„Pasztety, do boju”, czyli rowerami w dorosłość

26 czerwca

„Pasztety, do boju”, czyli rowerami w dorosłość



Książkę oceniłam już po okładce. Energetycznej okładce, z której aż bije wyzwanie. Jej twórczyni, Małgorzacie Herbie, udało się w jednym obrazie w punkt oddać klimat opowieści. Trzy kanciaste dziewczyny na rowerach w pozycji startowej i ten tytuł „Pasztety, do boju” prowokują, intrygują i ciekawią. Dalej jest jeszcze lepiej. Clémentine Beauvais ze swadą próbuje udowodnić, że nawet z największego upokorzenia można się podnieść. Nie bez strat, nie w łatwy sposób, ale można.


„Pasztety, do boju” Clémentine Beauvais, Dwie Siostry





Historię nieco dziwnej z początku przyjaźni pomiędzy trzema nastolatkami poznajemy z perspektywy jednej z nich. O przygodzie, której nie byłoby, gdyby nie wygrana w facebookowym konkursie na najbrzydszą dziewczynę w szkole, opowiada Mireille, nieformalna przywódczyni grupy pasztetów, trochę cyniczna, zawsze wyszczekana, z natury dominująca i jednocześnie zdystansowana do problemu bądź ten dystans doskonale udająca. Przyznam, że często po prostu irytująca. Przy tym jednak przenikliwa, niezwykle inteligentna i błyskotliwa. Urodzona liderka i nieocenione wsparcie dla koleżanek, które po raz pierwszy muszą zmierzyć się z psychologicznymi skutkami tego specyficznego zwycięstwa.
Towarzyszą jej: szukająca pocieszenia w muzyce ulubionej kapeli Astrid i wycofana, nieśmiała, najmłodsza Hakima. Trzy skrajnie różne osobowości, które początkowo łączy jedno - odrzucenie, naznaczenie etykietką tej, która nie pasuje do właśnie obowiązującego wzorca i co gorsza (zdaniem niektórych) nie próbuje tego zmienić.
Książka dotyka nie tylko tematyki związanej z cielesnością, samoakceptacją własnego ciała. Autorka w naturalny sposób uwzględnia w fabule większość problemów, z którymi pośrednio bądź bezpośrednio stykają się współczesne nastolatki, nie tylko w dalekiej Francji. Znajdziemy tu rasizm (Hakima pochodzi z muzułmańskiej społeczności), wykluczenie, samotne macierzyństwo i trudne relacje w rodzinach patchworkowych lub niepełnych, niepełnosprawność (towarzyszący dziewczynom w wyprawie brat Hakimy), zdradę, stratę przyjaciela, porzucenie, poświęcenie kariery dla rodziny, młodzieńcze zauroczenie, przemoc szkolną, a nawet pierwszą menstruację. Jak inicjacja, to na całego!  Gdzieś w tle pojawia się cień wojny, jej wpływ na psychikę żołnierzy i na zwykłe uczucia między zwykłymi ludźmi. Dużo trudnych spraw, ale dawkowanych w taki sposób, że w żadnym momencie nie miałam poczucia przesytu, przytłoczenia.
Przede wszystkim jednak uwaga skupiona została na otoczeniu, które niezależnie od tego, czy coś akceptuje, czy nie, zawsze ocenia. W dodatku dziś dysponuje narzędziami zwielokrotniającymi siłę rażenia każdej opinii. Te lajki, łapki w górę bądź w dół, komentarze, ta moc mediów społecznościowych (choć pojawia się ku mojemu zdziwieniu również prasa tradycyjna), ten sztucznie wykreowany świat, w którym muszą nauczyć się poruszać współczesne nastolatki. Uderza kontrast pomiędzy życzliwością, z którą spotykają się w trakcie swej podróży w realnym świecie, a ostrymi, nieprzychylnymi reakcjami w wirtualu.
Bałam się naiwności fabuły, banalnego przekazu, że chcieć to móc lub stereotypowego wykorzystania baśniowego archetypu Kopciuszka. Brzydkie kaczątka nie zmieniają się ot tak w piękne łabędzice. Autorka sprawnie unika oczywistości i uproszczeń. Kreuje prawdziwy świat, taki, w którym funkcjonujemy na co dzień. Owszem, bohaterki trafiają na bal, owszem, zostają pięknie ubrane, przy czym czasownik zostają jest tu kluczowy. Rowerowa wyprawa do Paryża na imprezę z okazji święta narodowego Francji z udziałem prezydenckiej pary również nie ma na celu przeobrażenia dziewczyn w zwiewne lilije, nie chodzi tu o schudnięcie, stanie się fit. Każda z dziewczyn ma inne sprawy do załatwienia, inny problem do rozwiązania, a wyrobione łydki to tylko efekt uboczny.



„Pasztety, do boju” to także brawurowa inicjacyjna powieść drogi. Dziewczyny wyruszają w świat, by poznać siebie, zawalczyć o swoją podmiotowość, zbudować poczucie własnej wartości, słowem - by dojrzeć. Warto podkreślić, że nie chcą przy tym nikomu nic udowadniać, naginać siebie do oczekiwań otoczenia. Po prostu pedałują przed siebie, a to ludzie próbują zrozumieć, w jakim celu, szukają drugiego dna, chcą wtłoczyć je w zrozumiałe w popkulturowej rzeczywistości ramy.
Beauvais dobrze pokazuje siłę słowa. Tego, które rani i tego, któremu samodzielnie możemy zmienić nacechowanie emocjonalne. Główna bohaterka próbuje odczarować obraźliwy epitet, którym dziewczyny zostały naznaczone, odebrać mu jego krzywdzący potencjał. Sama zresztą o tym mówi:


Nie rozumiem, czemu z takim uporem eksponujecie to przezwisko! – oburza się mama. – Pasztety! Straszne słowo. – Stanie się piękne, zobaczysz. A w najgorszym razie zyska moc. 
(Rubryka „Zyciowe triki i sztuczki” cioci Mireille: chwytaj obelgi, które ci rzucają, i rób sobie z nich kapelusze.) 

Tę próbę możemy uznać za udaną, choć w innych przypadkach zaklinanie rzeczywistości przez Mireille nie działa tak sprawnie. Cóż wtedy robi nasza bohaterka? Nakłada maskę i zgodnie z oczekiwaniami otoczenia zmienia narrację. I muszę przyznać, że jest w tym mistrzynią.
Ujmuje przewrotność opowieści, do bólu szczerej, zabawnej, pełnej ciętego dowcipu, żywych, naturalnych dialogów i wyrazistych postaci. Te buzujące hormony po prostu się czuje w każdym zdaniu, w każdej reakcji bohaterów, w doskonale oddanym nastoletnim spojrzeniu na świat.
Przede wszystkim jednak - wbrew temu co napisałam w pierwszym akapicie - historia ta po raz kolejny pokazuje, że nie można oceniać człowieka po jego wyglądzie. Tak jak i książki po okładce. Każdemu trzeba dać szansę. Niby truizm, ale wart przypomnienia, szczególnie w tej pozbawionej drętwego moralizatorstwa formie.
Wielki plus za ścieżkę dźwiękową. Świat nastolatków najlepiej przybliża słuchana przez nich muzyka. A jeszcze większy plus za mimowolne skojarzenie z inną rowerową i oczywiście francuską historią. Koniecznie muszę odświeżyć fenomenalne „Trio z Bellville”.


PASZTETY DO BOJU
Tekst: Clémentine Beauvais
Ilustracje (okładka i strona tytułowa): Małgorzata Herba
Tłumaczenie: Bożena Sęk
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Data wydania: 2017
Format/forma: klasyczna książka do czytania
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 276
Sugerowany wiek: 13+

„Łauma”, czyli horror w Łojmach

06 czerwca

„Łauma”, czyli horror w Łojmach

Czasami, by zdjąć jakąś pozycję z półki, potrzebuję pretekstu. Gdy jestem przekonana, że o czymś napisano już wszystko i sama nie wiem, cóż jeszcze mogłabym dodać od siebie, pretekst musi być naprawdę dobry. I tak stało się tym razem. Do Łodzi w ramach festiwalu Teatralna Karuzela zawitał wałbrzyski teatr im. Szaniawskiego ze świetną adaptacją „Łaumy”, komiksu autorstwa KaeRela, czyli Karola Kalinowskiego.

„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu

Komiks roku 2009 zdaniem Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego, Najlepszy Polski Album Komiksowy na łódzkim Festiwalu Komiksu i Gier, pozycja, której kolejne wydania błyskawicznie znikały z księgarnianych półek. Rzecz, o której się słyszało i mówiło, święty Graal, który tak bardzo chciało się mieć, ale budżet nie był w stanie sprostać zawrotnym cenom na wtórnym rynku. W końcu i w moje ręce kilka lat temu trafił ten niepozorny tomik (wydanie drugie). Czy sprostał rozbudzonym oczekiwaniom? Jak najbardziej tak. „Łauma” ma wszystko to, co lubię. Nie tylko w komiksie, ale i w literaturze i filmie. „Łauma” garściami czerpie inspiracje właśnie z tego kulturowego tygla, który ukształtował i mój sposób odbioru sztuki.

„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu

Klimat opowieści zwiastują już rozpoczynające ją słowa narratorki, małej dziewczynki, która wraz z rodziną w wyniku różnych zbiegów okoliczności trafia do małej wioski na Suwalszczyźnie. Wsi, z której pochodzi jej tata, który pewnego mroźnego dnia stał się mordercą. Czy może być jeszcze gorzej? Owszem, może. Babcia może popełnić samobójstwo, dzieci mogą ginąć w niewyjaśnionych okolicznościach, po okolicznych lasach mogą grasować prastare, czasami mało przyjazne bóstwa. I jak to w baśniach bywa Dorotka musi wziąć sprawy w swoje ręce i przeciwstawić się złu. Jest mrocznie, jest zagadkowo. Autor stworzył świat, w którym odnajdziemy atmosferę znaną z książek Neila Gaimana czy filmów Davida Lyncha. Dużą dawkę grozy, tajemnicy podaną wbrew pozorom lekko i z humorem. Nie sposób się przecież nie uśmiechnąć na myśl o domowym skrzacie podrygującym w rytm piosenek pewnego pana.

„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu


Siłą tej prostej pod względem fabularnym historii jest bez wątpienia wykorzystanie lokalnych wierzeń, nieco egzotycznego nawet dla mieszkańców innych rejonów polski folkloru Suwalszczyzny, który nawiązuje raczej do legend i mitologii ludów bałtyckich (tu wprost pojawiają się Jaćwingowie) niż do oswojonego kodu kulturowego słowiańszczyzny. W Łojmach ludowe magiczne postrzeganie rzeczywistości współegzystuje z współczesnością. To wciąż żywy, choć powoli zapominany świat szeptuch, prastarych bożków, w którym właśnie naruszony został odwieczny pakt pomiędzy dwiema rzeczywistościami. Po prostu ludzie w nosie mają dawną sferę sacrum, żyją inaczej, obok, a nie jak niegdyś razem. A to się mści.

„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu


„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu


„Łauma” to także doskonali, wyraziści bohaterowie i to nie tylko ci z natury inni, pochodzący z fantastycznego świata. Zróżnicowany pod względem charakterologicznym panteon bóstw tworzą między innymi pocieszny Ajtwar (w przedstawieniu bardziej cyniczny, sarkastyczny), dystyngowany snopek siana, czyli bóg urodzaju Kurke, przerażający Perkun, demoniczna i jednocześnie zagubiona Łauma. Równie barwne postaci zamieszkują sielską z pozoru wieś, choćby swojski, jowialny sąsiad Leszek, złota rączka, proboszcz łasy na datki, lokalny policjant posługujący się miejscową gwarą. Nawet gdy pojawiają się na chwilę, wzbogacają opowieść, nadają jej charakter. Niejeden dorosły odbiorca odnajdzie swoje odbicie w rodzicach dziewczynki, trochę przypadkowych uciekinierach z wielkiego świata korporacji. Nie można przy tym zapomnieć o samej Dorotce, małym detektywie, która jak baśniowy głupi Jasio wie, że z silniejszym można wygrać jedynie podstępem.

„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu


Prosta, kreskówkowa, bardzo oszczędna kreska doskonale się sprawdza i to zarówno w przypadku kadrów z założenia ciepłych, jak i tych, które mają budzić strach. Umiejętne cieniowania dają dobry efekt. Kalinowskiemu udało się wykreować zabawne, przypominające nieco Muminki, postaci i sugestywnie przekazać ich emocje. Warto też zwrócić uwagę na drugi plan poszczególnych scen. Niby prawie nie ma szczegółów, zbędnego tła, rysunki operują raczej uogólnieniem, kadry często zapełniają wyłącznie same postaci, a jednak. Te drobiazgi, jak choćby klasyczny kredens, makatka wisząca gdzieś w kuchni, pleciony dywanik na podłodze w babcinym domu czy sugestywny plakat w warszawskim pokoju Dorotki i słomiana mata w jej sypialni w Łojmach, fotosy pań w negliżu w ciężarówce, te wszystkie drobne smaczki uwiarygodniają historię, wprowadzają do niej życie.

„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu


Teatralna wersja historii („Łauma, czyli czarownica”) w reżyserii Magdaleny Miklasz to dość wierna adaptacja komiksu, choć trochę inaczej rozłożono tu niektóre akcenty. Przede wszystkim Dorotka komiksowa to małe dziecko z czerwoną kokardą w grochy. W przedstawieniu mamy do czynienia z nastolatką, Dorotą, która od bycia malusią Dorotką stanowczo się odżegnuje. Przyznam szczerze, że zmiana ta nie wpływa jakoś znacząco na fabułę, to nasze postrzeganie bohaterki ulega przeobrażeniu. Mniej lub bardziej świadomie dopisujemy do historii całe tło związane ze światem nastolatków, czekamy na bunt, przekorę. Nic z tego. Dorota traktuje ojca raczej ciepło, choć pobłażliwie. Mimo że wyraźnie definiuje się jako nastolatka nadal pozostaje dzieckiem. To nastolatka in spe. Dużo większy wpływ na bieg wydarzeń ma inna niż w oryginale sytuacja rodzinna państwa Santorów. To ona otwiera nowe pola interpretacyjne i zmienia wydźwięk decyzji ojca o pozostawieniu miasta i osiedleniu się na wsi.

Dodatkowo adaptacja uwypukla dorosłość pewnych wątków, aluzji, momentami zbędnych i zbyt zagmatwanych z punktu widzenia małego widza. W komiksie puszczanie oka do dojrzałego czytelnika wydaje się być znacznie subtelniejsze, bardziej na miejscu. I choć twórcy rekomendują przedstawienie dla odbiorcy powyżej 8. roku życia, granica ta moim zdaniem powinna być trochę podniesiona w górę. Tak do co najmniej 10 lat. Moje nastoletnie dzieci i siedzący tuż obok mniej więcej ich rówieśnicy bawili się setnie. Tak jak i ja. Oczarowana scenografią, ubawiona inteligentnym humorem, zachwycona świetną grą aktorską, próbująca z wielką satysfakcją odczytać przemycone kulturowe nawiązania (w Twin Peaks zamieszkała reinkarnacja Chrisa z Przystanku Alaska i postanowiła pokonać Bukę). Niektóre maluchy wyglądały jednak na trochę przytłoczone i mrokiem, i treścią. Nie oznacza to, że nie znajdą się młodsze dzieci, które świetnie odnajdą się w tej konwencji rodem z thrillera.

Jedyny minus to piosenki. Niepotrzebne, mało zrozumiałe, niezbyt pasujące do klimatu opowieści. Oprawa dźwiękowa zasugerowana w komiksie, świetne podkłady w postaci muzyki country w zupełności by wystarczyły (plus soundtrack z „Miasteczka Twin Peaks”, który był strzałem w dziesiątkę i wzmocnił Lynchowski  klimat). Czasami mniej znaczy więcej, ale to tylko drobna rysa na świetnym dziele.

Zobaczcie zresztą sami. Magia, czary i mądrość.


„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu

Wróćmy jednak do pierwowzoru. KaeRel serwuje czytelnikom znakomity miszmasz dramatu, horroru, romansu  i komedii i to zaledwie na osiemdziesięciu stronach. Dodatkowo jako bystry obserwator otoczenia doprawia całość całkiem trafnymi wątkami obyczajowymi. W ciekawy sposób przetwarza popkulturowe klisze, miksuje je ze światem tradycyjnych legend i ludowej obyczajowości. Nie mogę jednak napisać, że to pozycja dla odbiorców w każdym wieku. Główna bohaterki z wielką kokardą, baśniowy sztafaż, prosta, linearna fabuła kuszą, by wręczyć komiks już młodszym dzieciakom. Mroczny klimat, niektóre dość drastyczne wydarzenia i pojawiająca się w tle mocna satyra, celne punktowanie niektórych elementów naszej (dorosłej) współczesności powodują, że w pełni docenią ten komiks trochę starsi czytelnicy, co najmniej dziesięcioletni i dorośli. Tacy, którzy jeszcze pamiętają dziecięce lęki i tacy, którzy chcą po prostu jeszcze raz poczuć się dziećmi, spojrzeć na świat jak kiedyś, przed laty. 

Wielki dodatkowy plus za pokazanie biblioteki jako inspirującego miejsca, w którym można znaleźć odpowiedź na każde pytanie!

Pisałam niedawno na blogu o znakomitym wydaniu „Ballad i romansów” Adama Mickiewicza z komentarzami Emilii Kiereś (recenzję znajdziesz TU). „Łauma” to ich godna spadkobierczyni. Współczesna wersja romantycznych ballad w komiksowej wersji. Rozkoszujcie się.

A jeśli chcecie rozkochać w komiksach łączących współczesny świat z dawnymi legendami najmłodsze dzieci, które do „Łaumy” muszą jeszcze dorosnąć, sięgnijcie do serii o Hildzie Luke'a Pearsona. Recenzję znajdziecie o TU.

ŁAUMA
Tekst i scenariusz: KaeRel (Karol Kalinowski)
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Data wydania: wydanie drugie, 2014, dostępne są nowsze wydania
Liczba stron: 80
Oprawa: twarda lakierowana
Format/forma: komiksowe mini
Sugerowany wiek: 10+, dla każdego


„Piraci Oceanu Lodowego”, czyli opowieść o konsekwencjach

27 maja

„Piraci Oceanu Lodowego”, czyli opowieść o konsekwencjach


Niby klasyczna historia przygodowa, wzorcowy reprezentant gatunku, w którym dzianie się jest tym, co najważniejsze. Niby. Gdyż tak naprawdę w „Piratach Oceanu Lodowego” Fridy Nilsson wartka akcja to tylko pretekst do opowieści o konsekwencjach różnych ludzkich wyborów. Każdy z bohaterów musi się z nimi zmierzyć, nawet jeśli próbuje o nich nie myśleć, wyprzeć ze swej świadomości. Także główna bohaterka, zaledwie dziesięcioletnia Siri.

„Piraci Oceanu Lodowego”, Frida Nilsson, Zakamarki


Siri wraz z siostrą i ojcem mieszka na skutej lodem wyspie, w Niebieskiej Zatoce. Życie jest tu jak krajobraz - trudne, surowe, często bezwzględne, ale mimo wszystko szczęśliwe. Do czasu. Pewnego dnia żywa legenda, koszmar rodem z historii opowiadanych wieczorami dzieciom ku przestrodze, potworny pirat Biała Głowa porywa młodszą z sióstr, która jak inne uprowadzone wcześniej dzieci ma trafić do kopalni, by tam niewolniczo pracować. Wszystko z powodu błędnej decyzji Siri, jednego drobnego zaniedbania.

Wyrzuty sumienia, ale i odwaga, odpowiedzialność za siostrę i za schorowanego ojca powodują, że Siri nie waha się ani minuty i postanawia naprawić swój błąd. Wyrusza w niebezpieczną i jak twierdzą wszyscy, których dziewczynka spotyka na swej drodze, z góry skazaną na niepowodzenie wyprawę w nieznane. Chce odnaleźć kryjówkę Białej Głowy i uwolnić Miki.


„Piraci Oceanu Lodowego”, Frida Nilsson, Zakamarki

Mroczna, pełna grozy podróż to nie tylko okazja do przeżywania niezapomnianych przygód, to wędrówka, dzięki której dziewczynka poznaje świat i ludzi. I to budzi w niej największe przerażenie, zmusza do trudnych decyzji i często smutnych przemyśleń. Rzeczywistość jest bowiem równie zimna jak otaczająca bohaterów natura. Ludzie czynią zło, nie zawsze zdając sobie z tego sprawę. Dziewczynka, konfrontując się z zachowaniami innych, kształtuje również swoją osobowość, buduje swój własny kanon wartości, kręgosłup moralny. 

Autorka nie idzie przy tym na skróty, nie pozwala na łatwe oceny, za to szczegółowo analizuje motywacje działań bohaterów. A te są różne. Zrozumienie czyjegoś zachowania, decyzji nie oznacza przy tym rozgrzeszenia. Nawet Biała Głowa okazuje się być zwykłym człowiekiem o dość czystych początkowo zamiarach. Przerażające są dopiero jego czyny i ich konsekwencje. I jak każda z postaci ma szansę naprawić swoje błędy. I jak wielu bohaterów z tej możliwości nie korzysta. Nie tylko w tym fikcyjnym świecie szlachetne intencje czasami nieoczekiwanie prowadzą do okrucieństwa, które pokazane zostało wprost, bez łagodzenia, bez upiększenia. To wielki plus tej pozycji, rzadko się bowiem zdarza, by świat przedstawiony zwykłej z pozoru powieści przygodowej dla młodszych nastolatków wypełniały tak wielowymiarowe postaci. Dlatego też nie do końca kupuję finał tej opowieści - zbyt gładki, za łatwy.

„Piraci Oceanu Lodowego”, Frida Nilsson, Zakamarki

Siri nie znajduje prostych odpowiedzi na dręczące ją pytania, miejsce, w którym przyszło jej żyć, jest zbyt złożone, by pewne zachowania łatwo dało się zaklasyfikować do kategorii dobra bądź zła. Czasami determinuje nas bowiem biologia i chęć przetrwania. Także główna bohaterka musi się z tym zmierzyć. Czy przekroczy granicę? Czy pozostanie wierna swoim wartościom? To bardzo trudne w bezwzględnym i pełnym przemocy świecie.

Nie bójcie się jednak pesymistycznego nastroju panującego w historii. Przede wszystkim misja ratunkowa Siri nie miałaby najmniejszych szans na powodzenie, gdyby nie ludzie. Nawet ci, którzy niekiedy zachowują się nieetycznie. Mroźny świat rozświetla bowiem gdzieniegdzie przyjaźń i miłość, a to daje nadzieję. 

„Piraci Oceanu Lodowego”, Frida Nilsson, Zakamarki


Urzeka język, którym napisana została książka. Pierwszoosobowa narracja jest wiarygodna. Opowiadająca o swoich przygodach dość dojrzała dziesięciolatka wybiera raczej proste konkretne frazy, unika rozbudowanych opisów, za to jako dziecko wychowane w społeczności uzależnionej od morza sprawnie posługuje się specjalistycznym żeglarskim słownictwem. To właśnie te wtrącenia budują baśniowy klimat. Paradoksalnie surowość języka nadaje książce poetycki sznyt, możemy wręcz poczuć panujący wszędzie chłód i mróz. Równie prawdziwie brzmią porównania, których dziewczynka używa do opisywania rzeczywistości. Rzeczowe, proste i czytelne nie odwołują się do abstrakcyjnych pojęć, nie są nasycone wysublimowaną metaforyką, ale odnoszą się do świata znaczeń dostępnego dla dziecka.

„Piraci Oceanu Lodowego”, Frida Nilsson, Zakamarki


Akcję książki osadzono w fantastycznym świecie, ale nie ma tu magii. Nawet syreny traktowane przez większość bohaterów jak bajkowe stworzenia pokazane są po prostu jako inny gatunek współistniejący z człowiekiem, a nie postać z mitów i legend. Tu rządzi groźna natura, jej rytm wyznacza cykl życia człowieka, który okazuje się być najgroźniejszym z drapieżników.
Mimo że autorka przenosi nas do wymyślonej od a do z krainy, czytelnik czuje, że opisywane problemy dotyczą jego codzienności, że w tej nierealnej rzeczywistości autorka poddaje krytyce współczesność. Konsumpcjonizm, nadmierne wykorzystywanie zasobów, brak poszanowania natury, kwestie praw człowieka, niewolniczej pracy, bierności i obojętność na krzywdę innych. „(…)wszyscy chcieli brać więcej, niż potrzebowali” - zauważa Siri. Skądś to niestety znamy.


„Piraci Oceanu Lodowego”, Frida Nilsson, Zakamarki


„Piraci Oceanu Lodowego” to barwna i mądra opowieść o odpowiedzialności za własne decyzje i wybory, ale także za życie innych, o naszym wpływie na świat. To także historia wielkiej siostrzanej miłości i prawdziwej przyjaźni pomiędzy dwójką ludzi, więzi pomiędzy małą dziewczynką i starym kukiem, których wbrew pozorom łączy wiele. To wreszcie prztyczek w nos dany dorosłym, myślącym tylko o sobie, dążącym do celu po trupach, egoistycznym i zapominającym, że cel wcale nie uświęca środków. Na szczęście i wśród nich zdarzają się wyjątki. To wreszcie gorzka refleksja nad tym, jak łatwo zapominamy o naszym człowieczeństwie, o wartościach, jak bardzo determinuje nas chęć przetrwania. Nawet dzieci. Ale przede wszystkim to po prostu kawał dobrej, świetnie skonstruowanej literatury, porywająca przygoda, która wciąga bez reszty.

Uprzedzam wrażliwców. Autorka traktuje młodego czytelnika poważnie. Przemoc jest tu przemocą, okrucieństwo okrucieństwem, bez owijania w bawełnę, dlatego to lektura dla czytelników powyżej dziewiątego roku życia.


PIRACI OCEANU LODOWEGO
Tekst: Frida Nilsson
Ilustracje: Alexander Jansson
Tłumaczenie: Marta Wallin
Wydawnictwo: Zakamarki
Data wydania: 2018
Liczba stron: 364
Oprawa: twarda
Format/forma: klasyczna powieściowa
Sugerowany wiek: 9+

„Encyklopedia Wczesnej Ziemi”, czyli siła opowieści

23 maja

„Encyklopedia Wczesnej Ziemi”, czyli siła opowieści

Lubię tytuły, które trochę zwodzą, swą wieloznaczność ujawniają dopiero, gdy kończysz lekturę. Tytuły zapadające w pamięć, które mimo ich twierdzącej formy w mojej głowie zmieniają się w pytanie. Taki właśnie tytuł widnieje na okładce grubego tomu, który skrywa intrygującą powieść graficzną - „Encyklopedię Wczesnej Ziemi”, zaskakująco dojrzały debiut Isabel Greenberg.


„Encyklopedia Wczesnej Ziemi” Isabel Greenberg, Kultura Gniewu


Encyklopedia to wiedza - sprawdzona, zweryfikowana. To termin z punktu widzenia współczesnego człowieka odnoszący się do tego, co pewne, racjonalne, wiadome. Nie narracja, a zbiór faktów. Opowieść snuta przez Greenberg nie dzieje się jednak dziś, ale w zapomnianej, przedhistorycznej erze Wczesnej Ziemi. W czasach, gdy porządek rzeczy dopiero się tworzył, a reguły rządzące światem zapisano w symbolicznym języku mitu. To właśnie on wyznaczał horyzont wiedzy, tłumaczył niezrozumiałą rzeczywistość i porządkował przestrzeń aksjologiczną. Wielowątkowa narracja właściwa tradycji oralnej jest tu traktowana jako spoiwo, element magiczny, wręcz religijny łączący wszystkie wymiary, te dostępne doświadczeniu i te poza empirię wykraczające.


„Encyklopedia Wczesnej Ziemi” Isabel Greenberg, Kultura Gniewu


Gdyby ktoś mnie zapytał, o czym konkretnie jest ten komiks, nie umiałabym odpowiedzieć. Od kilku dni próbuję wyłuskać jakąś przewodnią ideę, główny temat i poddaję się, nie potrafię. I w tym właśnie tkwi siła tych opowieści, w wielowątkowości, w udanej próbie wytłumaczenia całości świata nie tylko z punktu widzenia głównego bohatera, opowiadacza, gawędziarza, trochę z przypadku wędrownego poety. To przecież encyklopedia, to mitologia, w której zapisano całą wiedzę niezbędną ludziom zamieszkującym Wczesną Ziemię. Tego streścić się nie da, ba, tego streszczać nie wolno.
„Encyklopedia Wczesnej Ziemi” Isabel Greenberg, Kultura Gniewu


W misternie utkanych w szkatułkowej formie historiach znajdziemy i miłość matczyną, ojcowską, i miłość między kobietą i mężczyzną spełnioną i niespełnioną jednocześnie. W kolejnych opowieściach pokazano relacje człowieka z tym, co transcendentne, i relacje boga z tymi, których stworzył. Złożone, trudne, pełne napięć, skrywające i poddaństwo, i bunt. To nie wszystko. Władza, ofiara, opozycja obcy - swój, rodzina i plemię, znaczenie możliwości komunikacji i porozumienia, rożne interpretacje tych samych wydarzeń, zwykły spryt, podstęp, pospolite oszustwo, wykorzystywanie pozycji, dezinformacja. Morały, kompasy moralne, usprawiedliwienia i rozgrzeszenia. Okrucieństwo i łagodność. Manipulacje na poziomie boskim i ludzkim. Słowem pełne spektrum. Encyklopedia wiedzy, podręcznik przetrwania. Mitologia. Po prostu obraz ówczesnego świata.
„Encyklopedia Wczesnej Ziemi” Isabel Greenberg, Kultura Gniewu


Greenberg przy tym nie wymyśla własnych, autorskich opowieści. Wręcz przeciwnie, w większości przypadków sięga do różnych, mniej lub bardziej zakorzenionych w naszej kulturze, tradycji mitologii, świętych ksiąg i czerpie z nich garściami - schematy fabularne, toposy, bohaterów. Nie robi tego na szczęście metodą „kopiuj/wklej”, ale twórczo przekształca, miksuje, tworzy nową jakość. Wciągającą bez reszty, pełną emocji, klimatyczną, a przede wszystkim przekonującą. Czytelnik wie, że to fikcja, literacka kreacja, ale to nie ma znaczenia. Łatwo uwierzyć, że Wczesna Ziemia istniała naprawdę. Bo gdyby istniała, byłaby właśnie taka, jak sugeruje Greenberg. Prawdę o niej przekazywałby konglomerat tradycyjnych opowieści z różnych światów i kultur.



„Encyklopedia Wczesnej Ziemi” Isabel Greenberg, Kultura Gniewu

Oś narracyjna, wokół której skupiają się wszystkie historie, przypomina przy tym z jednej strony tradycyjną baśń, w której ten najmłodszy udaje się w świat, by odnaleźć zagubiony artefakt. Z drugiej strony wyraźnie widać inspirację klasyczną inicjacyjną powieścią drogi. Tu także bohater wyrusza w nieznane, by dojrzeć, stać się „pełnym” człowiekiem. Całością i dosłownie, i w przenośni. Przewrotnie zaś w tym komiksie droga, którą przemierza chłopiec, nazwana została wprost odyseją. Pokrętnym powrotem do domu, właściwego miejsca, choć znajduje się on na przeciwnym biegunie.

„Encyklopedia Wczesnej Ziemi” Isabel Greenberg, Kultura Gniewu


Encyklopedia sugeruje również powagę, naukowość, formalność. Mitologia z kolei pewną dozę patosu. Niech was to nie zwiedzie, we wszystkich opowieściach język jest żywy, nowoczesny, często pełen humoru, potoczności. Efekt zderzenia potencjalnie podniosłych treści ze zwykłą, codzienną mową, często aż nazbyt dzisiejszą, zadziwia świeżością. Co więcej, równie niestandardowo autorka buduje postaci, żyjące tak dawno i jednocześnie tak współczesne. Zwróćcie szczególną uwagę na moich faworytów, boską rodzinkę. 

„Encyklopedia Wczesnej Ziemi” Isabel Greenberg, Kultura Gniewu

Warstwa graficzna nie zaskakuje, ale też nie rozczarowuje. Prosta kreska i ograniczona, raczej zimna paleta kolorystyczna oddają mroźny klimat i ducha dawnych opowieści. Umowność, odrealnienie grafiki z kolei powoduje, że wymowa nawet drastycznych scen (choćby ofiary z dzieci czy odcięta głowa olbrzyma) zostaje złagodzona. Dodajmy do tego imponującą, godną encyklopedii wielkość (to rzeczywiście potężne tomisko), świetne, dodające magii lakierowania na okładce i czcionkę stylizowaną na odręczne pismo. 

„Encyklopedia Wczesnej Ziemi” Isabel Greenberg, Kultura Gniewu

„Encyklopedię Wczesnej Ziemi” możemy potraktować po prostu jako bajeczną, fantastyczną opowieść o przygodzie, o jednocześnie egzotycznym i bliskim świecie, w którym spotykamy fascynujące, barwne postaci - wojowników, bóstwa, olbrzymów, szamanów, wiedźmy, władców. Jednak najciekawsze kryje się poziom wyżej, w kulturowych nawiązaniach, fabularnych cytatach, użytych kliszach, przetworzonych toposach. Gęsto tu od znaczeń, symboli i metafor w większości przypadków czytelnych nawet dla dwunastolatka.  Greenberg udało się stworzyć atrakcyjne dla czytelnika w każdym wieku uniwersum z naprawdę dużym potencjałem. Z niecierpliwością czekam, aż wypełni je kolejnymi opowieściami.


ENCYKLOPEDIA WCZESNEJ ZIEMI
Scenariusz i rysunki: Isabel Greenberg
Tłumaczenie: Łukasz Buchalski
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Data wydania: 2019
Oprawa: twarda
Liczba stron: 180
Format/forma: grube komiksowe midi
Sugerowany wiek: 10+, dla każdego, dorośli
„Ballady i romanse”, czyli wciągająca instrukcja czytania klasyki

16 maja

„Ballady i romanse”, czyli wciągająca instrukcja czytania klasyki



Czuję się niezręcznie. Zakłopotana i onieśmielona. Bo jakże to tak pisać o książce, o której chyba już wszystko napisano, którą prześwietlono w każdej możliwej interpretacyjnej formule. Mickiewicza recenzować? Nie godzi się. Analizy, próby zrozumienia, przedstawiania w kontekście historycznoliterackim to i owszem, ale wpis na blogu? O kamieniu milowym polskiej literatury?
„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art

Na szczęście Emilia Kiereś zdjęła zakurzony tom z półki, odświeżyła i udowodniła, że wybitna literatura za nic sobie ma upływ czasu. Wystarczy dać jej szansę. Wyjaśnić to i owo. Wytłumaczyć. Pokazać w kontekście. „Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z jej komentarzami wydane przez Egmont w jednej z moich ulubionych serii Art to książka bardzo potrzebna, pokazująca, że klasyka nadal może być atrakcyjna.

„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art

Zadanie nie było łatwe. Jak sprzedać często niezrozumiałe teksty współczesnemu młodemu czytelnikowi, jak go oswoić z nieco archaiczną frazą, z rzadko dziś spotykanym obrazowaniem? Jak przybliżyć dalekie, odmłodzić trochę zmurszałe? Wreszcie - jak pozbawić szkolną lekturę etykietki nuda? Emilia Kiereś znalazła swój sposób na Mickiewicza. Bez fajerwerków, bez nadęcia, za to ze zrozumieniem specyfiki dwóch odległych epok - romantyzmu i współczesności. Czasów różnych, pozornie do siebie nieprzystających, ale z drugiej strony mających wiele punktów wspólnych. Bo czyż dreszczyk emocji nie jest tym, czego wciąż poszukujemy w sztuce, nie tylko literaturze? Bo czyż romantyzm nie stanowi jednego z kluczy do zrozumienia współczesności?
„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art

Barierą może być jedynie język sprzed dwustu lat, często niezrozumiały, momentami brzmiący dziwnie, archaicznie. Na szczęście tekst trafił na warsztat tłumacza czujnego jak mało kto, więc każde nawet potencjalnie niezrozumiałe słowo zostało wyłapane i wyjaśnione. Czy to wystarczy, by zainteresować dzisiejszego odbiorcę? Nie wiem, ale w książce kryją się jeszcze inne niespodzianki.

„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art


Do nich należą barwne, napisane z pasją komentarze, pokazujące różne sposoby czytania, interpretowania tekstu. Niekiedy ich autorka bardziej naświetla kontekst historyczny, innym razem skupia się na otoczeniu kulturowym lub sytuacji politycznej. W opowieść wplata wiele faktów, wydarzeń z życia samego wieszcza, bliskich mu osób, litewski i nie tylko folklor i legendy. Udowadnia, że Mickiewicz to nie pomnikowy twórca, trochę nieobecny, odrealniony, patrzący z piedestału w siną dal, ale człowiek z krwi i kości, który żył, kochał, czuł. I te uczucia, to życie, te emocje czytelnik do dziś może odnaleźć w jego dziełach. 

„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art


Trzon każdego omówienia stanowi przełożenie poszczególnych zdarzeń, elementów narracji i świata przedstawionego na język zrozumiały dla współczesnego odbiorcy. Kiereś prowadzi czytelnika krok po kroku za opowieścią narratora, poprzez użycie bezpośredniego, bliskiego gawędzie stylu wciąga go wręcz w samą historię. Pokazuje emocje, odczucia towarzyszące bohaterom, odkrywa ich sekrety, motywacje. Słowem uczy czytać literaturę, tłumaczy, jak ją interpretować, jak znaleźć odpowiedź na typowe szkolne pytanie, co autor miał na myśli.

„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art



Dodatkowo Kiereś świetnie wydobywa z utworów wieszcza te elementy, cechy, które mogą być atrakcyjne z punktu widzenia współczesnego czytelnika. Lubicie kryminały? A może gustujecie w horrorach? Preferujecie historie miłosne? A może sięgacie raczej po książki przygodowe? Wszystko to (i nie tylko) znajdziecie zdaniem komentatorki w „Balladach i romansach”. A ja się z nią w stu procentach zgadzam.


„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art

Romantyczny klimat współtworzą nastrojowe ilustracje Marianny Sztymy. Nieoczywiste, lekko rozmazane, momentami wręcz impresjonistyczne dopowiadają i komentują tekst. Znajdziemy na nich i grozę (przetworzoną), i humor. Dosłowność i metaforę. Świat duchów, świtezianek i świat ludzi. Wszystko w odpowiednich proporcjach. To rzeczywistość i tajemnica, która skrywa się gdzieś w mgle. Baśniową atmosferę zagadki artystka uzyskała stosując w swych kolażach zgaszoną kolorystykę szarości i błękitów. W niej, jak kontrapunkt, wyróżniają się intensywne, najczęściej krwistoczerwone elementy i żółć użyta i na obrazach, i jako tło rozdziałów interpretacyjnych. Dodajcie do tego twardą oprawę, płócienną zakładkę i duży format. Edytorski cymes.

„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art

„Ballady i romanse” Adama Mickiewicza z komentarzem Emilii Kiereś, ilustracje Marianna Sztyma, Egmont Art



Autorka opracowania sama deklaruje, że to nie jest podręcznik ani praca naukowa. Nie jest to także poważne wydanie krytyczne, choć przypisów tu mnóstwo. To po prostu przystępny, odrobinę osobisty przewodnik po klasycznej już dziś pozycji, nie tylko świetne uzupełnienie szkolnego podręcznika, ale przede wszystkim dobra literatura. I wzór, gotowa wciągająca instrukcja, jak opowiadać o dziełach, które zniknęły ze zwykłego obiegu czytelniczego (drodzy nauczyciele - to kopalnia inspiracji). Czy dzięki temu na szkolnych przerwach dzieciaki będą z wypiekami na twarzy pochłaniały klasyków romantyzmu? Nie sądzę. Bądźmy realistami. Wystarczy, by choć przestały podchodzić do nich jak do jeża.


Dodatkowo prosimy wraz z córką, by szanowne wydawnictwo pokusiło się o równie udane wydanie „Dziadów”. Szczególnie części drugiej.

BALLADY I ROMANSE
Tekst: Adam Mickiewicz
Tekst komentarzy i opracowanie: Emilia Kiereś
Ilustracje: Marianna Sztyma
Wydawnictwo: Egmont
Seria: Art
Data wydania: 2018
Liczba stron: 208
Oprawa: twarda
Format/forma: grube maksi
Sugerowany wiek: 10+, dla każdego
„Neurokomiks”, czyli w labiryncie neuronów

09 maja

„Neurokomiks”, czyli w labiryncie neuronów



Do dziś pamiętam pewien sen z prehistorycznych czasów przygotowań do matury. Niezwykle realistyczny, sugestywny, przerażający. Koszmar, w którym ożywiona ironia romantyczna próbowała mnie pożreć. Termin literacki przybrał postać strasznej bestii tylko po to, bym została przez niego skonsumowana. Na szczęście przeżyłam. Z tego też powodu doskonale rozumiem emocje bohatera „Neurokomiksu”. Gdyby nie inne wytłumaczenie sytuacji, w której się znalazł, zaprezentowane czytelnikom przez autorów, obstawiałabym, że to koszmar śniony przez maturzystę w przeddzień egzaminu z biologii. Dobry koszmar, potrzebny, porządkujący wiedzę. Surrealistyczna przygoda, która uczy.
  
„Neurokomiks” dr Hana Roš, dr Matteo Farinella, Marginesy


„Neurokomiks” to bowiem nietypowy wykład z podstaw wiedzy o mózgu wymyślony i opracowany przez neurobiolożkę dr Hanę Roš oraz jej kolegę po fachu dr. Matteo Farinella, który dodatkowo specjalizuje się w ilustracji naukowej. Autorzy sięgnęli po formę komiksu i fantastyczną konwencję. Wyszło dobrze. Czytelnie i przystępnie. Najprościej rzecz ujmując „Neurokomiks” to skrzyżowanie klasycznej „Alicji w krainie czarów” z kultową serią „Było sobie życie”. Miks, który musiał zadziałać.
„Neurokomiks” dr Hana Roš, dr Matteo Farinella, Marginesy

„Neurokomiks” dr Hana Roš, dr Matteo Farinella, Marginesy

Główny bohater w niewyjaśniony, niemal magiczny sposób trafia do wnętrza własnego mózgu, z którego rozpaczliwie próbuje się wydostać. Błąka się po jednocześnie onirycznym i konkretnym świecie neuronów, synaps i receptorów. Poznaje wpływ różnych substancji na stan naszego umysłu, dyskutuje z neuroprzekaźnikami, zwiedza Neurolandię, przemierza Ocean Elektryczności, uwalnia (prawie) psa Pawłowa, spotyka aplysję grającą na mandolinie i konika morskiego, skrupulatnego archiwistę rezydującego w hipokampie. I nie tylko. Przygoda goni tu przygodę.
„Neurokomiks” dr Hana Roš, dr Matteo Farinella, Marginesy


W wykład o działaniu mózgu wpleciono również klika faktów z historii neurobiologii, krótkie informacje o odkrywcach, badaczach. To właśnie oni pełnią rolę przewodników po Neurolandii, czasami przyjaźni, objaśniają terminy, tłumaczą, innym razem wzbudzają niepokój, lęk. Takie bowiem przecież były pionierskie badania nad mózgiem i umysłem. Fascynujące, ale z dzisiejszej perspektywy nieraz przywodzące na myśl gabinet szalonego naukowca wprost z horroru.

„Neurokomiks” dr Hana Roš, dr Matteo Farinella, Marginesy

„Neurokomiks” dr Hana Roš, dr Matteo Farinella, Marginesy

Fantastyczna sceneria, surrealistyczny klimat snu, ożywieni i czasami spersonifikowani bohaterowie i pozornie chaotyczna wędrówka po meandrach naszego umysłu nie wykluczają klarownego, przejrzystego wykładu. Autorzy podzielili komiks na rozdziały, z których każdy dotyczy innego aspektu funkcjonowania mózgu. Morfologia, farmakologia, elektrofizjologia, plastyczność, synchroniczność to tytuły, które początkowo mówiły mi niewiele (z  kilkoma wyjątkami). Po lekturze wiem już niemal wszystko - na poziomie bardzo podstawowym.

„Neurokomiks” dr Hana Roš, dr Matteo Farinella, Marginesy

Mimo lekkiej formy autorzy nie popadają w zbytni infantylizm. Posługują się normalną naukową terminologią, dbając przy tym każdorazowo o dokładne zdefiniowanie stosowanych pojęć. Obrazowo za pomocą słów i rysunku pokazują skomplikowane i czasami jeszcze nie do końca zrozumiane nawet przez współczesną naukę mechanizmy działania i mózgu, i umysłu. Nie upraszczają, nie spłycają, choć informacje są maksymalnie skondensowane. Z tego też względu to pozycja raczej dla nastolatków, licealistów i dorosłych. Młodsze dzieci mogą się poczuć przytłoczone wielością informacji.  

„Neurokomiks” dr Hana Roš, dr Matteo Farinella, Marginesy


Na pierwszy rzut oka książka wydaje się być niepozorna. Wystarczy jednak zacząć lekturę i okazuje się, że wszystko jest takie, jak być powinno. Magiczna okładka kojarzy się ze starymi rycinami naukowymi, planszami z dawnych atlasów anatomicznych. Niewielki format nie przytłacza, oszczędna grafika utrzymana w jednolitej kolorystyce czerni i bieli nie odwraca uwagi od przekazu. W końcu to komiks o charakterze naukowym, w którym wiedza to priorytet.

Bawią również często przewrotne kulturowe nawiązania. Poszukajcie słynnych obrazów, popularnych schematów fabularnych nie tylko o baśniowym pochodzeniu, a nawet przytoczonych wprost znanych komiksowych dzieł. 

„Neurokomiks” dr Hana Roš, dr Matteo Farinella, Marginesy


„Neurokomiks” nie należy może do dzieł wybitnych, zmieniających komiksową rzeczywistość. Nie taki też cel przyświecał twórcom. To przede wszystkim solidna, skondensowana pigułka wiedzy podana w atrakcyjnej, zabawnej formie, wciągająca przygoda na wielu poziomach - od samej fabuły, przez inteligentne kulturowe odniesienia po konkretne naukowe informacje. Świetne wprowadzenie w podstawy neurologii, dobra powtórka przed egzaminem.

I w końcu rozumiem, skąd się wzięła w moim koszmarze ironia romantyczna 😏

NEUROKOMIKS
Tekst i ilustracje: Hana Roš, Matteo Farinella
Przekład: Jacek Konieczny
Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: 2019
Oprawa: twarda
Liczba stron: 144
Format/forma: komiksowe mini
Sugerowany wiek: 10+, licealiści, także dorośli



Copyright © 2017 Mamobab czyta