dwóch poprzednich tomów
(AMULET. STRAŻNICZKA, AMULET. KLĄTWA STRAŻNICZKI)
znajdziecie


„Łazienkowe pytania”, czyli micele, pisuary i trony

17 stycznia

„Łazienkowe pytania”, czyli micele, pisuary i trony

Umyj buzię. Dokładnie. Wyszoruj ręce, nogi. Dokładniej. Zęby, jeszcze zęby. Te polecenia to nieodłączna część dzieciństwa (i rodzicielstwa też). Ta niezbyt zazwyczaj lubiana, wywołująca za każdym razem westchnienie i to szczególne spojrzenie mówiące z wyrzutem „znowu się czepia”. Czy zrozumienie przyczyny tego rodzicielskiego nękania pozwoli lepiej je znieść? Może tak, może nie. Ale warto spróbować. Z pomocą może przyjść Krystyna Lipka-Sztarbałło i jej autorski picturebook o znaczącym tytule „Łazienkowe pytania”

„Łazienkowe pytania” Krystyna Lipka-Sztarbałło

Autorka przyjrzała się właśnie najbardziej przyziemnemu i jednocześnie wzbudzającemu pewną krępującą ekscytację miejscu - łazience.  Punkt wyjścia i oś konstrukcyjną książki stanowi szesnaście bardziej i mniej oczywistych pytań. Część z nich dotyczy podstawowych zasad higieny. Dlaczego należy się myć? Jak to robić w prawidłowy sposób? Jak działa mydło?  I co tak naprawdę możemy robić w tym zwyczajnym niezwyczajnym miejscu?  Druga grupa odnosi się do łazienkowych zwyczajów i to zarówno w kontekście kulturowym, jak i historycznym. Oczywiście pojawiły się także zagadnienia związane z ekologią, oszczędzaniem wody. 

„Łazienkowe pytania” Krystyna Lipka-Sztarbałło

Słowem same nudy, tematyka, która zwiastuje całe pokłady dydaktycznego smrodku. I owszem autorka nie ucieka od upominania, uczenia, tłumaczenia, robi to jednak w sposób nienachalny, dyskretnie i między wierszami. Potencjalny smrodek został wyeliminowany. 

Pozwala na to już sama formuła książki, która nie jest prostym wykładem na zadany temat podzielonym na odpowiednie hasła, rozdziały. To istny labirynt znaczeń, sensów, zwykłych faktów i zaskakujących informacji ukrytych nie tylko w tekście, ale i (momentami przede wszystkim) w obrazie.

„Łazienkowe pytania” Krystyna Lipka-Sztarbałło
Taka formuła, zapożyczona skądinąd z doskonałej książki „Dokąd iść. Mapy mówią do nas” autorstwa Heekyoung Kim, którą zilustrowała właśnie Krystyna Lipka-Sztarbałło, zmusza czytelnika do aktywności, umożliwia podążanie różnymi lekturowymi ścieżkami. Odnośniki, strzałki, strony niby bez treści zmuszające do zatrzymania się, własnej refleksji, rozkładówki, na których na pierwszy plan wysuwa się obraz, karty z niemal encyklopedycznymi notkami. Kolaże zdjęć, klasycznych ilustracji pełnych symboli i twórczych piktogramów. I pytania. Nie tylko te tworzące główną oś książki, ale i dodatkowe, często skierowane bezpośrednio do czytelnika, nawiązujące z nim dialog. Wszystko to składa się na wciągającą, interaktywną formę przypominającą multimedialną prezentację  (ach te łapki rodem z Power Pointa) czy intuicyjny wręcz z punktu widzenia dziecka sposób poruszania się po internecie. 

„Łazienkowe pytania” Krystyna Lipka-Sztarbałło
Toaleta (nie tylko ta publiczna) to królestwo piktogramów, z którymi nawet nieczytające jeszcze dziecko jest już zazwyczaj doskonale obeznane. Chłopczyk i dziewczynka, kobieta i mężczyzna, osoby niepełnosprawne i rodzice z dziećmi, zakazy i informacje. Wszystko to autorka twórczo wykorzystuje, proponując własne interpretacje, zapisując w sekwencjach infografik i historie, i higieniczne instrukcje. Można zanudzić dzieci opowiadając im po raz enty, czym jest higiena osobista? Można. Tylko po co? Lepiej pokazać to na czytelnych piktogramach. Trochę komiksowo, trochę kreskówkowo. W całości - ciekawie.

„Łazienkowe pytania” Krystyna Lipka-Sztarbałło

Autorka przy tym nie idzie na łatwiznę. Unika tematyki ściśle fekalnej, nie epatuje dosłownością. „Łazienkowe pytanie” nie są książką o kupie i wypróżnianiu, ale o pisuarach, sedesach i nocnikach. O kulturze związanej z miejscem, gdzie nawet król chodził piechotą. O roli zwykłego mycia w ludzkiej obyczajowości.

„Łazienkowe pytania” Krystyna Lipka-Sztarbałło

Pierwsza część książki kierowana jest raczej do odbiorcy w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Tu znajdziemy te najbardziej oczywiste pytania, kolażowe ilustracje wykorzystujące bezpośrednio przedmioty wprost z dziecięcego świata, nawiązania do baśni.

Druga część pełna krótkich anegdotek nawiązujących do sztuki, kultury, historii i obyczaju zainteresuje bardziej nieco starsze dzieci. Informacje są przy tym dość powierzchowne, nastoletnim i dorosłym czytelnikom może trochę brakować pogłębienia tematyki. Dzięki temu jednak młodsi nie zostaną przytłoczeni nadmiarem faktów, dat, szczegółów. Znajdą tu samą esencję, dosłownie po kilka zdań prezentujących m.in. podejście do spraw higieny w starożytnej Grecji i Rzymie, średniowieczu, oświeceniu, a także słynne miejsca i kulturowe ikony związane nieodłącznie z wodą.

„Łazienkowe pytania” Krystyna Lipka-Sztarbałło
Nieprzeładowanie treścią, bardzo prosty język, czytelne symbole używane w warstwie obrazowej i atrakcyjna interaktywna formuła sprawiają, że część instruktażową książki można spokojnie zaproponować już przedszkolakom. Nawet do samodzielnego odczytania ilustracji. Przy lekturze stron poświęconych historii i kulturze potrzebna będzie jednak asysta rodziców, gdyż część terminów może wymagać doprecyzowania i wyjaśnienia. 

„Łazienkowe pytania” Krystyna Lipka-Sztarbałło

„Łazienkowe pytania” przez cały czas pozostają przy tym książką nawet nie tylko edukacyjną, a wręcz dydaktyczną, tłumaczącą dzieciom przyczyny różnych zakazów i nakazów z zakresu szeroko rozumianej higieny. Jest to jednak dydaktyzm pozbawiony jakiegokolwiek moralizatorstwa, szanujący dziecko, uwzględniający jego sposób widzenia świata. Dydaktyzm dialogu w sam raz na miarę XXI wieku.


„Łazienkowe pytania” Krystyna Lipka-Sztarbałło


ŁAZIENKOWE PYTANIA
Tekst i ilustracje: Krystyna Lipka-Szttarbałło
Wydawnictwo: Agencja Edytorska Ezop
Data wydania: 2014
Liczba stron: 48
Oprawa: twarda
Format/forma: kwadratowe midi
Sugerowany wiek: według wydawnictwa 6+, według Mamobaba 4+

„Przed i po”, czyli czas, zmiana, King Kong i ptasie pióra

10 stycznia

„Przed i po”, czyli czas, zmiana, King Kong i ptasie pióra

Czas i przemijanie, towarzysząca im zmiana to temat przewodni książki „Przed i po” autorstwa Matthiasa Aregui (pomysł) i Anne-Margot Ramstein (ilustracje). Operując wyłącznie obrazem, bez użycia ani jednego słowa, bez konstruowania misternej fabuły, wreszcie bez żadnych udziwnień, fajerwerków autorom udało się stworzyć pozycję niezwykłą i wciągającą wszystkich - od najmłodszych, poprzez nastolatków, po dorosłych (testowane).

„Przed i po” Matthias Aregui, Anne-Margot Ramstein


Zaczyna się zupełnie zwyczajnie, od najprostszych skojarzeń. Klepsydra nad stopką redakcyjną jako symbol upływu czasu, zapowiedź tego, czego możemy spodziewać się w dalszej części książki. Potem z pozoru równie banalne zestawienia: dzień i noc, pąk i kwiat, żołądź i rozłożysty dąb. 
„Przed i po” Mathias Aregui, Anne-Margot Ramstein

„Przed i po” Matthias Aregui, Anne-Margot Ramstein


Na tym jednak twórcy nie poprzestają. Kolejne strony przynoszą bardziej złożone powiązania, całe sekwencje zdarzeń. Nie tyle opowiadają one historię, ale mogą stanowić jej zaczyn. Przedstawione w tej pozycji obrazy stanowią świetny punkt wyjścia do dyskusji, dialogu. Zmuszają do przemyśleń. Prawdziwym autorem narracji jest tu czytelnik, to on wybiera, zauważa, układa w logiczną całość podsuwane przez ilustracje elementy układanki. Jak puzzle, z tą różnicą, że tutaj mamy wiele możliwych równie prawidłowych wersji.

„Przed i po” Mathias Aregui, Anne-Margot Ramstein


Zestawienia i te bardziej złożone, i te najprostsze przenikają się wzajemnie przez całą książkę. Klamry spajające ukryte znaczenia kryją się na wszystkich poziomach, często nieoczywistych i przy pobieżnej lekturze trudno dostrzegalnych. Krowa daje mleko, mleko to składnik smacznego ciasta, które niemal całe zostało zjedzone. Krowę uwieczniono na obrazie. Wulkan, wyspa, dżungla, małpa, miasto, King Kong. I tak dalej. Obrazy, ich elementy z początku książki, pojawiają się w jej środkowych częściach, a także na końcu. Jak noc i dzień z pierwszych kart oraz dzień i noc z ostatnich, jak klepsydra spajająca całą treść w całość.


„Przed i po” Matthias Aregui, Anne-Margot Ramstein


Czytelnik zostaje wrzucony w wykreowany przez twórców mikrokosmos, który dosłownie obejmuje całą rzeczywistość wokół nas, począwszy od tej najbliższej kryjącej się przykładowo w kuchni, na podwórku. Pojawia się i miasto, i wieś, i dżungla, i swojski las. Łąki, pola, woda. Wreszcie rakieta i możemy eksplorować wszechświat. Od ogółu do szczegółu i odwrotnie. Tak jakby na przemian autorzy przybliżali lupę do opisywanego świata, by następnie ją oddalić.

„Przed i po” Matthias Aregui, Anne-Margot Ramstein

„Przed i po” Matthias Aregui, Anne-Margot Ramstein

Autorzy poszerzają również typowe pola, na których zazwyczaj poruszają się książki poświęcone przemijaniu. Przedstawiają nie tylko niezwykle sugestywne sceny odwołujące się do naturalnego cyklu przyrody, zmiany pór roku, starzenia się, ale i przywołują też proces (wy)twórczy, przemianę jednej rzeczy w drugą. Czas, człowiek, natura to demiurdzy nieustannie kreujący otoczenie. Znamienne jest choćby pokazanie zużytych kredek, pustego płótna, które w następnym kadrze wypełnione zostanie kolorem i treścią. 
„Przed i po” Mathias Aregui, Anne-Margot Ramstein

Czytelnik zobaczy różne strony przemijania - te pozytywne, rozwój, wzrost, wytwory człowieka i natury, ale i zniszczenie, przekwitanie, odchodzenie. Wszystko to, co przynosi upływający czas.
„Przed i po” Matthias Aregui, Anne-Margot Ramstein


W większości przypadków jako symbole użyte zostały bardzo proste elementy, najzwyklejsze rzeczy, przyroda ożywiona i nieożywiona. W kilku miejscach autorzy odwołują się do świata popkultury, pojawiają się odniesienia do znanych baśni. Wszystkie nawiązania są przy tym czytelne, łatwe do odnalezienia przez dzieci.   

„Przed i po” Matthias Aregui, Anne-Margot Ramstein

Bardzo klasyczna warstwa graficzna książki stanowi w tym przypadku duży atut. Wyraziste ilustracje, z reguły nieprzeładowane szczegółami strony (chyba że jesteśmy w dżungli, pod wodą lub w lesie) z zazwyczaj jednym centralnym elementem nie odciągają uwagi od treści ukrytej w obrazie. Ilustratorka świetnie wykorzystuje pustą przestrzeń, na niektórych rozkładówkach to właśnie światło niesie ze sobą najwięcej znaczeń.

Pozorna prostota tej pozycji początkowo mnie zwiodła. Po pobieżnym jej przejrzeniu w księgarni uznałam, że to propozycja dla młodszych dzieci - zwykły, ładnie wykonany i narysowany zbiorek wykorzystujący nośne hasło przed - po. Rodzaj kartonowych książeczek grupujących antonimy, synonimy, nazwy kolorów. Może nie dla tych najmłodszych, ale co najwyżej dla przedszkolaków. Na szczęście moja prawie wówczas nastoletnia córka poświęciła kartkowaniu trochę więcej czasu. „Przed i po” powoli odkrywa przed nami swoje tajemnice. Każda kolejna lektura umożliwia odnalezienie kolejnych tropów, pozwala zauważyć nowe sensy i zależności. 

„Przed i po” to bowiem książka wzruszająca, głęboka, prowokująca do pytań o naturę czasu, przemijania. Będą one oczywiście różne, zależnie od wieku i doświadczeń czytelnika, zawsze jednak skłonią do własnych przemyśleń, szukania odpowiedzi i dialogu. Rozmowy z samym sobą,  z dzieckiem, z rodzicem. Autorzy unikają przy tym banału i przede wszystkim zbędnego patosu, przeplatają strony chwytające za serce z kadrami pełnymi humoru. Raz zestawiają konika na biegunach z bujanym fotelem, by za chwilę pokazać baśniową metamorfozę dyni, która przemienia się w karocę. 

Pozycja w 2015 roku została nagrodzona najważniejszą nagrodą dla książki dziecięcej, Bologna Ragazzi Award. 

PRZED I PO
Koncepcja: Matthias Aregui
Ilustracje: Anne-Margot Ramstein
Wydawnictwo: Format
Data wydania: 2016
Oprawa: twarda
Liczba stron: 176
Format/forma: midi
Sugerowany wiek:
4+, dla każdego

„Różowa walizka”, czyli rysy na parkiecie

07 stycznia

„Różowa walizka”, czyli rysy na parkiecie


Sto lat temu moje dziecko po miesiącu uczęszczania do placówki opiekuńczo-wychowawczej zwanej przedszkolem całkiem serio zapytało: „Mamo, ale ty wiesz, że jestem dziewczynką?”. Nieco zdziwiona odpowiedziałam oczywiście twierdząco. „Mamo, ale ty wiesz, że dziewczynki lubią różowy?” Wiedziałam, ale dla córki było to epokowe odkrycie. W ten oto sposób też dowiedziałam się, że dziecko właśnie odkryło świat płciowych stereotypów. Świadomie, gdyż tak naprawdę funkcjonowało w nim od urodzenia. Tak jak każdy. Tak jak Beniamin, główny bohater krótkiej opowieści Susie Morgenstern „Różowa walizka”.




Historia rozpoczyna się tuż po narodzinach chłopca. Tłumy gości, prezenty. Och, ach. Pięknie opakowane, starannie dobrane i markowe. O tak, markowe. Przecież dzidziuś (jedynak w dodatku) musi mieć wszystko to, co najlepsze.

I nagle wkracza ona. Babcia nonkonformistka. Ciągnie za sobą prezent, a jakże. Tylko że to nie tylko zwykły podarek, ale przede wszystkim wyzwanie rzucone sztywnym konwenansom, stereotypom, przyzwyczajeniom i oczekiwaniom otoczenia.



Babcia ofiarowuje bowiem wnukowi rzecz ze wszech miar nieodpowiednią. Po pierwsze - zupełnie nieużyteczną z punktu widzenia niemowlaka. Po drugie - w złym, uznawanym za dziewczyński kolorze. Po trzecie - daną niedbale, w ogóle nieopakowaną. Prezentem tym jest tytułowa różowa walizka, która staje się kością niezgody pomiędzy dwiema (trzema) najważniejszymi kobietami w życiu Beniamina - mamą i babcią (żoną).

Można odczytywać „Różową walizkę” jako satyrę na arbitralny podział świata na ten męski i ten kobiecy, jako sprzeciw wobec krzywdzących stereotypów związanych z płcią. Bo niby dlaczego różowy ma być kolorem właściwym jedynie dziewczynkom? Moim zdaniem w tej niepozornej książce kryje się znacznie więcej znaczeń, choć niektóre mogą nie być łatwe do odczytania przez najmłodszych.



Dość ciekawie odwrócono tu (zgodnie zresztą z trendem, że po pokoleniu liberalnym następne zwraca się ku wartościom konserwatywnym) inny dość mocno zakorzeniony stereotyp. Babcia symbolizuje wartości wręcz anarchistyczne, to urodzona rewolucjonistka, która tylko poprzez bycie sobą sieje ferment. Koncentruje się na pielęgnowaniu własnej strefy wolności, w nosie ma konwenanse i to, co ludzie sobie o niej myślą. Na przeciwnym biegunie sytuuje się mama. Trochę zestresowana, skupiona na opinii innych. Świat wokół niej jest uporządkowany, przewidywalny. Różowa, zostawiająca rysy na parkiecie walizka w rękach chłopca w żaden sposób do niego nie przystaje.

Konfrontując dwa odmienne wzorce wychowania, autorka przewrotnie odniosła się do znanego powiedzenia, które mówi, że rodzice są od wychowywania, a dziadkowie od rozpieszczania. Tutaj na pierwszy rzut oka wydaje się, że babcia wcale wnuka nie darzy wielką atencją, o czym może świadczyć jej nonszalanckie z pozoru podejście do wyboru prezentu. Gdy przyjrzymy się jednak bliżej, okazuje się, że mały Benjamin otrzymał od babci najwspanialszy podarek - poszanowanie jego wolności, autonomii i zrozumienie dziecięcych potrzeb. A wiele lat później po prostu lekcję o tym, czym jest związek i jaką rolę odgrywa w nim trudna sztuka kompromisu.



Różowa walizka okazuje się bowiem prezentem trafionym w dziesiątkę. To istny samowyzwalacz dziecięcej kreatywności, który może stać się wszystkim, o czym tylko się pomyśli. To najlepszy przyjaciel, stały punkt odniesienia dający poczucie bezpieczeństwa. Wreszcie po czasie okazuje się, że to atrybut Beniamina, jego cecha charakterystyczna wyróżniająca go z tłumu chłopców i dziewczynek ze zwykłymi tornistrami, coś, co czyni go niepowtarzalnym i wyjątkowym. I nie chodzi tu wcale o rzecz, ale o sposób, w jaki Beniamin ją traktuje.




Książka dotyka również w przejmujący sposób problemu rywalizacji pomiędzy matką a babcią wynikającej między innymi ze wspomnianego wyżej różnego podejścia do życia. Nie ma tu knucia, przeciągania na własną stronę, manipulacji i przekonywania do własnych racji. To jedynie zestawione ze sobą dwie skrajnie odmienne postawy. Każda z pań zachowuje się po prostu w sobie właściwy sposób. Świetnie ukazuje ten stan ilustracja, na której na kanapie chłopiec siedzi pomiędzy mamą a babcią. Spójrzcie tylko na miny całej trójki.

Narrator stara się przy tym zachować maksymalny obiektywizm, co niestety nie do końca jest udanym zabiegiem. Mimo wszystko bardzo czuć, że bliżej mu do strony babci. Dość ostre prześmiewcze tony z początku książki niejako ustawiają matkę od razu na przegranej pozycji.




Zwraca uwagę również forma językowa książki. Historia opowiedziana została wprost, realistycznie, bardzo prostym i konkretnym językiem. Autorka nie posługuje się metaforą, jedyny symbol, wokół którego koncentruje się fabuła to tytułowa różowa walizka. Styl książki jednych zachwyci, innym (w tym mnie) przyjęta konwencja może wydawać się trochę nieprzystająca do tematu i mało wciągająca dla młodszego czytelnika, który ze względu na swe doświadczenie życiowe nie będzie w stanie wyłapać różnych smaczków.



Historia nie wywierałaby takiego wrażenia, gdyby nie doskonałe ilustracje Serge'a Blocha. Jak zwykle proste i trafiające w punkt. Na stonowanym tle sprawiającym wrażenie naszkicowanego tak od niechcenia róż walizki aż razi w oczy, czyni ją główną bohaterką opowieści. Faktury ubrań, mebli, tapet urzekają. Blochowi udało się świetnie oddać emocje, stworzyć kilkoma kreskami wyraziste i zapadające w pamięć postaci. Ich strój, mimika, postawa ciała mówią wszystko. Mama w klasycznej spódnicy w bezpiecznej długości tuż za kolanko, babcia we wzorzystych dzwonach. Czyż trzeba dodawać coś więcej?
------------

Doceniam trudną i złożoną tematykę poruszaną w tej pozycji. Jej oprawa graficzna stworzona przez Blocha to klasa sama w sobie. Nie wiem jednak, do kogo tak naprawdę jest skierowana ta książka. Czy wszystkie ukryte w niej przesłania będą czytelne dla dziecka?

Nie, choć zagadnienia związane z funkcjonowaniem w świecie stereotypów i uprzedzeń na pewno będzie bliskie doświadczeniom dzieci. 
Czy raczej to krzywe zwierciadło, w którym powinien przejrzeć się dorosły?
Tak. Umieściłabym wręcz „Różową walizkę” na liście lektur obowiązkowych dla wszystkich młodych mam i ojców oraz świeżo upieczonych babć i dziadków. 

RÓŻOWA WALIZKA
Tekst: Susie Morgenstern
Ilustracje: Serge Bloch
Tłumaczenie: Iwona Janczy
Wydawnictwo: Adamada
Data wydania: 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 32
Format/forma: midi
Sugerowany wiek: 6+

„Dziewczynka w Krainie Przeklętych”, czyli klątwa, dziecko i demon

02 stycznia

„Dziewczynka w Krainie Przeklętych”, czyli klątwa, dziecko i demon



Manga to moja literacka i graficzna terra incognita, którą i chciałabym poznać bliżej, i trochę się boję. W efekcie zbyt rzadko po nią sięgam. W tym przypadku było inaczej. Okładka „Dziewczynki w Krainie Przeklętych. Siúil A Rún” autorstwa Nagabe dosłownie do mnie przemówiła. Dzieci grzebały dzielnie w pojemniku z przypinkami, magnesami, podkładkami. Ja wpatrywałam się w magiczny wizerunek małej dziewczynki w śnieżnobiałej sukience / koszuli nocnej, za którą podążał mroczny, odziany w czerń potwór przywodzący na myśl najbardziej przerażające horrory w romantycznym entourage'u. Nic więc dziwnego, że książka powędrowała z nami do domu i okazała się jedynym z najciekawszych łupów z tegorocznego Festiwalu Komiksu w Łodzi.





„Dziewczynka w Krainie Przeklętych” to mroczna, klimatyczna baśń fantasy o odmienności, samotności i odrzuceniu, o wykluczeniu ze społeczności tylko na podstawie podejrzenia. Z drugiej strony to także afirmacja przyjaźni, zwykłej troski, która umożliwia przetrwanie w nieprzyjaznym świecie. To wreszcie kameralny zapis niezwykłej relacji pomiędzy małym, porzuconym przez niemal wszystkich dzieckiem, Sivą, a Mistrzem - przeklętym, potworem, który okazuje się nad wyraz ludzki.
„Dziewczynka w Krainie Przeklętych. Siúil A Rún” Nagabe

Jak w klasycznej baśni świat przedstawiony osadzony został na dychotomii pomiędzy dobrem a złem, podziale wynikającym z mitologicznych jego podwalin. Kraina Przeklętych i Kraina Błogosławionych istnieją jako konsekwencja pradawnych wyborów, sporów i historii. Granica pomiędzy nimi jest jednak płynna, klątwa wdziera się coraz głębiej w pozornie jasny świat ludzi. I choć teoretycznie nie ma możliwości, by krainy te współistniały w pokoju, historia Sivy i Mistrza dowodzi, że wcale nie jest to takie oczywiste. To, co złe, co powinno przerażać, okazuje się kryć w sobie dobro. Ci, którzy niby sytuują się po tej jasnej stronie, często kierują się moralnie wątpliwymi motywacjami bądź ślepo wykonują rozkazy. W obu tych miejscach istnieją jednak ludzie / istoty myślące i mające etyczne wątpliwości.
„Dziewczynka w Krainie Przeklętych. Siúil A Rún” Nagabe

W warstwie narracyjnej mangi dzieje się przy tym naprawdę niewiele, nie ma tutaj wartkiej akcji. W pierwszym tomie fabuła została ledwie zarysowana. Druga część nie przynosi prawie żadnych odpowiedzi, pojawiają się za to nowe pytania, zagadki. Czytelnik znajduje się w świecie, który samodzielnie, podążając za drobnymi, ukrytymi tu i ówdzie tropami, musi zrozumieć. I przez cały czas ma wrażenie, że część wiedzy, którą dysponuje Mistrz i inni bohaterowie, pozostaje dla niego niedostępna, że interpretacja wydarzeń może okazać się błędna.
„Dziewczynka w Krainie Przeklętych. Siúil A Rún” Nagabe

Wyjątkowość tej pozycji kryje się w psychologii postaci, w przedstawieniu pełnej niezwykłej czułości, prawdziwego oddania relacji pomiędzy Sivą i Mistrzem. Rozbraja nieporadność opiekuna, jego starania, by dziewczynka jak najmniej odczuwała swą fatalną sytuację. Próby stworzenia zwykłego domu, w którym jest bezpiecznie, pachnie szarlotka, na śniadanie jada się jajka, a popijanie herbatki z perfekcyjnie ubranym demonem należy do codziennego rytuału, charakteryzują się ciepłem i humorem. Gdy jednak trzeba stanąć w obronie dziecka, przeklęty nie waha się użyć wszelkich środków. A ochrona Sivy to niełatwe zadanie, gdyż grożą jej zarówno ludzie, jak i wyklęci. Słowem, Siva nigdzie nie jest bezpieczna.

Z drugiej strony wzrusza bezsilność Mistrza, jego wątpliwości, rozważania, jak się zachować, ile może wyjawić Sivie, ile prawdy dziecko jest w stanie udźwignąć. Cały koncept „Dziewczynki w Krainie Przeklętych” zasadza się bowiem na niedopowiedzeniu budującym atmosferę tajemnicy, grozy.

„Dziewczynka w Krainie Przeklętych. Siúil A Rún” Nagabe

Siva przez cały czas pozostaje przy tym zwykłym dzieckiem - ciekawym świata, odrobinę naiwnym, niezmanierowanym, ślepo wierzącym w zapewnienia Mistrza, czasami nieodpowiedzialnym, lekkomyślnym, a przede wszystkim ufnym. Przez oba tomy sugerowana jest wyjątkowość Sivy, czytelnik niestety tylko może się domyślać jej istoty, specjalnej roli, jaką przyjdzie odegrać dziewczynce w całej tej historii. W tej chwili możemy być tylko pewni jednego - dziecko stanowi cenną zdobycz dla wszystkich stron.

„Dziewczynka w Krainie Przeklętych. Siúil A Rún” Nagabe

Stylistycznie bliżej tej pozycji do zachodnich komiksów niż do typowej mangi. Podtytuł (nadtytuł) odsyła czytelnika do tradycyjnej irlandzkiej pieśni Siúil A Rún, jednak na tym etapie trudno jednoznacznie zinterpretować ten trop. Za to wyraźnie widać zarówno w warstwie fabularnej, jak i graficznej nawiązania stylistyczne do największych mistrzów grozy czy XIX-wiecznych powieści gotyckich.

„Dziewczynka w Krainie Przeklętych. Siúil A Rún” Nagabe

Mroczna, trochę smutna kreska, przypominająca raczej szkicowe ilustracje stylizowane na stare ryciny niż typowe mangowe kadry, oddaje klimat opowieści. Czarno-biały świat odpowiada ostremu podziałowi na dobro i zło. Tutaj istnieje bowiem biały bóg i czarny bóg, a każdy rządzi własną krainą. W cieniu wypełniającym większość stron z kolei kryją się demony i zło, również to pochodzące z jasnej strony.

Wzrok przyciągają charakterystyczne, świetnie narysowane postaci. Mistrz - humanoidalny czarny kozioł w niezwykle wysmakowanym równie czarnym jak jego sierść stroju, Siva, której niewinność odzwierciedla nawet biel jej sukienki. Żołnierze w mundurach przywodzących na myśl średniowiecze, babcia, której wzrok mówi wszystko.

Jedyny drobny mankament stanowi tło. Jego schematyczność, brak szczegółów nie rażą, za to dobrze współtworzą aurę tajemniczości, grozy. Niestety, czasami po prostu postaci giną w cieniu, trudno je dostrzec w czerni. Wszystko zlewa się w jedną wielką ciemną plamę. Być może to zamierzony efekt, jednak trochę utrudniał lekturę.

„Dziewczynka w Krainie Przeklętych. Siúil A Rún” Nagabe


Każdy z tomów kończy się dość mglistą zapowiedzią tego, co wydarzy się w następnym. Akcja nagle zostaje zawieszona w kluczowym momencie, gdy już już wydaje nam się, że zbliżamy się do rozwiązania jakiejś zagadki. Proste w sumie cliffhangery w tym przypadku naprawdę działają, wzmagają czytelniczą ciekawość. Jak ja wieczorem po powrocie z festiwalu żałowałam, że nie skusiłam się od razu na drugi tom ;-)
„Dziewczynka w Krainie Przeklętych. Siúil A Rún” Nagabe

„Dziewczynka w Krainie Przeklętych” to manga niezwykła, wciągająca, urzekająca i intrygująca już od okładki. Znajdziemy w niej wszystko to, czym powinna się charakteryzować porządna opowieść grozy: tajemniczą klątwę, niedopowiedzenia, zantagonizowany świat, pradawne legendy, mity i wierzenia. Atmosfera strachu została jednak świetnie przełamana przez ciepłe, pełne humoru obrazy zwykłego życia i interakcji pomiędzy Mistrzem a Sivą.

To także pozycja, która pozostawia u odbiorcy wielki czytelniczy niedosyt w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Chce się więcej, tu i już. Niestety, na trzeci tom trzeba czekać.

Historia zachwyciła również jedenastolatkę, która (podkreślam) bardzo lubi się bać. Pierwszy tom przeczytała ze zwykłej ciekawości (i bez wiedzy matki) przed snem, co sama określiła jako błąd, drugi - już w pełni świadomie - rankiem. Teraz - tak jak ja - czeka z niecierpliwością na trzeci. Będę jednak szczera - to pozycja dla nieco starszych nastolatków i dorosłych.

DZIEWCZYNKA W KRAINIE PRZEKLĘTYCH. SIÚIL A RÚN. TOM I i TOM II
Tekst i ilustracje: Nagabe
Tłumaczenie: Paulina Ślusarczyk-Bryła
Wydawnictwo: Studio JG
Data wydania: 2017 (T. I i T. II)
Oprawa: twarda
Liczba stron: 178
Format/forma: mangowe midi
Sugerowany wiek: 12+

Copyright © 2017 Mamobab czyta