„Anatomia farmy”, czyli Minecraft bierze wszystko

05 listopada

„Anatomia farmy”, czyli Minecraft bierze wszystko

Bardzo żałuję, że Julia Rothman, autorka „Anatomii farmy. Ciekawostek z życia wsi”, nie zakochała się w polskim rolniku. Naszym, tutejszym. Ale nie, ona - dziewczyna z naprawdę wielkiego miasta w Ameryce - musiała swe uczucia ulokować w chłopaku z farmy gdzieś w Nebrasce. Dobre i to, gdyż dzięki tej romantycznej historii powstał wciągający ilustrowany leksykon w całości poświęcony szeroko rozumianemu gospodarstwu. 

„Anatomia farmy. Ciekawostki z życia wsi” Julia Rothman
„Anatomia farmy” przypomina trochę przewodnik dla mieszczuchów, którzy o prawdziwym życiu na farmie nie wiedzą prawie nic, a trochę  poradnik dla gospodyń wiejskich. W rzeczywistości to imponujące, rzetelne kompendium wiedzy. Rothman uwzględniła chyba wszystkie zagadnienia wiążące się nie tylko z wsią, rolnictwem, uprawami, hodowlą zwierząt, ale i przetworami, ludowym rękodziełem (oczywiście amerykańskim), tradycyjną kuchnią. 
„Anatomia farmy. Ciekawostki z życia wsi” Julia Rothman

„Anatomia farmy. Ciekawostki z życia wsi” Julia Rothman

To opis niemal samowystarczalnego gospodarstwa trochę z innej epoki, z dzisiejszej perspektywy powrót do idealizowanej sielskiej wsi, życia zgodnie z rytmem natury, które wcale nie jest takie harmonijne i proste, a raczej wymaga ogromnego wysiłku, niesamowitej pracy i to bez wszystkich współczesnych, nie tylko miejskich udogodnień, a przede wszystkim wszechstronnej wiedzy.

„Anatomia farmy. Ciekawostki z życia wsi” Julia Rothman

Ta swoista encyklopedia wsi przybiera formę ilustrowanego katalogu, podane informacje nie są specjalistyczne, ale też nie ma tu zbędnych uproszczeń, a w książce aż roi się od zaskakujących szczegółów. Czytelnik pozna różne rodzaje kogucich grzebieni, sierści króliczej, wiązarów dachowych (aż 10), wieżyczek na stodołach, głowic siekier, odmiany fasoli i jabłek, maszyny rolnicze, zabudowania i wiele innych rzeczy.
„Anatomia farmy. Ciekawostki z życia wsi” Julia Rothman

„Anatomia farmy. Ciekawostki z życia wsi” Julia Rothman

Imponuje poradnikowa część książki. Z części informacji czytelnik, szczególnie ten wielkomiejski, raczej nie skorzysta. Nie znajdę w okolicy mojego bloku pola do zaorania, kompostowanie też prawdopodobnie będzie problemem (chyba że mieszkacie w domku), podobnie jak dojenie krowy czy kozy. Ale już przepisy na ciasto marchewkowe, racuchy, barszcz, mrożone pikle, weki czy wino z mniszka lekarskiego kuszą. Pomidory można uprawiać na balkonie,  chleb upiec w zwykłym piekarniku, a wiedza o naturalnych barwnikach przyda się nie tylko w czasie Wielkanocy. 

„Anatomia farmy. Ciekawostki z życia wsi” Julia Rothman

Uprzedzam wegan i wegetarian, książka jest bardzo „mięsna”. Omówiono tu dość szczegółowo wszystkie rodzaje zwierząt hodowanych w tradycyjnym gospodarstwie. Dodatkowo niektóre na wykresach rozłożono na kulinarne czynniki pierwsze. Dowiemy się, czym się różni rostbef od zrazowej górnej, comber od łopatki, a także jak fachowo pokroić kurczaka.
„Anatomia farmy. Ciekawostki z życia wsi” Julia Rothman

Autorka większość informacji przedstawia w bardzo atrakcyjnej formie graficznej, uroczo staroświeckiej, przypominającej stare amerykańskie almanachy dla farmerów. Stosowane są czytelne wykresy, diagramy, infografiki, zwykłe zestawienia, schematy, przekroje. 
„Anatomia farmy. Ciekawostki z życia wsi” Julia Rothman

W moim domu największą sensację wzbudził jednak dział poświęcony stodołom, zagrodom, kurnikom, koziarniom. Zaczęło się od pewnej intrygującej zagadki. Jak zbudować owczarnię w Minecrafcie? Matka nie wiedziała, więc trochę z lenistwa książkę potomstwu wręczyła. A ta okazała się nieoczekiwanie świetną inspiracją do tworzenia własnych farm, gospodarskich zabudowań. 

„Anatomia farmy. Ciekawostki z życia wsi” Julia Rothman
„Anatomia farmy” należy do tych książek, w których każdy znajdzie coś dla siebie, niezależnie od tego, ile ma lat. To propozycja dla całej rodziny. Sprawdzi się już jako świetne źródło informacji dla dzieci, które dopiero co wyrosły z takich pozycji jak „Rok na wsi” Magdaleny Kozieł-Nowak, nie raz i nie dwa zaskoczy dorosłych mieszczuchów. W końcu ilu z nas wie, że kozę doi się na specjalnym stanowisku, a do wyprodukowania 0,6 l syropu klonowego potrzeba ponad 34 l soku?

Niestety, książka ma jedną wadę. Pozostawia ogromny niedosyt. Opowiada o typowej amerykańskiej farmie. Gdzie ja w Polsce znajdę aż tyle gatunków dyni?! I choć część zagadnień jest jak najbardziej uniwersalna, marzę o anatomii swojskiego, polskiego gospodarstwa. Z przepisami na szarlotkę i żur, koronkami i wyszywankami, przedstawieniem różnic choćby między stodołą mazurską, warmińską, mazowiecką i podlaską. Owszem, w przypisach wydawca przybliża polski kontekst, ale z mojego punktu widzenia to trochę za mało. CHCĘ WIĘCEJ!

ANATOMIA FARMY. CIEKAWOSTKI Z ŻYCIA NA WSI
Tekst i ilustracje: Julia Rothman
Tłumaczenie: Barbara Burger
Wydawnictwo: Entliczek
Data wydania: 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 224
Format/forma: midi
Rekomendowany wiek: 6+, dla każdego
„Kosmiczne rupiecie”, czyli wieloryb ma niestrawność, a tatko potrzebuje pomocy

31 października

„Kosmiczne rupiecie”, czyli wieloryb ma niestrawność, a tatko potrzebuje pomocy

Akcja, przygoda, trochę grozy i niebezpieczeństwa, misja ratunkowa, mnóstwo absurdu i humoru w niesamowitej kosmicznej scenerii, a momentami dość ostra satyra na problemy dręczące również współczesny świat. Oto „Kosmiczne rupiecie” - komiks Craiga Thompsona, wielokrotnie nagradzanego autora takich powieści graficznych jak „Blankets” czy „Habibi”. Tym razem Thompson jednak zwraca się do młodszego odbiorcy i opowiada historię, która na najprostszym fabularnym poziomie uwiodła 8-latka.
„Kosmiczne rupiecie” Craig Thompson

Główna bohaterka, mniej więcej 10-, 11-letnia Fiolet Marlocke, mieszka wraz z rodzicami w zdezelowanym statku kosmicznym, odpowiedniku współczesnej przyczepy, gdzieś na rubieżach galaktyki. Muskularny ojciec w kraciastej koszuli to typowy przedstawiciel klasy robotniczej, drwal zbierający odpady, z których produkuje się paliwo. Matka z kolei projektuje stroje i marzy o pracy u modowego guru Adama Arnolda w pięknej, pełnej korporacyjnego sznytu O-Słonii.

Rodzina żyje skromnie, trochę w zawieszeniu między dwiema klasami społecznymi, ale szczęśliwie. Jednak wszystko się zmienia, gdy szkołę Fiolet pożerają wielkie wieloryby. Między innymi po to, by zapewnić dziewczynce właściwą edukację, ojciec przyjmuje intratne, choć śmiertelnie groźne zlecenie. I w tym momencie sprawy się komplikują. Zaczyna się kosmiczna przygoda dziecka, które chce tylko uratować tatusia, a przy okazji mimochodem ocala cały (wszech)świat.

„Kosmiczne rupiecie” Craig Thompson

Wiem, zdradziłam zakończenie, lecz dla dorosłego czytelnika jest ono oczywiste już po przeczytaniu pierwszych stron komiksu. Thompson bowiem twórczo przetwarza jeden z najbardziej wyświechtanych schematów fabularnych obecnych w popkulturze, tylko że zamiast Bruce'a Willisa główną rolę odgrywa mała Fiolet z przyjaciółmi.

Cały urok tej pozycji kryje się bowiem w tym, co przedstawiono pomiędzy zawiązaniem a rozwiązaniem akcji i to nie tylko w zakresie fabularnym, ale przede wszystkim wizualnym.

„Kosmiczne rupiecie” Craig Thompson

Thompson kreuje całą galerię wyrazistych, spójnych psychologicznie postaci. Drużyna, z którą Fiolet wyrusza na wyprawę, składa się z neurotycznego, przeintelektualizowanego kurczaka Elliota, który początkowo dba tylko o przestrzeń osobistą, oraz podobno ostatniego przedstawiciela rasy bryłkowców - porywczego niby-mięśniaka Zacheusza od czasu do czasu przeżywającego weltschmerz. Zacheusz to dziki stwór, siła, bezczelność, Elliot - wrażliwość, przewodnik duchowy. A Fiolet? To serce, które po prostu spaja ich wszystkich w jeden zespół.

Równie zabawne i wiarygodne są także inne postaci, choćby zmanierowany projektant mody, ekipa podstarzałych dawnych motocyklistów, ojciec Fiolet, pozornie prosty drwal, ni stąd ni zowąd używający słownictwa rodem z elementarza młodego socjalisty, a nawet OPIEKUNDRON - przejęta swoją rolą mechaniczna niańka.

„Kosmiczne rupiecie” Craig Thompson

Nie sposób jednak potraktować „Kosmicznych rupieci” jako prostego komiksu przygodowego. Thompson analizuje bądź tylko sygnalizuje z różnym skutkiem wiele bolączek świata przyszłości, które mają swe odpowiedniki w naszej teraźniejszości, w czasach, gdy wieloryby pływają grzecznie w morzach i oceanach, a nie połykają szkoły i całe planety.

Najwyższą wartością jest tu rodzina, przy czym autor nie ogranicza się jedynie do przedstawienia pozytywnych przykładów. Zaburzone toksyczne relacje, samotność, osierocenie, odrzucenie przez ojca, ambicjonalne konflikty i związane z tym kompleksy wydają się jeszcze bardziej bolesne na tle niemal idealnej rodziny Fiolet. Rodziny, w której liczą się nie pieniądze, ale bliskość.

„Kosmiczne rupiecie” Craig Thompson

W satyrycznym świetle przedstawiono tu także problemy społeczne - poczynając od niesprawiedliwej dystrybucji dóbr, klasowości, nierówności, skończywszy na ograniczonym dostępie do edukacji, korporacyjnym wyzysku. Świat przy tym jest ekstremalnie spolaryzowany. Z punktu widzenia ojca mieszkańcy elitarnej O-Słoni to pretensjonalne, rozpuszczone pasożyty, nadęci, mdli elitaryści, z perspektywy oderwanego od rzeczywistości projektanta Adama Arnolda ludzie pochodzący z rubieży są w sumie tacy prawdziwi, surowi, ale choć stanowią świetne źródło inspiracji, to lepiej się od nich trzymać z daleka. Figura szlachetnego dzikusa wiecznie żywa.

Domyślam się, że większość z wspomnianych wyżej zagadnień będzie mało czytelna dla dzieci, ale Thompson posłużył się także przykładami z ich świata, choćby wyszydzaniem w szkole ze względu na nie taki jak trzeba strój.

„Kosmiczne rupiecie” Craig Thompson

Komiks nie pomija również kwestii ekologicznych i pokazuje we właściwy sobie przerysowany sposób między innymi skutki rabunkowej gospodarki, wyczerpania zasobów, zanieczyszczenia środowiska. Wielorybia biegunka prowadzi bowiem do ekologicznej katastrofy, odchody dosłownie zalewają wszechświat. Kadry przedstawiające zieloną postapokaliptyczną rzeczywistość należą do moich ulubionych.

„Kosmiczne rupiecie” Craig Thompson

Tym, co jednak najbardziej zaintryguje dzieci, jest mimo wszystko warstwa fabularna - atrakcyjna, pełna wrażeń przygoda w niesamowitym świecie, klasyczna opowieść o sile przyjaźni i współpracy. Niestety, z mojego punktu widzenia w pewnym momencie autor odrobinę zbyt nachalnie, za dosłownie forsuje ten oczywisty i wynikający z postępowania bohaterów przekaz.

„Kosmiczne rupiecie” Craig Thompson

Świat przedstawiony w komiksie mimo pozornego chaosu jest bardzo spójny, przemyślany i logiczny, wszystkie elementy do siebie pasują, współgrają nie tylko na poziomie dobrze skonstruowanego scenariusza, ale i rysunków.

Warstwa graficzna zapiera bowiem dech w piersiach. Bogactwo szczegółów, sugestywna sceneria, oszałamiające kostiumy, niesamowite pojazdy dopracowane w każdym calu, imponujące stacje kosmiczne - słowem kosmos w całej swej okazałości. Dodajmy do tego pełne życia, ciepłe kolory kojarzące się z animacjami studia PIXAR, dzieło Dave'a Stewarta, używane m.in. do pokazania zróżnicowania świata, od zgniłej zieleni wielorybich odchodów, ciemność rubieży, surowość tartaku po pełną światła, jasną O-Słonię, w której aż chce się być.

Dynamikę akcji podkreśla różnorodna kompozycja i wielkość kadrów, często niestandardowe podziały strony, przenikające się sceny, kadry w kadrach, rozkładówki. Na szczęście mimo bogactwa formy lektura nie sprawia problemu.
„Kosmiczne rupiecie” Craig Thompson

„Kosmiczne rupiecie” to komiks bardzo mocno osadzony w kulturze i popkulturze, mnóstwo w nim intertekstualnych nie zawsze czytelnych dla dzieci nawiązań podanych wprost i nie wprost. Już sam surrealistyczny klimat utworu nawiązuje do groteskowo-absurdalnej wizji kosmosu w „Autostopem przez galaktykę” Douglasa Adamsa i to nie tylko poprzez wieloryby. Sam Thompson podkreśla, że postać Fiolet jest w dużej mierze inspirowana Pippi, której ojciec przecież także zaginął gdzieś na bezkresnych morzach południowych. Dziwaczni kosmici raczej przypominają tych z „Facetów w czerni” (według mojego syna - bohaterów Pixarowych „Potworów i spółki”). Przywołany zostaje „Moby Dick”, „Mały książę”, Biblia i wiele innych odniesień.

„Kosmiczne rupiecie” Craig Thompson

Z obowiązku wspomnę, że w komiksie pojawia się trochę niewybrednych żartów, co nie dziwi, zważywszy na rolę fekaliów w rozwoju akcji, i dosłownie parę słów powszechnie uznawanych za brzydkie (małego kalibru). Mimo tego śmiało można polecić „Kosmiczne rupiecie” już 8-latkom. Z całą pewnością kosmiczna przygoda wciągnie ich bez reszty. Dorosły doceni raczej różne smaczki, dialog z kulturowymi odniesieniami. Forma ma szansę zachwycić wszystkich.

A ja w rodzicielskim kajecie mądrych rad zapisałam sobie pewne zdanie wypowiedziane przez ojca Fiolet. „I na co jej się zdadzą te kalkulatory i »mylnie używane imiesłowy«, kiedy padną hamulce w kosmowozie”. Właśnie.


KOSMICZNE RUPIECIE
Tekst i rysunki: Craig Thompson
Kolor: Dave Stewart
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawnictwo: timof comics
Data wydania: 2015
Oprawa: twarda
Liczba stron: 400
Format/forma: komiksowe midi
Sugerowany wiek: 8+
„Prawie wszystko” oraz „Zoologia”, czyli szaleństwo katalogowania

26 października

„Prawie wszystko” oraz „Zoologia”, czyli szaleństwo katalogowania

Porządkowanie świata, kategoryzowanie, nadawanie nazw zbiorom rzeczy, które coś łączy, a potem odkrywanie szczegółów, konkretów. I to wszystko w naprawdę gigantycznym rozmiarze. W sam raz, by rozłożyć książki na dywanie i szukać, i podziwiać. Po prostu uczyć się, patrząc. Oto dwie wielkoformatowe encyklopedie pełne wiedzy zapisanej w obrazie - „Prawie wszystko” oraz „Zoologia”. Obie stworzone przez francuską ilustratorkę

„Prawie wszystko”, „Zoologia”, Joëlle Jolivet

„Prawie wszystko” przedstawia wycinki otaczającej nas rzeczywistości w czasami zaskakujących kategoriach.  Każda rozkładówka to jeden temat, zilustrowany mnóstwem mniej lub bardziej oczywistych przykładów.

„Prawie wszystko”, „Zoologia”, Joëlle Jolivet
„Prawie wszystko”, „Zoologia”, Joëlle Jolivet

Warto podkreślić, że tytuł w tym przypadku świetnie oddaje zawartość. Czytelnicy rzeczywiście mogą odnaleźć tu prawie wszystko - drzewa i kwiaty, owoce i warzywa, zwierzęta, mini-atlas anatomii człowieka, stroje historyczne i tradycyjne, domy z różnych stron świata, narzędzia i maszyny, samochody i pociągi, łodzie, statki i samoloty. I na samym końcu instrumenty muzyczne. Słowem dla każdego coś miłego na zaledwie trzydziestu ośmiu stronach.
„Prawie wszystko”, „Zoologia”, Joëlle Jolivet
„Prawie wszystko”, „Zoologia”, Joëlle Jolivet

Dobór prezentowanych przedmiotów sprawia, że nie da się potraktować tej książki jako zwykłej wyszukiwanki dla młodszych. Podpisy pod rysunkami, ze względu na swą dokładność, to prawdziwa kopalnia wiedzy. Znajdziemy tu nie tylko topór, ale i toporek ciesielski, miarę zwijaną i suwmiarkę, ładowarkę łyżkową, koparkę chwytakową i minikoparkę, kaleszę i karetę, Ferrari 250 GTO i po prostu skuter, Nieuport 11 i Boeinga CH-47 Chinook, darbookę, litofon i zanzę. I wiele, wiele innych rzeczy zarówno banalnych, jak i tak egzotycznych, że nieznanych nawet niektórym dorosłym. 
„Prawie wszystko”, „Zoologia”, Joëlle Jolivet

Ciekawe, przyciągające wzrok ilustracje z reguły dobrze oddają przedstawiane przedmioty, zjawiska. Niekiedy bardzo realistycznie (np. strefy intymne człowieka), innym razem niestety mniej. Młodszym dzieciom problem może sprawić choćby rozkładówka owocowo-warzywna, na której prawie wszystkie cytrusy wyglądają tak samo. Kolejny minus to trochę zbyt mała czcionka zarówno w podpisach pod zdjęciami, jak i w części hasłowej, która może sprawić kłopot początkującym czytelnikom. 
„Prawie wszystko”, „Zoologia”, Joëlle Jolivet

„Zoologia” z kolei to po prostu niekonwencjonalny atlas zwierząt, których nie pogrupowano klasycznie według gatunków, rodzajów, ale według dość oryginalnych kategorii. Miejsce zamieszkania, upierzenie, rogi, nocny tryb życia, kolor, wzorzystość, wielkość - to wszystko może być kluczem do porządkowania świata.
„Prawie wszystko”, „Zoologia”, Joëlle Jolivet

Świetne, ogromne ilustracje przypominają ryciny ze starych książek, atlasów, katalogów. Znacznie bardziej klimatyczny niż w poprzedniej pozycji efekt wzmacnia czarna obwódka, przywodząca na myśl dawne linoryty, botaniczne plansze.
„Prawie wszystko”, „Zoologia”, Joëlle Jolivet
„Prawie wszystko”, „Zoologia”, Joëlle Jolivet

Także tu autorka nie ogranicza się tylko do ogólnie znanych gatunków, ale prezentuje tak egzotycznych przedstawicieli fauny, jak moloch straszliwy, konolof, żeneta, żaba trawna, rudawka, japok, wychuchol pirenejski. 

„Prawie wszystko”, „Zoologia”, Joëlle Jolivet
„Prawie wszystko”, „Zoologia”, Joëlle Jolivet

Na końcu obu książek znajduje się dział „Czy wiesz, że..”, czyli spis wszystkich prezentowanych elementów wraz z bardzo krótkimi objaśnieniami, ciekawostkami. To pomoc także dla rodziców, którym grozi zatonięcie w powodzi pytań. Zgodność informacji z wiedzą naukową gwarantuje przy tym współpraca z Emmanuelle Grundmann, zoologiem z Muzeum Historii Naturalnej w Paryżu.
„Prawie wszystko”, „Zoologia”, Joëlle Jolivet


Wydawnictwo rekomenduje obie pozycje dla czytelników powyżej 3. roku życia, ale spokojnie sprawdzą się również przy młodszych dzieciach. Szczególnie tych, które właśnie są na etapie nazywania świata, i tych, które zaczynają kategoryzować poznane konkrety. To książki, które rosną wraz z dzieckiem. Od intrygującej wyszukiwanki po solidne kompendium wiedzy.

„Prawie wszystko” oraz „Zoologia” zapoczątkowały świetną serię wydawnictwa Egmont - Art. Na blogu gościły już dwie wydane w jej ramach pozycje - „Złota różdżka, czyli bajki dla niegrzecznych dzieci” Heinricha Hoffmanna (klik do recenzji) oraz wyjątkowy album „Trendy i owędy, czyli czego nie wiedzieliście o modzie, a chcielibyście wiedzieć” Alicji Budzyńskiej, Katarzyny Olech-Michałowskiej i Agaty Raczyńskiej (klik do recenzji).

PRAWIE WSZYSTKO
Tekst: Laura Jaffe
Ilustracje: Joëlle Jolivet
Tłumaczenie: Zuzanna Naczyńska
Wydawnictwo: Egmont
Seria: Art
Data wydania: 2013
Oprawa: twarda
Liczba stron: 38
Format/forma: maksi
Sugerowany wiek: 1,5+

ZOOLOGIA
Tekst i ilustracje: Joëlle Jolivet
Konsultacje naukowe: Emmanuelle Grundmann
Tłumaczenie: Zuzanna Naczyńska
Wydawnictwo: Egmont
Seria: Art
Data wydania: 2013
Oprawa: twarda
Format/forma: maksi
Liczba stron: 38
Sugerowany wiek: 1,5+
„Lodorosty i bluszczary”, czyli wehikuł czasu

23 października

„Lodorosty i bluszczary”, czyli wehikuł czasu

„Lodorosty i bluszczary. Wiersze dla dzieci” Jerzego Ficowskiego to pozycja tak niedzisiejsza, nostalgiczna i klasyczna, że poczułam się jak w wehikule czasu. Nie tylko dzięki lirycznym tekstom napisanym piękną, barwną polszczyzną, ale i ilustracjom Gosi Herby nawiązującym wprost do tradycji polskiej szkoły ilustracji. To nie była nawet sentymentalna podróż do mojego dzieciństwa. Tomik przywołał raczej czasy, gdy świat zaczęło poznawać pokolenie moich rodziców. 

„Lodorosty i bluszczary. Wiersze dla dzieci” Jerzy Ficowski

W tomie, opracowanym przez Jarosława Borowca, znajdują się wiersze tworzone przez Jerzego Ficowskiego właśnie od drugiej połowy lat 50., co więcej, nie tylko te wcześniej opublikowane, ale i liryki pochodzące z rękopisów i archiwum autora.
„Lodorosty i bluszczary. Wiersze dla dzieci” Jerzy Ficowski

Strukturę książki wyznaczają zmieniające się pory roku, przy czym powtarzalność czasu podkreślona została poprzez rozpoczęcie i zakończenie tomu tym samym okresem - zimą. Cykl przyrody dosłownie zatacza tu koło, zamyka się lub otwiera w zależności od naszej perspektywy, a świat przedstawiony dzięki tej rytmicznej ciągłości wydaje się być oswojony i bezpieczny. Nie ma tu nagłych zmian, nieprzewidzianych katastrof, pędu w wielu niezsynchronizowanych kierunkach charakterystycznego dla współczesności. W świecie wykreowanym w tej pozycji nawet zmiana jest przewidywalna, oczekiwana i wpisana na stałe w ustaloną kolej rzeczy. 

„Lodorosty i bluszczary. Wiersze dla dzieci” Jerzy Ficowski

Redakcyjna decyzja o takim układzie współgra z widoczną w poszczególnych wierszach wrażliwością autora na naturę - jej piękno, nastrój zależny od konkretnego czasu, jednoczesną zmienność i stałość. Znajduje to wyraz w wielu konkretnych utworach skupionych na poetyckim, wręcz baśniowym wyjaśnianiu świata, zjawisk przyrodniczych. Autor również niezwykle subtelnie operuje kolorem, stanowiącym dominantę kompozycyjną głównie wierszy zimowych. Biel w wielu odcieniach lśni, skrzy się, srebrzy. 
„Lodorosty i bluszczary. Wiersze dla dzieci” Jerzy Ficowski

Wiersze układają się nie tylko w sensualną opowieść o zmieniających się porach roku. To także bardzo konkretna, osadzona w rzeczywistości historia mówiąca o ważnych sprawach wyznaczających rytm życia dziecka. Lato to wakacje, czas beztroski, kontaktu z naturą, jesienią rozpoczyna się szkoła, powracamy do miasta, zima to magia świąt. Ten układ nie zmienia się od lat.

„Lodorosty i bluszczary. Wiersze dla dzieci” Jerzy Ficowski

W dziecięcej poezji Ficowskiego najbardziej ujmuje mnie wielka dyscyplina języka, nie ma tu przypadkowości, zbędnych słów. Każdy wiersz utrzymano konsekwentnie w jednej stylistyce, a środki, słownictwo dobrano dokładnie takie, jak trzeba, w punkt. I to niezależnie od tego, czy podmiot liryczny mówi frazą Leśmianowską (wiersze zimowe, „Kolędziołek”), czy stosowana poetyka zbliża się bardziej do słownych zabaw Tuwima czy Brzechwy. 
„Lodorosty i bluszczary. Wiersze dla dzieci” Jerzy Ficowski

Często wiersze charakteryzują się bardzo prostą formą, wyzyskują jedynie rytmizację niby-zwykłych fraz, bogactwo słownictwa. I choć czasami pojawiają się trochę banalne epitety i porównania, poezja ta nie traci przy tym nic ze swego uroku.
„Lodorosty i bluszczary. Wiersze dla dzieci” Jerzy Ficowski

Najciekawsze jednak są utwory, w których autor twórczo korzysta z zasobów słowotwórczych polszczyzny, tych istniejących i potencjalnych, ukrytych w systemie językowym. Ficowski bawi się słowem, w tekstach aż roi się od neologizmów, często imitujących dziecięcy język, przykładem choćby tytułowe lodorosty i bluszczary, a także mrozmaryn, mroziele, denerwujek, błotołazy i wiele innych. Równie często autor nawiązuje do wspólnego rdzenia znaczeniowego rodziny wyrazów. Grupuje je, zestawia, zderza w poszukiwaniu nowych sensów. Czasami odkrywa ludową etymologię słów, wyraża dziecięce zdziwienie różnicą między rzeczywistym a zapisanym w formie słowotwórczej znaczeniem, między metaforyką a dosłownością.
„Lodorosty i bluszczary. Wiersze dla dzieci” Jerzy Ficowski

Wiele wierszy wykorzystuje zabawy homonimią i to nie tylko leksykalną. Ficowski poszukuje w języku współbrzmień także na poziomie fleksji, składni, frazeologii, choćby w wierszach „Dziwna rymowanka” czy „Wilcze rymy”, których koncept opiera się właśnie na zestawianiu różnorakich homofonów. 
„Lodorosty i bluszczary. Wiersze dla dzieci” Jerzy Ficowski

Warto podkreślić wielki szacunek dla podmiotowości dziecka. Nie ma tu mentorstwa, dobrych rad, pedagogicznych wywodów. To świat widziany z jego perspektywy, w którym kultura dziecięca, zabawy, przekomarzanki, wyliczanki, zagadki stanowią częstą inspirację.
„Lodorosty i bluszczary. Wiersze dla dzieci” Jerzy Ficowski

Całości dopełniają ilustracje Gosi Herby, bezpośrednio nawiązujące do tradycji polskiej szkoły ilustracji. Szczególnie w sposobie przedstawiania postaci widać inspiracje kreską Zbigniewa Rychlickiego czy Zdzisława Witwickiego. Wzruszyły mnie palta dzieci, jak ze starej czytanki. Między innymi dzięki bardzo oszczędnemu stosowaniu kolorów rysunki wydają się być jednak nowoczesne. Eleganckie, może trochę zbyt powściągliwe opowiadają historię czasami własną, czasami komplementarną z tekstem. 

„Lodorosty i bluszczary. Wiersze dla dzieci” Jerzy Ficowski

Przyznam szczerze, że trochę mi głupio. Jerzy Ficowski to dla mnie postać ważna, ale nigdy nie traktowałam go jako autonomicznego artysty, a postrzegałam raczej jako popularyzatora, pośrednika pomiędzy mną a prozą Brunona Schulza. Twórcę „Regionów wielkiej herezji”. Tego pana w zawadiackim berecie od Papuszy, cygańskich taborów i  „Gałązki z drzewa słońca”. Byłam przekonana, że nie znam jego poezji pisanej z myślą o dzieciach. Zdziwiłam się jednak i zawstydziłam. Wiele z tych utworów pamiętam, nie wiem, czy ze szkoły, czy po prostu z codziennego czytania, ale nazwisko autora uciekło gdzieś z mej pamięci. Szkoda.

Zastanawiam się jednak, jak odbiorą ten tom współczesne dzieci. Wiersze pod względem formy i treści nie zestarzały się, nadal są czytelne, aktualne. Tylko kilka razy zastanawiałam się, czy przedstawione realia będą zrozumiałe. Mając w pamięci zdziwienie mojej córki na widok telefonu z tarczą, od razu zwróciłam uwagę na nakręcany budzik. Wiersz wykorzystujący szkolną gwarę także może sprawić problem. I tyle. Całkiem niezły wynik, jak na twórczość pokazującą rzeczywistość niekiedy sprzed  pięćdziesięciu lat.

Moje większe wątpliwości budzi  forma wydania. Tomik przepiękny pod względem edycyjnym i graficznym może po prostu dzieci onieśmielać. Twarda oprawa, dużo światła na stronach, nieściśnięty tekst, tasiemki, stonowane kolory, oprócz spisu treści także alfabetyczny wykaz wierszy - każdy detal został dopracowany w najmniejszym szczególe. Jednak mimo świetnych, wskazujących wyraźnie na dziecięcego odbiorcę ilustracji książka przypomina raczej eleganckie, klasyczne zbiory wybranych wierszy słynnych poetów. Dla dorosłych.

Dorosły pośredniku sięgnij więc po ten magiczny wehikuł czasu i czytaj go wraz z dziećmi. Nawet tymi najmłodszymi. Warto.

Wydawco, poprosimy o wydania pojedynczych wierszy. Mogą być całokartonowe, mogą być zwykłe, mogą być jakiekolwiek. Ważne, by dało się je wziąć w małe łapki, siąść na podłodze i czytać, bez zamartwiania się, że gdzieś zostaną ślady paluchów.

Drodzy nauczyciele, rodzice, organizatorzy konkursów recytatorskich! W tym zbiorze znajdziecie wiersze na wszelkie okazje szkolne, przedszkolne, na akademie, występy i różne inne wydarzenia. Napisane piękną polszczyzną, z nienagannym rytmem. Stworzone do deklamacji!

Dorosły wielbicielu pięknych, kolekcjonerskich książek, „Lodorosty i bluszczary” to edytorski majstersztyk (jak wszystkie pozycje wydane przez Wolno).

LODOROSTY I BLUSZCZARY
Tekst: Jerzy Ficowski
Ilustracje: Gosia Herba
Wybór i opracowanie: Jarosław Borowiec
Wydawnictwo: Wolno
Data wydania: 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 228
Format/forma: midi
Sugerowany wiek: 3+ (do czytania z rodzicami)


„Czyj to szkielet?”, czyli w świecie kości

18 października

„Czyj to szkielet?”, czyli w świecie kości

Dawno temu mała dziewczynka uwielbiała biblioteczkę babci i dziadka. Czego tam nie było! Z milion tomów granatowej encyklopedii wszystkiego, książki o grzybach i truciznach, albumy ze zdjęciami kormoranów, historia kina. Raj. Ale największe emocje budził stary, rozpadający się, jeszcze przedwojenny atlas anatomiczny człowieka. Po niemiecku, ale któż chciałby go czytać. To jedna z pierwszych w moim życiu książek z okienkami. Otwierało się kolejne i kolejne. Wchodziło się coraz dalej w głąb człowieka. Poprzez trzewia aż do kośćca. 
Czyj to szkielet, Henri Cap,  Raphaël Martin,  Renaud Vigourt
Atlas niestety zaginął gdzieś w pomroce dziejów, ale dziś podobną ekscytację młodego odkrywcy może wzbudzić książka „Czyj to szkielet”, którą stworzyło trio: Henri Cap, Raphaël Martin i Renaud Vigourt. Wydana w Polsce, po polsku, więc i poczytać można.
Czyj to szkielet, Henri Cap,  Raphaël Martin,  Renaud Vigourt

Autorzy za punkt wyjścia obrali układ kostny i to nie tylko człowieka. To właśnie kości, kostki, czaszki, szkielety i egzoszkielety, chrząstki, ości, skorupy, rogi, poroża, zęby są tu w centrum uwagi i opowiadają historię ewolucji żywych organizmów. 

Czyj to szkielet, Henri Cap,  Raphaël Martin,  Renaud Vigourt

Autorzy wcale nie odwracają klasycznego porządku, w jakim poznajemy świat. Tutaj jak paleontolodzy, antropolodzy, najpierw widzimy szkielet, a z niego odczytujemy resztę. Jaką? To już zależy od tego, czego szukamy. Wiedzy o naszej historii, informacji o budowie kośćca, o zwyczajach i życiu, sposobie poruszania się różnych organizmów, o podobieństwach i różnicach między gatunkami.  Spójrzcie na stado wilków w ruchu. Dlaczego przemieszczają się gęsiego? A może powinniśmy zapytać, czemu zawdzięczają pewną specyficzną umiejętność? Zwróćcie uwagę na pełne dynamiki próby pokazania szkieletu jako narzędzia wykorzystywanego właśnie do poruszania się.


Czyj to szkielet, Henri Cap,  Raphaël Martin,  Renaud Vigourt

Duży format, dość ascetyczna forma, minimalistyczna, choć raczej kontrastowa kolorystyka ograniczona do różnych odcieni pomarańczowego, niebieskiego, czarnego i bieli dobrze oddają popularnonaukowy charakter publikacji. Ale najciekawsze są oczywiście klapki, okienka kryjące dodatkowe informacje, zagadki, których czytelnik znajdzie tu sporo. Okazuje się, że przyporządkowanie szkieletu do właściwego gatunku to wbrew pozorom bardzo trudne zadanie.

Treść podano w formie krótkich haseł napisanych prostym, ale nie infantylnym językiem, konsekwentnie wyróżnionych pogrubionymi tytułami, często w formie intrygującego stwierdzenia bądź prowokującego pytania.
Czyj to szkielet, Henri Cap,  Raphaël Martin,  Renaud Vigourt

„Czyj to szkielet”  to po prostu dobra, solidna pozycja popularnonaukowa wykorzystująca ciekawą formę przeznaczona dla dzieci w wieku szkolnym. Sprawdzi się jako pomoc dydaktyczna, wzbogaci i uporządkuje wiedzę z zakresu biologii. I być może zainspiruje przyszłych biologów, ortopedów, paleontologów, wynalazców, detektywów, pisarzy, filmowców. Kojarzycie serial „Kości” z ekscentryczną doktor Brennan? Szkielety mogą być fascynujące w wielu wymiarach!
Czyj to szkielet, Henri Cap,  Raphaël Martin,  Renaud Vigourt

CZYJ TO SZKIELET
Tekst i ilustracje: Henri Cap,  Raphaël Martin,  Renaud Vigourt
Tłumaczenie: Jowita Maksymowicz-Hamann
Wydawnictwo: Mamania
Data wydania: 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 40
Format/forma: maksi
Sugerowany wiek: 8+

Copyright © 2017 Mamobab czyta