Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty
„Sufrażystki i sufrażetki. Walka o równość”, czyli czyny nie słowa

29 października

„Sufrażystki i sufrażetki. Walka o równość”, czyli czyny nie słowa


„Sufrażystki i sufrażetki. Walka o równość” David Roberts, Egmont Art, opowieść nie tylko dla dzieci o walce o prawa wyborcze kobiet w Anglii

Za głośno? Zbyt wulgarnie? Za mocno? Zbyt drastycznie? Cóż, na szczęście ponad sto lat temu pewne kobiety (i mężczyźni) konwenanse miały gdzieś, odważyły się wyjść poza schemat, wykorzystały wszystkie dostępne środki - nie tylko legalne, by wywalczyć nam wszystkim podstawowe prawa, by zmienić świat. Pokojowe, spokojne próby trwały wieki, zmiana nastąpiła, gdy okazało się, że ludzie mogą poświęcić wszystko dla pewnej abstrakcyjnej wtedy dla wielu idei - praw wyborczych dla kobiet. „Sufrażystki i sufrażetki. Walka o równość” Davida Robertsa to historia dojścia do ściany, opowieść o determinacji, sile, kreatywności i nieustępliwości. Historia miejscami przerażająca, która kończy się dobrze. Opowieść prawdziwa o tym, w jaki sposób w Wielkiej Brytanii kobiety uzyskały wyborcze prawa, a jednocześnie relacja z wydarzeń, które działy się w tamtym czasie niemal na całym świecie - wystarczy tylko podmienić nazwiska, uaktualnić daty i zmienić dekoracje. 

„Sufrażystki i sufrażetki. Walka o równość” David Roberts, Egmont Art, opowieść nie tylko dla dzieci o walce o prawa wyborcze kobiet w Anglii

„Sufrażystki i sufrażetki. Walka o równość” David Roberts, Egmont Art, opowieść nie tylko dla dzieci o walce o prawa wyborcze kobiet w Anglii

Książka przypomina kronikę, wydarzenia opisano chronologicznie od roku 1832, czyli brytyjskiego Aktu o reformie, w którym odebrano (podobno) prawa wyborcze kobietom, do 1928, czyli do uchwalenia prawa o równouprawnieniu wyborczym. W każdym rozdziale poznajemy m.in. najważniejsze postaci ruchu (z obu stron), kluczowe organizacje, mniej lub bardziej przełomowe wydarzenia, akty nieposłuszeństwa, protesty, a także wykorzystywane symbole. Fakty i anegdoty. Bywa że z rzadka zabawne, zazwyczaj jednak pełne grozy. Pokojowe i siłowe. Zadziwia pomysłowość i determinacja członkiń (i członków) ruchów, przeraża ignorancja, bezmyślność i wreszcie okrucieństwo przeciwników (nie tylko mężczyzn). 

„Sufrażystki i sufrażetki. Walka o równość” David Roberts, Egmont Art, opowieść nie tylko dla dzieci o walce o prawa wyborcze kobiet w Anglii


Autor nie stworzył laurki, pisze i o sukcesach, i o błędach, wpadkach. Nie pomija wielu konfliktów pomiędzy organizacjami, różnych wizji dojścia do celu, wewnętrznych walk i sporów między konkretnymi działaczkami. Zawsze jednak podkreśla, że sukces wynikał z ukierunkowania działań na jeden cel. Potrzebna była i siła argumentów, i po prostu siła. Słowa i akcja. Sufrażystki i radykalne sufrażetki. Damy, księżniczki, robotnice, krawcowe, artystki i nauczycielki. 

„Sufrażystki i sufrażetki. Walka o równość” David Roberts, Egmont Art, opowieść nie tylko dla dzieci o walce o prawa wyborcze kobiet w Anglii

Przed lekturą książki o sufrażetkach wiedziałam niewiele. Ot, że istniały i nie przebierały w środkach. Zdziwiłam się, jak radykalnych metod używały, by wywrzeć presję na rząd i opinię publiczną. Wybijały szyby, wysyłały się (tak tak) pocztą, blokowały obrady parlamentu, nękały premiera i rząd, atakowały atramentem i kwasem skrzynki pocztowe, a nawet podpalały budynki. Były jak wojsko, jak podziemna armia - zdecydowane, wyszkolone i przede wszystkim odważne. I udowodniły, że nawet deprecjonująca je nazwa ruchu wymyślona przez pewnego dziennikarza może zyskać nowe znaczenie.

„Sufrażystki i sufrażetki. Walka o równość” David Roberts, Egmont Art, opowieść nie tylko dla dzieci o walce o prawa wyborcze kobiet w Anglii

Z dzisiejszej perspektywy pewne rzeczy wydają się być niewyobrażalne, jak choćby królowa sprzeciwiająca się prawom kobiet, przysięga małżeńska, w której kobieta przyrzeka bezwzględne posłuszeństwo mężowi. Z drugiej strony niektóre wydają się nad wyraz znajome. Czy wiecie, że działaczki sprzedawały lub rozdawały swoje gazety, ulotki, stojąc w rynsztoku? Stanie na chodniku lub ulicy było ryzykowne, gdyż groziła za nie grzywna. Nie za agitację, ale za tamowanie ruchu. 

„Sufrażystki i sufrażetki. Walka o równość” David Roberts, Egmont Art, opowieść nie tylko dla dzieci o walce o prawa wyborcze kobiet w Anglii

Najbardziej jednak uderza pewien schemat, który powtarza się i dziś. Ewolucja protestu od spokojnych negocjacji po rewolucyjny ekstremizm, od grzecznego artykułowania swych racji po butelki z benzyną i kamienie, od legalizmu przez obywatelskie nieposłuszeństwo po jawne łamanie prawa. I rozumiem ten proces, i nie lubię go, i wiem, że ostatni etap to efekt niemocy, rozpaczy i determinacji. I choć spokojny ze mnie człowiek, ugodowy, to wiem, że jeśli nic nie działa, trzeba wrzeszczeć tak, by usłyszeli. Głośno, wyraźnie i z przytupem. 

„Sufrażystki i sufrażetki. Walka o równość” David Roberts, Egmont Art, opowieść nie tylko dla dzieci o walce o prawa wyborcze kobiet w Anglii

Historia udowadnia również, że prześladowania, represje stosowane przez rząd, przez przeciwników odnosiły wręcz przeciwny skutek. Zwiększały determinację, wzmagały radykalizm i przede wszystkim wzbudzały współczucie wśród opinii publicznej dla tych słabszych. A współczucie od poparcia dzieli tylko jeden krok. Tak tylko piszę, zupełnie bez powodu.


„Sufrażystki i sufrażetki. Walka o równość” David Roberts, Egmont Art, opowieść nie tylko dla dzieci o walce o prawa wyborcze kobiet w Anglii


Prosty  język sprawia, że książkę śmiało możemy czytać już wraz z siedmiolatkami. Najlepiej wspólnie, by porozmawiać, pokazać nawiązania do współczesności, wytłumaczyć kontekst, czasami przytulić, gdyż kilka rozdziałów naprawdę może przerazić (np. Czarny Piątek lub opis przymusowego karmienia). Starsi (10+), w tym dorośli, również nie powinni być zawiedzeni lekturą, autor traktuje bowiem czytelnika poważnie, unika uproszczeń, nośnych haseł i infantylnych sformułowań. 

Ciekawie prezentuje się oprawa  graficzna książki - skromna, delikatna, pastelowa kontrastuje z mocną tematyką, brutalnością niektórych wydarzeń. Stereotypowa zwiewność, eteryczność kontra sufrajitsu i brygada Amazonek. Koronki i pięści. 

„Sufrażystki i sufrażetki. Walka o równość” David Roberts, Egmont Art, opowieść nie tylko dla dzieci o walce o prawa wyborcze kobiet w Anglii

Na końcu książki umieszczona dwa załączniki. W pierwszym poznamy krótkie biogramy wybranych ważnych postaci światowego ruchu feministycznego. Drugi to zwykła lista, daty uzyskania przez kobiety pełni praw wyborczych w poszczególnych krajach. Zwykłe wyliczenie, które daje do myślenia.

Cóż, prawa wyborcze już mamy. To świetnie. Jednak kobiety niemal na całym świecie wciąż o coś muszą walczyć, coś udowadniać, czegoś bronić. Jak dziś w Polsce. Smutne. Historia jednak pokazuje, że walkę o równość na wszystkich polach można wygrać. Czasami trzeba wrzasnąć dosadniej. I tego sobie, i wszystkim Polkom życzę. 

A książkę należy wpisać na listę lektur obowiązkowych wszystkich dorastających ludzi każdej płci. 


SUFRAŻYSTKI I SUFRAŻETKI. WALKA O RÓWNOŚĆ
Tekst i ilustracje: David Roberts
Tłumaczenie: Anna Klingofer-Szostakowska
Wydawnictwo: Egmont
Seria: Art
Data wydania: 2019
Oprawa: twarda
Liczba stron: 88
Format / forma: solidny tom
Sugerowany wiek: 10+, dla każdego
„Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać”, czyli marzyciel z bławatnego sklepu

13 lutego

„Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać”, czyli marzyciel z bławatnego sklepu

„Nie wiem, skąd w dzieciństwie dochodzimy do pewnych obrazów o rozstrzygającym dla nas znaczeniu. Grają one rolę tych nitek w roztworze, dookoła których krystalizuje się dla nas sens świata. Do tych obrazów należy jeszcze u mnie obraz dziecka niesionego przez ojca przez przestrzenie ogromnej nocy, rozmawiającego z ciemnością. (…) Takie obrazy stanowią program, statuują żelazny kapitał ducha, dany nam bardzo wcześnie w formie przeczuć i na wpół świadomych doznań. (…) wyznaczają artystom granice ich twórczości.”¹ - pisał w liście do Witkacego Bruno Schulz. Ten obraz wykorzystały również autorki książki obrazkowej „Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać”, onirycznej biografii autora „Sklepów cynamonowych” stworzonej z myślą o młodszych odbiorcach.


„Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać”, Nadia Terranova, Ofra Amit, Wydawnictwo Format


Bez wątpienia to piękna książka. Nadia Terranova odpowiedzialna za tekst i Ofra Amit, twórczyni niesamowitych ilustracji, stworzyły wielowarstwową, nasyconą symboliką opowieść, która wgniata w fotel. Co więcej, autorki dokonały niemożliwego - udało im się na zaledwie kilku stronach oddać klimat Schulzowskich opowiadań i grafik - pełnych znaczeń, pięter interpretacyjnych, po których porusza się czytelnik i w zależności od swojej wiedzy i doświadczenia szuka sensów. Wykorzystały do tego najbardziej charakterystyczne dla prozy Schulza tropy, trochę je upraszczając, sygnalizując jedynie ich ważność. Oprócz wspomnianej już kluczowej postaci ojca - demiurga, który zamieszkuje świat snu, pojawia się między innymi jego antagonistka - służąca Adela, niestrudzona obrończyni świata materii, dosłowności, tego, co rzeczywiste, namacalne. Bruno lawiruje pomiędzy jednym i drugim poziomem.


„Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać”, Nadia Terranova, Ofra Amit, Wydawnictwo Format



Autorki nie dodają zbędnych treści, uzupełniają jedynie opowieść o tragiczne losy Brunona Schulza z czasów wojny. Historia dzieciństwa pisarza utkana została z tego, co znajdziemy w jego twórczości. I tekst, i obrazy nawiązują zarówno klimatem, jak i treścią do wszystkich dzieł artysty, nawet do grafik z „Xięgi bałwochwalczej”. Jedyne, z czego oczyszczono przekaz ze względu na wiek odbiorcy, to erotyka. Jest niewinna zmysłowość, ale brakuje jej seksualnego podtekstu.  

„Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać”, Nadia Terranova, Ofra Amit, Wydawnictwo Format


Dialog z oryginalnymi pracami Schulza odbywa się nie tylko w warstwie treści, tropów, znaków. Przenika on również samą strukturę tekstu i obrazu. Zarówno pisarka, jak i ilustratorka z wyczuciem wykorzystują poetykę snu, zacierają granice pomiędzy rzeczywistym i symbolicznym, realnym i zmitologizowanym. To opowieść o nieustannym przeobrażaniu się, tworzeniu, o plastyczności materii. Mały Bruno obserwuje zatapianie się ojca w kolejnych wcieleniach, jego bycie w niebyciu dla świata. Fascynuje go szczególnie postać ojca-ptaka, wolnego, funkcjonującego w przestrzeni bez ograniczeń. Bycie takim, jak ojciec, to marzenie chłopca. Niestety, lot uniemożliwia jego zbyt duża głowa, jeden z symboli obcości, inności, niedopasowania do świata. Tytuł sugeruje jednak, że bohaterowi w końcu się udało. Przewrotnie, metaforycznie. Ci, którzy już znają biografię Schulza, mogą się domyślić dlaczego.
„Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać”, Nadia Terranova, Ofra Amit, Wydawnictwo Format


Jeszcze większe wrażenie niż tekst wywierają ilustracje Ofry Amit. Przygaszone, ziemiste kolory, sepia kojarzą się z zakurzonym sklepem bławatnym, z odrealnionym światem, w którym forma to rzecz umowna. W tym przykurzeniu, zaduchu skrywa się jednak lekkość - surrealistyczny lot, oraz radość symbolizowana przez przedstawione nieco teatralnie kolejne przeobrażenia ojca. Te pozytywne elementy znikają definitywnie wraz z ostatecznym zaginięciem Jakuba Schulza. Zostaje tylko pustka, mrok i powracający wciąż refren „DAREMNIE. BEZ POWODZENIA. NA PRÓŻNO.” Kończy się dzieciństwo. Obrazy wypełniają cienie i budzące grozę oficerki, zaczyna się droga ku śmierci Brunona, ku destrukcji pewnego świata.

„Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać”, Nadia Terranova, Ofra Amit, Wydawnictwo Format


Dodatkowym nośnikiem znaczeń wykorzystywanym w książce jest także typografia. Niektóre treści podkreślane są poprzez zmianę wielkości czcionki, użycie wersalików. Innym razem litery układają się w kolejne obrazy lub części składowe głównej ilustracji. Każdy element jest istotny, nawet brak wyklejki, nawet wyjątkowo gruba, tekturowa okładka.


„Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać”, Nadia Terranova, Ofra Amit, Wydawnictwo Format



Opowieścią rządzi tu niedopowiedzenie, które czytelnik może rozwijać w sposób zależny od swojej wiedzy i o historii, i o samym Schulzu, i o jego twórczości. Nawet śmierć nie została nazwana wprost, to zniknięcie, tajemnica, zawieszenie. Lubię ten klimat, sprzyja on refleksji, zadumie, umożliwia całkowite zanurzenie się w historii, prywatny, intymny lot obok ojca i syna. Niestety, wiele faktów (choćby kwestia nazistów, Zagłady i samej śmierci Schulza) i jeszcze więcej symboli, znaków może być nieczytelna i nieoczywista dla młodszych odbiorców. Z tego też powodu sugerowany przez wydawcę wiek potencjalnych czytelników  (9+) wydaje mi się trochę zbyt niski, by w pełni docenić lekturę. Owszem, można potraktować tę opowieść jako poetycką, pełną tragizmu historię  pewnego chłopca, traktat o poczuciu obcości i odmienności. Tak po prostu. Bez pełnego biograficznego kontekstu. Nie traci ona przy tym na pięknie, na jakości, ale mam wrażenie, że można coś utracić, a te niedostępne poziomy sensów są zbyt wartościowe, by było warto. Lepiej chwilę poczekać. 

Dodatkowy problem dotknął nas już wielokrotnie. Prozaiczny. Intrygująca postać, tajemnicza, zagadkowa. Ciekawa forma. Chcesz wiedzieć więcej, pragniesz zrozumieć głębiej, poznać twórczość i odbijasz się. Jesteś o te kilka lat za młody, by przetrawić choćby „Sklepy cynamonowe”. Powtórzę więc - lepiej chwilę poczekać. Te dwa, trzy lata.

Mnie samą „Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać” zachwycił. Dorosłym i nastoletnim wielbicielom prozy Schulza, ludziom, których fascynuje ta pełna sprzeczności postać bez żadnej wątpliwości bardzo polecam. A ja po raz kolejny lecę zanurzyć się w „Księdze listów”, dzięki której odkryłam Brunona Schulza - człowieka, który próbował nauczyć się latać. 

„Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać”, Nadia Terranova, Ofra Amit, Wydawnictwo Format



1. Bruno Schulz, Księga listów, Wydawnictwo Literackie, 1975, s. 63


BRUNO. CHŁOPIEC, KTÓRY NAUCZYŁ SIĘ LATAĆ
Tekst: Nadia Terranova
Ilustracje: Ofra Amit
Tłumaczenie: Joanna Wajs
Wydawnictwo: Format
Data wydania: 2016
Liczba stron: 44
Oprawa: kartonowa
Format/forma: picturebook
Sugerowany wiek: według wydawcy 9+, w przypadku dolnej granicy Mamobab ma wątpliwości, górnej brak



„O chłopcu, który ujarzmił wiatr”, czyli siła charakteru

21 października

„O chłopcu, który ujarzmił wiatr”, czyli siła charakteru


Książkę „O chłopcu, który ujarzmił wiatr” wydawca określa jako połączenie biografii i powieści przygodowej. Nie do końca odpowiada to prawdzie. Mamy raczej do czynienia z autobiografią, która w wielu miejscach zbliża się do zaangażowanego społecznie quasi-reportażu. Prawdziwa historia chłopca, który po prostu mimo przeciwności realizował swoje marzenie, to także opowieść o realiach życia w biednej wiosce w Malawi na przełomie XX i XXI wieku, przejmująca kronika klęski głodu, to wreszcie kopalnia wiedzy z zakresu podstaw techniki i fizyki.




William Kamkwamba - główny bohater i jednocześnie narrator - to postać prawdziwa, utalentowany technicznie chłopiec z ubogiej afrykańskiej rodziny, który pewnego dnia odkrył, że nauka tłumaczy świat i może zmieniać lub chociaż ułatwiać życie. Od tej chwili marzył, by zostać naukowcem. Niestety, pochodzenie, bieda, klęska głodu, brak środków, by opłacić czesne w i tak dość kiepskiej szkole, spowodowały, że droga do realizacji tego celu była długa i kręta. Oczywiście zakończyła się sukcesem, co bystry czytelnik będzie wiedział już przed lekturą (ten tytułowy spoiler). Istotny jest jednak nie punkt dojścia, ale wszystko to, co wydarzyło się po drodze. Wyjątkowa determinacja, żądza wiedzy, pracowitość, przekonanie o słuszności i realności własnych pomysłów, drobna pomoc kilku przyjaciół i cała seria zbiegów okoliczności, które wcale nie wynikały z czystego przypadku, ale stanowiły efekt wcześniejszych działań. Historia Williama, który dosłownie ze śmieci stworzył turbinę wiatrową i podarował swoim bliskim prąd i niezależność, zaskakuje, motywuje i budzi podziw.

Przeraża Afryka widziana oczami dziecka. Trudna, surowa, bezwzględna, tak różna od naszej komfortowej europejskiej rzeczywistości. Tu nauka współistnieje z magią, nowoczesność z zabobonem. Tu nadal wierzy się w klątwy, wykształcenie jest rzeczą rzadką. Okazuje się, że dostęp do wody, elektryczności wcale nie jest tak powszechny i oczywisty. Niby zdajemy sobie z tego sprawę, niby wiemy, ale kto z nas rozumie, co jeszcze wcale nie tak dawno oznaczał na polskiej wsi przednówek? William zrozumiałby, gdyż on, jego rodzina, sąsiedzi, większość kraju wciąż żyją w cyklu od zbiorów do zbiorów, który tak łatwo może się załamać. O tym też opowiada ta książka, o klęsce głodu i o tym, jak destrukcyjny dla całej społeczności jest brak dostępu do żywności. Nawet ci, którzy przeżyli, przez lata muszą się mierzyć z jej skutkami. Jak William.

Tym jednak, co najbardziej uderzyło mnie w historii chłopca, tym, co wydaje się być najbardziej aktualne, jest podejście do rzeczy, do zasobów, które najlepiej oddaje poniższy cytat: „Tam, gdzie reszta świata widzi śmieci, Afryka widzi surowce wtórne. Gdzie świat widzi odpady, Afryka widzi odrodzenie.” To właśnie z wysypiska, złomowiska chłopiec pozyskuje części do swych konstrukcji. Nie ma środków, by je kupić, rozgląda się więc wokół siebie. Kombinuje, przetwarza, daje temu, co zepsute, wyrzucone, zbędne, drugie życie. Owszem, motywuje go bieda, a nie troska o stan planety, nie zmienia to jednak przesłania, że można, że śmietnik to wielkie składowisko materiałów, które aż proszą się o ponowne wykorzystanie.

Cieszy również wielokrotnie podkreślana rola niedużej wiejskiej biblioteki, w której William, zmuszony do rezygnacji z klasycznej, szkolnej edukacji, samodzielnie zdobywa wiedzę. To tam, dzięki książkom, znajduje potwierdzenie własnych doświadczeń, weryfikuje swoje pomysły. Stamtąd czerpie inspiracje.

Nie lubię biografii, w których zastosowano pierwszoosobową narrację. Wolę ten złudny obiektywizm, szerszą perspektywę możliwą tylko wtedy, gdy opowiadacz znajduje się trochę z boku historii. Tym razem jednak konwencja się sprawdza, autorom, Williamowi Kamkwambie i Bryanowi Mealerowi, udało się uniknąć pułapki braku dystansu. Chłopiec podchodzi do swoich dokonań dość krytycznie, choć zawsze jest przekonany, że ma rację, że obrał słuszny kierunek. Opisuje nie tylko swoje sukcesy, ale i porażki, także te osobiste. Zyskuje przy tym na wiarygodności.

Trochę zawodzi konstrukcja książki, która stanowczo powinna skończyć się wcześniej. Niepotrzebnie w głównej narracji pojawiły się końcowe wyliczenia, podsumowania, plany na przyszłość. Aż prosi się, by ta część została wyodrębniona choćby w epilogu. Zabrakło po prostu wyraźnej kropki nad i, zdania, wydarzenia, które wieńcząc dzieło, zostałoby z czytelnikiem na dłużej.


„O chłopcu, który ujarzmił wiatr” opowiada historię, która nie tylko uczy, ale i wzrusza, szczególnie gdy czytelnik uświadomi sobie, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. I choć momentami odrobinę nudziły mnie drobiazgowe opisy poszczególnych projektów, tych wszystkich turbin i innych konstrukcji, postać samego chłopca, jego siła, determinacja, nieustająca wiara w przyszłość i przejmujące opisy afrykańskich realiów naprawdę dawały mi sporo czytelniczej satysfakcji. To zaskakująco aktualna pozycja nie tylko dla rówieśników głównego bohatera, ale i dla nieco starszych odbiorców. (12+)


O CHŁOPCU, KTÓRY UJARZMIŁ WIATR
Tekst: Wiliam Kamkwamba, Bryan Mealer
Tłumaczenie: Katarzyna Iwańska
Wydawnictwo: Edgar
Seria: Kapitan Nauka
Data wydania: 2019
Oprawa: miękka
Liczba stron: 296
Format / forma: klasyczna książka
Sugerowany wiek: 12+


„Mam na imię Jazz”, czyli o trudnych sprawach w prosty sposób

10 września

„Mam na imię Jazz”, czyli o trudnych sprawach w prosty sposób



Trudny, niewygodny temat. Temat nieobecny w literaturze dziecięcej, temat, który niektórych uwiera, powoduje dyskomfort. Nie rozumiem dlaczego. Wiem jednak jedno. Transpłciowość istnieje i nie zniknie. Książka „Mam na imię Jazz” (tekst Jessica Herhel, Jazz Jennings), prawdziwa historia Jazz Jennings, dziewczynki, która urodziła się w chłopięcym ciele, może pomóc oswoić lęki związane z dysforią płciową. I tym, którzy udają, że to jakaś fanaberia, wymysł, i tym, którzy się z tym problemem mierzą (choć to nie sama transpłciowość stanowi problem, ale stosunek otoczenia do niej). Cieszę się, że opowieść o Jazz ukazała się na naszym rynku, że jest. Jednocześnie jednak czuję duży niedosyt, bo mogła być lepsza.
„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna


Zacznijmy jednak od pozytywów. Pierwszoosobowa narracja pozwala czytelnikowi łatwo zidentyfikować się z bohaterką, w przypadku takiej konstrukcji trudno zanegować nam jej odczucia, jej sposób postrzegania świata. Krok po kroku poznajemy uczucia małego dziecka, które powoli dostrzega, że w jakiś sposób różni się od rówieśników. Choć może słowo różni się nie jest tu odpowiednie. Wręcz przeciwnie Jazz dokładnie tak jak większość dzieci w jej otoczeniu ma swoje marzenia, pasje, zainteresowania. Normalnie. Jak każdy. Coś lubi, czegoś nie. To świat wokół niej próbuje wpasować ją do kategorii, do której Jazz po prostu nie pasuje, nie czuje jej, wie, że do niej nie należy. Sama mówi, że "udawanie, że jestem chłopcem, było jak kłamanie". A kłamać przecież nie wolno.
„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna


Zwraca również uwagę podkreślenie roli rodziny. Przedstawieni w tekście rodzice i rodzeństwo dają Jazz niesamowite wsparcie i bezwarunkowo ją akceptują. Może początkowo ignorują pierwsze sygnały, czują się zdezorientowani, ale po otrzymaniu oficjalnego potwierdzenia ze strony specjalisty uznają, że mają córkę. Tak po prostu, normalnie. To cieszy. Podobnie pokazano reakcję otoczenia. Owszem zasygnalizowano, że pojawia się zdziwienie, szepty za plecami, niekiedy wrogość i wcale nie mniej bolesne ignorowanie, ale wystarczy, że koledzy i koleżanki bliżej poznają Jazz, by została ona uznana za jedną z najmilszych dziewczyn w szkole. Trochę nie wierzę w ten pełen optymizmu i wiary w ludzi obraz, ale uznaję, że to uproszczenie konieczne, by podkreślić pozytywny przekaz historii. Chciałabym, by tak było. Najlepiej zawsze.
„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna

Gdy szukałam informacji o głównej bohaterce w sieci, zwróciłam uwagę na pojawiające się głosy negatywnie oceniające postawę rodziców Jazz, zarzucające im wykorzystywanie transpłciowości córki, budowanie na tym jej kariery medialnej i biznesowej. Ja, jak pewnie wielu innych czytelników, historię dziewczynki poznałam dopiero teraz, dzięki tej książce, nie potrafię więc odnieść się do tych opinii. Czy są one istotne z punktu widzenia przekazu zawartego w tej pozycji? Nie sądzę. Czy wpływają na odbiór historii? Raczej wątpię.

„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna

Większe trudności mam z zaakceptowaniem świata, w którym funkcjonuje Jazz. To rzeczywistość z ostrym podziałem na to, co przypisane dziewczynkom, i to, co przystoi chłopcom. Owszem Jazz (i nie tylko ona) ma prawo być najbardziej różowa, cukierkowa, może marzyć o byciu w przyszłości najpiękniejszą z kobiet. Na tym polega wolność, na wybraniu własnej ścieżki. Zabrakło jednak przeciwwagi w tle, cudzysłów przy przymiotniku dziewczyński i piłka nożna to trochę za mało. Dodatkowo razi niefortunne sformułowanie mózg dziewczynki.
„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna

Dodatkowo stereotypy związane z rolami płciowymi wzmocnione są przez warstwę graficzną, która stanowi chyba najsłabszy punkt tej pozycji. Choćby rozkładówka, na której po jednej stronie przedstawiono braci grających w piłkę, a po drugiej siostrę czeszącą włosy na tle toaletki pełnej kosmetyków.  Ilustracje autorstwa Shelagh McNichols są niby poprawne, ale razi ich dosłowność, zachowawczość. Wszyscy są śliczni, uśmiechnięci (poza Jazz w kilku momentach), z jednego katalogu. Zabrakło naturalności i po prostu życia.

„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna


„Mam na imię Jazz” nie jest książką idealną, wypełnia jednak ważną lukę na rynku. Autorkom udało się w jasny, czytelny i dostosowany do percepcji młodszych dzieci sposób pokazać trudny, potencjalnie dość kontrowersyjny temat. To ciepła, bardzo pozytywna opowieść, którą spokojnie możecie czytać już z przedszkolakami (4+). Mam nadzieję, że historia Jazz nie trafi wyłącznie na półkę z książkami terapeutycznymi, choć i taką funkcję może pełnić. Tak normalne przedstawienie inności pozwala ją oswoić i w efekcie traktować po prostu... normalnie. Bez negatywnych emocji, z empatią, z akceptacją. Przydałaby się jeszcze dwie wersje historii Jazz. Trochę poważniejsza, dla dzieciaków z pierwszych klas szkoły podstawowej i  nastolatkowa, najlepiej komiksowa. 


Za egzemplarz książki dziękuję


MAM NA IMIĘ JAZZ
Tekst: Jessica Herthel, Jazz Jennings
Ilustracje: Shelagh McNichols
Tłumaczenie: Anton Ambroziak
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Data wydania: 2019
Liczba stron: 28
Oprawa: twarda
Format/forma: kwadratowe midi
Sugerowany wiek: 4+


„Ballady i romanse”, czyli wciągająca instrukcja czytania klasyki

16 maja

„Ballady i romanse”, czyli wciągająca instrukcja czytania klasyki



Czuję się niezręcznie. Zakłopotana i onieśmielona. Bo jakże to tak pisać o książce, o której chyba już wszystko napisano, którą prześwietlono w każdej możliwej interpretacyjnej formule. Mickiewicza recenzować? Nie godzi się. Analizy, próby zrozumienia, przedstawiania w kontekście historycznoliterackim to i owszem, ale wpis na blogu? O kamieniu milowym polskiej literatury?
„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art

Na szczęście Emilia Kiereś zdjęła zakurzony tom z półki, odświeżyła i udowodniła, że wybitna literatura za nic sobie ma upływ czasu. Wystarczy dać jej szansę. Wyjaśnić to i owo. Wytłumaczyć. Pokazać w kontekście. „Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z jej komentarzami wydane przez Egmont w jednej z moich ulubionych serii Art to książka bardzo potrzebna, pokazująca, że klasyka nadal może być atrakcyjna.

„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art

Zadanie nie było łatwe. Jak sprzedać często niezrozumiałe teksty współczesnemu młodemu czytelnikowi, jak go oswoić z nieco archaiczną frazą, z rzadko dziś spotykanym obrazowaniem? Jak przybliżyć dalekie, odmłodzić trochę zmurszałe? Wreszcie - jak pozbawić szkolną lekturę etykietki nuda? Emilia Kiereś znalazła swój sposób na Mickiewicza. Bez fajerwerków, bez nadęcia, za to ze zrozumieniem specyfiki dwóch odległych epok - romantyzmu i współczesności. Czasów różnych, pozornie do siebie nieprzystających, ale z drugiej strony mających wiele punktów wspólnych. Bo czyż dreszczyk emocji nie jest tym, czego wciąż poszukujemy w sztuce, nie tylko literaturze? Bo czyż romantyzm nie stanowi jednego z kluczy do zrozumienia współczesności?
„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art

Barierą może być jedynie język sprzed dwustu lat, często niezrozumiały, momentami brzmiący dziwnie, archaicznie. Na szczęście tekst trafił na warsztat tłumacza czujnego jak mało kto, więc każde nawet potencjalnie niezrozumiałe słowo zostało wyłapane i wyjaśnione. Czy to wystarczy, by zainteresować dzisiejszego odbiorcę? Nie wiem, ale w książce kryją się jeszcze inne niespodzianki.

„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art


Do nich należą barwne, napisane z pasją komentarze, pokazujące różne sposoby czytania, interpretowania tekstu. Niekiedy ich autorka bardziej naświetla kontekst historyczny, innym razem skupia się na otoczeniu kulturowym lub sytuacji politycznej. W opowieść wplata wiele faktów, wydarzeń z życia samego wieszcza, bliskich mu osób, litewski i nie tylko folklor i legendy. Udowadnia, że Mickiewicz to nie pomnikowy twórca, trochę nieobecny, odrealniony, patrzący z piedestału w siną dal, ale człowiek z krwi i kości, który żył, kochał, czuł. I te uczucia, to życie, te emocje czytelnik do dziś może odnaleźć w jego dziełach. 

„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art


Trzon każdego omówienia stanowi przełożenie poszczególnych zdarzeń, elementów narracji i świata przedstawionego na język zrozumiały dla współczesnego odbiorcy. Kiereś prowadzi czytelnika krok po kroku za opowieścią narratora, poprzez użycie bezpośredniego, bliskiego gawędzie stylu wciąga go wręcz w samą historię. Pokazuje emocje, odczucia towarzyszące bohaterom, odkrywa ich sekrety, motywacje. Słowem uczy czytać literaturę, tłumaczy, jak ją interpretować, jak znaleźć odpowiedź na typowe szkolne pytanie, co autor miał na myśli.

„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art



Dodatkowo Kiereś świetnie wydobywa z utworów wieszcza te elementy, cechy, które mogą być atrakcyjne z punktu widzenia współczesnego czytelnika. Lubicie kryminały? A może gustujecie w horrorach? Preferujecie historie miłosne? A może sięgacie raczej po książki przygodowe? Wszystko to (i nie tylko) znajdziecie zdaniem komentatorki w „Balladach i romansach”. A ja się z nią w stu procentach zgadzam.


„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art

Romantyczny klimat współtworzą nastrojowe ilustracje Marianny Sztymy. Nieoczywiste, lekko rozmazane, momentami wręcz impresjonistyczne dopowiadają i komentują tekst. Znajdziemy na nich i grozę (przetworzoną), i humor. Dosłowność i metaforę. Świat duchów, świtezianek i świat ludzi. Wszystko w odpowiednich proporcjach. To rzeczywistość i tajemnica, która skrywa się gdzieś w mgle. Baśniową atmosferę zagadki artystka uzyskała stosując w swych kolażach zgaszoną kolorystykę szarości i błękitów. W niej, jak kontrapunkt, wyróżniają się intensywne, najczęściej krwistoczerwone elementy i żółć użyta i na obrazach, i jako tło rozdziałów interpretacyjnych. Dodajcie do tego twardą oprawę, płócienną zakładkę i duży format. Edytorski cymes.

„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art

„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art



Autorka opracowania sama deklaruje, że to nie jest podręcznik ani praca naukowa. Nie jest to także poważne wydanie krytyczne, choć przypisów tu mnóstwo. To po prostu przystępny, odrobinę osobisty przewodnik po klasycznej już dziś pozycji, nie tylko świetne uzupełnienie szkolnego podręcznika, ale przede wszystkim dobra literatura. I wzór, gotowa wciągająca instrukcja, jak opowiadać o dziełach, które zniknęły ze zwykłego obiegu czytelniczego (drodzy nauczyciele - to kopalnia inspiracji). Czy dzięki temu na szkolnych przerwach dzieciaki będą z wypiekami na twarzy pochłaniały klasyków romantyzmu? Nie sądzę. Bądźmy realistami. Wystarczy, by choć przestały podchodzić do nich jak do jeża.


Dodatkowo prosimy wraz z córką, by szanowne wydawnictwo pokusiło się o równie udane wydanie „Dziadów”. Szczególnie części drugiej.

BALLADY I ROMANSE
Tekst: Adam Mickiewicz
Tekst komentarzy i opracowanie: Emilia Kiereś
Ilustracje: Marianna Sztyma
Wydawnictwo: Egmont
Seria: Art
Data wydania: 2018
Liczba stron: 208
Oprawa: twarda
Format/forma: grube maksi
Sugerowany wiek: 10+, dla każdego
„Wyprawa Shackletona” i „Wilki z Nowego Meksyku”, czyli człowiek, zmiana i potęga natury

08 lutego

„Wyprawa Shackletona” i „Wilki z Nowego Meksyku”, czyli człowiek, zmiana i potęga natury


Dwie graficzne opowieści o potędze natury i o ludziach, którzy rzucili jej wyzwanie. „Wyprawa Shackletona” i „Wilki z Nowego Meksyku” młodego brytyjskiego rysownika Williama Grilla to w pierwszym przypadku opis pozornej porażki, która w ostatecznym rozrachunku przegraną wcale nie była, w drugim złudnego zwycięstwa, które okazało się punktem wyjścia radykalnej zmiany - poglądów, przekonań, postawy. Dwie, choć momentami trudno w to uwierzyć, prawdziwe historie przenoszą czytelnika do świata XIX i początków XX wieku, czasów, gdy człowiekowi wydawało się jeszcze, że przyrodę można okiełznać, że wszystko można podporządkować ludzkiej woli i ludzkim potrzebom.

„Wyprawa Shackletona” i „Wilki z Nowego Meksyku” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki


Debiutancka powieść graficzna „Wyprawa Shackletona” opowiada o ostatniej z wielkich Bohaterskich Wypraw Antarktycznych, które rozpalały wyobraźnię na przełomie XIX i XX wieku. Nieznany, niedostępny ląd, jedno z niewielu miejsc na ziemi, które skutecznie opierało się ludzkiej ekspansji, przyciągał śmiałków, kusił sławą odkrywcy. Uwiódł również Ernesta Shackletona, ambitnego człowieka, który chciał zrobić coś naprawdę wielkiego. Coś, co wsławi jego imię, uczyni nieśmiertelnym. Biegun został już zdobyty, trzeba więc było wymyślić inne wyzwanie.


„Wyprawa Shackletona” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki

Owszem, tak jak zamierzał Shackleton, jego nazwisko zapisało się w historii, jednak nie do końca tak, jak planował podróżnik. Właściwy cel - przemierzenie całej Antarktydy, od jednego jej krańca do drugiego przez biegun, nadal musiał czekać na kolejnego śmiałka. Już na samym początku ekspedycji lodowy kontynent pokazał całą swą potęgę i wyprawa z pełnej wyzwań, trochę awanturniczej i zuchwałej przygody przeobraziła się w dramatyczną misję ratunkową.

„Wyprawa Shackletona” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki

Nowy cel - ocalenie ludzkiego życia, przetrwanie na krze i bezpieczny powrót do domu wszystkich bez wyjątku - okazał się równie trudny, pełen niespodziewanych zwrotów akcji, zaskakujących pomysłów, tragicznych wydarzeń, niełatwych decyzji. Przede wszystkim walka z żywiołem oznaczała zmaganie się z ludzkimi ograniczeniami, słabościami. I z tej potyczki zarówno załoga statku „Endurance”, jak i jej kapitan wyszli zwycięsko.
„Wyprawa Shackletona” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki


Choć Grill opowiada o naprawdę tragicznych wydarzeniach, stosuje bardzo oszczędną, przypominającą reportaż narrację. Otrzymujemy trochę dziennik, trochę spis inwentarza. Prosty, konkretny język służy po prostu zrelacjonowaniu wszystkich zdarzeń. Bez cukrowania, bez podkręcania emocji zbędnymi epitetami. Nie ma bowiem takiej potrzeby. Niemalże suche fakty mówią same za siebie.
„Wyprawa Shackletona” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki


Czytelnik współuczestniczy w wyprawie od samego początku. Nie pominięto żadnego z najważniejszych elementów ekspedycji, którą opisano krok po kroku w porządku chronologicznym. Wszystko zaczęło się od samej idei, a potem klasycznie: zbieranie funduszy, wybór członków załogi i drugiego równie ważnego zespołu, czyli 69 wyjątkowo wytrzymałych psów. Dokładnie rozrysowano budowę statku, niezbędne wyposażenie i zapasy.

„Wyprawa Shackletona” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki


W końcu żagle zostały postawione i rozpoczęła się właściwa przygoda, podczas której bywało różnie - momentami sielankowo, czasami nudnawo (trzeba jakoś zabić czas), z reguły jednak, im bliżej końca, tym coraz bardziej dramatycznie. Warto przy tym podkreślić, że Grill oszczędza nieco młodszego czytelnika, nie serwuje drastycznych szczegółów, których istnienia domyśla się pewnie dorosły. Mimo tej cenzury ze względu na wpisanego w tekst odbiorcę i tak wiemy, kiedy jest naprawdę źle, czujemy te emocje także dzięki doskonałej warstwie graficznej.

„Wyprawa Shackletona” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki


„Wyprawa Shackletona” to bowiem pełnowymiarowa książka obrazkowa, graficzno-tekstowe opowiadanie. Na pierwszy rzut oka stworzone kredką i ołówkiem ilustracje wydają się proste, wręcz ascetyczne, niedbałe, takie od niechcenia. Wynika to między innymi z ograniczonej, zimowej palety barw, którą wykorzystuje twórca. Dominuje biel i różne odcienie niebieskiego. Śnieg i woda, lód i ocean. Pustka przełamana gdzieniegdzie zgaszonymi brązami drewna, odzieży i pozostałego ekwipunku.


„Wyprawa Shackletona” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki

W rzeczywistości jednak obrazy pełne są szczegółów, uzupełniają tekst nie tylko na  poziomie emocji, nastroju, ale i dopowiadają konkretne informacje. Spójrzmy choćby na dokładnie rozrysowane wyposażenie wyprawy. Grill stosuje przy tym, w zależności od potrzeb, różne formy - od pełnych rozkładówek, by oddać choćby monumentalność statku i bezkres antarktycznych pejzaży, poprzez mapy i ikonografiki, po prawie komiksowe kadry, w których opowiada jakieś wydarzenie, historię. Czasami patrzy z oddali, innym razem z bliska przygląda się drobiazgom. A przede wszystkim doskonale i w pełni świadomie gra przestrzenią i pustką. Choćby Endurance - wielki, dumny (o ile możemy tak powiedzieć o statku), gotowy do działania w scenie stawiania żagli, mały, wręcz mikroskopijny, gdy wpływa na wody Morza Weddella.
„Wyprawa Shackletona” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki
„Wilki z Nowego Meksyku” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki


Kolejna pozycja - „Wilki z Nowego Meksyku” - przenosi nas w zupełnie inny świat. Ale to tylko pozór. Rozległe równiny XIX-wiecznego Nowego Meksyku tak naprawdę niewiele różnią się od arktycznych pustkowi. Fakt, że stanowią lepsze (bo w ogóle możliwe) miejsce życia ludzi. Nadal jednak rządzi tu natura, przyroda, która nie poddaje się łatwo ludzkiej ekspansji. Walczy, gryzie, kąsa. Nie pozwala się ujarzmić. Symbolizują ją wilki. Drapieżcy, choć przewrotnie w tej opowieści najgroźniejszym drapieżcą okazuje się być człowiek.


„Wilki z Nowego Meksyku” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki

Książka ta to adaptacja autobiograficznego opowiadania „Lobo: Król Currumpaw” Ernesta Thompsona Setona z klasycznego zbioru z 1898 roku „Zwierzęta, które znałem”. W XV wieku, przed erą białego człowieka, w Ameryce Północnej na wolności żyło pół miliona wilków. Niestety, ekspansja nowych osadników oznaczała jednoczesną eksterminację tych zwierząt. Wilcze stada postrzegane były jako zagrożenie nie tylko dla bydła, ale i dla ludzi. W taki też sposób traktowano w XIX wieku pewną watahę, której przewodził majestatyczny, na wpół legendarny Lobo - postrach doliny Currumpaw. Mimo nagrody żadnemu z łowców nie udało się pokonać zwierzęcia. Do momentu, gdy Lobo znalazł się na celowniku Ernesta Setona.

„Wilki z Nowego Meksyku” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki

Opowieść o Lobo i Setonie można czytać na wielu poziomach. Jedni odnajdą w niej nieco romantyczną wizję dzikiej, nieujarzmionej natury, inni opowieść o miłości i oddaniu, pierwotnej więzi łączącej Lobo i Blankę. Niektórzy zwrócą głównie uwagę na proekologiczny wydźwięk tej pozycji i krótką historię narodzin ruchów obrony zwierząt. Z mojej perspektywy to przede wszystkim historia wewnętrznej przemiany człowieka, który przewartościowuje cały swój system wartości. Człowieka, który się uczy, obserwuje i ze zdobytej wiedzy wyciąga wnioski. A gdy nie zgadzają się z jego dotychczasowymi wyobrażeniami, nie nagina rzeczywistości do własnych założeń, tylko zmienia siebie, potrafi przyznać się do tego, że popełnił błąd. To wielka sztuka.


„Wilki z Nowego Meksyku” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki

Zdaję sobie przy tym sprawę, że wolta przekonań przedstawiona jest w zbyt uproszczony, trochę naiwny sposób, brakowało mi bardziej solidnego jej umotywowania, pokazania procesu, który doprowadził Setona do przeobrażenia się z zdeklarowanego myśliwego, łowcy, ba, drapieżnika w wrażliwego obrońcę praw zwierząt. Rozumiem jednak, że to skrót myślowy, pewien fabularny schemat korzystny z punktu widzenia konstrukcji książki przeznaczonej mimo wszystko dla nieco młodszego niż ja czytelnika. Z drugiej strony opowieść cały czas tkwi w mojej pamięci, wciąż zastanawiam się nad postawą Setona. I ciągle przychodzą mi do głowy nowe pytania. Między innymi o szczerość intencji, o wiarygodność takich zmian. Może właśnie taki cel przyświecał Grillowi? Zmusić czytelnika do myślenia.

„Wilki z Nowego Meksyku” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki

Tak jak w przypadku poprzedniej pozycji także w tym przypadku autor oszczędnie posługuje się słowem, równorzędną rolę w budowaniu klimatu i kształtowaniu fabuły odgrywają ilustracje. Tym razem dominuje ceglasta, przygaszona czerwień, brązy. Kolorystyka, która doskonale oddaje pełną słońca atmosferę Nowego Meksyku. Na rysunkach aż czuć pierwotną surowość krajobrazu Dzikiego Zachodu. Grill znowu bawi się perspektywą, pokazuje i ogół, bezkresną przestrzeń, i szczegół. Tak jak na rozkładówce, na której widzimy przemierzającą prerię watahę. Niby kilka kresek, zaledwie parę pozornie niedbałych mazajów, a ładunek emocjonalny i znaczeniowy ogromny.

„Wilki z Nowego Meksyku” William Grill, Kultura Gniewu, Krótkie Gatki

⦖⦕⦖⦕⦖⦕⦖⦕⦖⦕

Warto podkreślić niezwykłą staranność wydania obu książek. Twarde okładki ozdabiają lakierowane elementy, płócienne grzbiety nadają im klasycznego charakteru, w środku całości dopełnia gruby, mięsisty, matowy papier. Oba wydania wzbogacono o krótki słowniczek trudniejszych terminów. Niestety, biała okładka „Wyprawa Shackletona” (pierwsze wydania) w magiczny sposób przyciąga brud, warto więc ją obłożyć. Czymś przezroczystym oczywiście.

⦖⦕⦖⦕⦖⦕⦖⦕⦖⦕

Obie książki traktują swego niedorosłego odbiorcę poważnie. Autor sprytnie unika najbardziej drastycznych obrazów i zdaje się na inteligencję i wrażliwość czytelnika. Choć pojawiają się uproszczenia, opowieści nie są infantylne, budzą emocje dostosowane do wieku dziecka. Historie wzruszają, wciągają i zmuszają do przemyśleń. Różnych. Czy zawsze warto za wszelką cenę dążyć do celu? Czym jest wygrana, czym porażka i czy zawsze są to kategorie oczywiste? Jaki powinien być przywódca (Shackleton i Lobo)? A przede wszystkim obie pozycje zadają pytania o jedną z najbardziej pokręconych, niezrozumiałych i absurdalnych relacji w świecie. Człowiek a natura. Przyroda a ludzie. Dzikość a cywilizacja. Pytania, na które odpowiedzi wydają się oczywiste, choć nadal do niektórych z nas to nie dociera.

Książki te uderzyły też w pewną moją osobistą, sentymentalną nutę. Przypomniały mi o świecie, który uwielbiałam eksplorować jako dziecko, ale do którego nigdy nie odważyłam się powrócić. Ze strachu przed rozczarowaniem, obawy, że zamiast magii, obietnicy przygody dostanę nudne ramotki. May, Curwood, London czekają, aż się z nimi ponownie zmierzę. Ciekawa jestem efektu.

WYPRAWA SHACKLETONA
Tekst i ilustracje: William Grill
Tłumaczenie: Agata Napiórska
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Seria: Krótkie Gatki
Data wydania: 2015
Oprawa: twarda
Liczba stron: 72
Format/forma: midi/maksi
Sugerowany wiek: 7+

WILKI Z NOWEGO MEKSYKU
Tekst i ilustracje: William Grill
Tłumaczenie: Agata Napiórska
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Seria: Krótkie Gatki
Data wydania: 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 80
Format/forma: midi/maksi
Sugerowany wiek: 7+


Copyright © 2017 Mamobab czyta