„Jak to działa? Zwierzęta", czyli z pomysłem, z humorem i nie tylko dla najmłodszych

15 października

„Jak to działa? Zwierzęta", czyli z pomysłem, z humorem i nie tylko dla najmłodszych

Nie oceniaj książki po grupie docelowej sugerowanej przez wydawcę. Nie szufladkuj na podstawie tego, co wydaje się podobne, bo możesz się zdziwić. Te dwa zdania jak mantrę powtarzam sobie od kilku dni. A przyczyną tego stanu rzeczy stał się zaskakujący picturebook Nikoli Kucharskiej „Jak to działa? Zwierzęta”.

Kupiłam go trochę przez przypadek, z myślą o różnych okazjach prezentowych. Przecież to dla maluchów, a moje dzieci już takie duże i tyle poważnych książek o zwierzętach mają, że na sto procent wzgardzą czymś, co wydawało mi się być raczej infantylne.  Ku mojemu zaskoczeniu książka została przechwycona, zanim zdołałam zweryfikować swoje błędne przekonania, oczarowała potomstwo i zostanie z nami na dłużej.

Przyczyn jest kilka. Po pierwsze pies z mikrofalówką w środku (nie wyprowadzam z błędu, że to raczej coś innego). Po drugie pozostałe doskonałe przekroje zwierząt. Po trzecie humor. A po czwarte mnóstwo zaskakujących całkiem poważnych informacji.
Jak to działa? Zwierzęta, Nikola Kucharska

W książce wykorzystano klasyczny motyw - ciekawe świata dzieci i dorosły w roli przewodnika, który udziela odpowiedzi na setki pozornie najbardziej absurdalnych pytań. 

Wśród dwójki dzieci prym wiedzie Klara, która marzy, by w przyszłości robić coś związanego ze zwierzętami. Cokolwiek. Dlatego musi wiedzieć wszystko.  W roli eksperta występuje dziadek. Klasyczny, wręcz archetypowy. W spodniach z szelkami, w kapeluszu i z zegarkiem z dewizką. Ostoja cierpliwości.
Jak to działa? Zwierzęta, Nikola Kucharska

Treść podzielono na cztery rozdziały, w których poznajemy zwierzęta domowe, mieszkające w parkach, w gospodarstwach i leśne dzikusy. Każdy z nich rozpoczyna się komiksową rozkładówką, która spodoba się młodszym dzieciom. Pełna szczegółów do odszukania, z gadającymi zwierzakami, z charakterystycznymi postaciami, z którymi z łatwością można się zidentyfikować, o ile ma się nie więcej niż osiem lat. Dlatego w moim domu strony te są po prostu przerzucane, by od razu skupić się na tym, co najfajniejsze i co wyróżnia tę właśnie pozycję spośród setek książek o zwierzętach.

Jak to działa? Zwierzęta, Nikola Kucharska
A tym, co najlepsze, są pełne humoru przekroje zwierząt. Od razu zaznaczam, że nie mamy do czynienia z atlasem anatomicznym. Co więcej, przekroje nawet nie próbują aspirować do miana naukowych, dydaktycznych pomocy z zakresu nauki o budowie wewnętrznej zwierząt. Stanowią one pretekst do zabawnej opowieści o zwyczajach i cechach analizowanych osobników - ptaków, ssaków. gadów, płazów głównie z naszego rodzimego podwórka (parku, lasu).

Jak to działa? Zwierzęta, Nikola Kucharska
Muszę przyznać, że zdziwił mnie pozytywnie ogrom ciekawostek, wcale nieoczywistych informacji dotyczących sposobu życia zwierząt, ich diety, zachowań, adaptacji do środowiska, budowy ciała. Czy żółwie są rzeczywiście powolne? Ile kilometrów przebiega chomik w swoim kołowrotku? Czy żaba słyszy? Czy pisklęta jedzą ptasie mleczko? Jak mama koza rozpoznaje swoje dzieci w stadzie? Czy kury odczuwają empatię? Dlaczego koty widzą w ciemności? Czy żółw bez skorupy to nadal żółw? To tylko skromny wybór pytań małej Klary, zagadnień, które ze stoickim spokojem objaśniał dziadek.

Jak to działa? Zwierzęta, Nikola Kucharska

Ogromne ilustracje na stronach stylizowanych na kartkę z zeszytu w kratkę tak jak notatki większości z nas sprawiają wrażenie odrobinę chaotycznych. Informacje, ciekawostki podano nie wprost w formie ciągłego tekstu, to raczej dopiski na marginesie, obrazowe notatki. Do tego czcionka imitująca pismo odręczne. Warto przy tym podkreślić, że właśnie rodzajem czcionki autorka konsekwentnie różnicuje rodzaj treści. Innej używa do opisów humorystycznych, innej do przekazywania konkretnej wiedzy.
Jak to działa? Zwierzęta, Nikola Kucharska

Charakterystyczna kreska Nikoli Kucharskiej może się podobać, choć przyznam szczerze, że styl autorki nie należy do moich ulubionych, głównie ze względu na sposób przedstawiania postaci trochę nazbyt kojarzący się z karykaturą. Za to w przypadku przekrojów zwierząt sprawdza się doskonale - wprowadza odpowiednią lekkość i dystans.

Pomysł na formę książki wywodzi się wprost z innej pozycji zilustrowanej przez Nikolę Kucharską. Po raz pierwszy żartobliwy przekrój kota pojawił się w „Opowiem ci, mamo, co robią koty” - całokartonowej książce obrazkowej przeznaczonej dla czytelników w wieku przedszkolnym. „Jak to działa? Zwierzęta” to propozycja także dla nieco starszego odbiorcy. Z bohaterką raczej zidentyfikuje się dziecko 4-8 letnie, ale przekroje... O tak, przekroje są dla wszystkich!

JAK TO DZIAŁA? ZWIERZĘTA
Tekst i ilustracje: Nikola Kucharska
Wydawnictwo: Nasza księgarnia
Data wydania: 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 32
Format/forma: maksi
Sugerowany wiek: 6-10

„Rzeka czasu” kontra „My i nasza historia”, czyli niby to samo, a jednak nie

12 października

„Rzeka czasu” kontra „My i nasza historia”, czyli niby to samo, a jednak nie

Historia, coś, co już było, czego zmienić teoretycznie nie możemy, z definicji stała przeszłość. Z drugiej strony coś, co nadal żyje, zmienia się, zależnie od tego, jaką perspektywę przyjmiemy, co wiemy, co chcemy podkreślić, a co zakopać głęboko na jakimś zapomnianym cmentarzu. Nauka podatna na przekłamania - świadome i wynikające z niewiedzy. Taka niewdzięczna, fascynująca dziedzina, którą warto poznać choćby po to, by wyciągać wnioski.
Rzeka czasu, Peter Goes, My i nasza historia, Yvan Pommaux, Christophe Ylla-Somers

Oto dwie książki, które przedstawiają historię człowieka (i życia, bo ono, o czym zapominamy, było już przed nami) w pozornie podobny sposób: „My i nasza historia”, którą stworzyli Yvan Pommaux i Christophe Ylla-Somer, oraz Rzeka czasu. Podróż przez historię świata” autorstwa Petera Goesa.

W obu pozycjach punkt wyjścia jest ten sam -  początek, narodziny życia. Linearna, rozciągnięta na osi czasu opowieść o naszych dziejach wygląda już zupełnie inaczej. Nie ma tu manipulacji, nie ma przekłamań - to po prostu dwie zupełnie różne wizje świata, dwa odmienne sposoby interpretowania tego, co było. 
My i nasza historia, Yvan Pommaux, Christophe Ylla-Somers

„My i nasza historia” to książka, która mnie zdziwiła, zmusiła do refleksji i pokazała, jak bardzo więzi nas narracja, którą wtłoczono nam w szkole, karmiono nieustannie poprzez kulturę, sztukę, państwową obrzędowość i celebrę.

My i nasza historia, Yvan Pommaux, Christophe Ylla-Somers

Tutaj po prostu pokazano historię ludzi - moich, Twoich, naszych bliższych i dalszych przodków. Akcent zawsze pada na wspólnotę, a nie zbiór indywidualności. To dosłownie opowieść o świecie bez wielkich nazwisk, co nie oznacza, że nie pojawiają się tam wybitne postaci, które zmieniły bieg dziejów. Autorzy nie na nich jednak skupiają uwagę, ich krótkie biogramy umieszczają dopiero na końcu. Bohaterami tej książki są bowiem wszystkie kobiety, wszyscy mężczyźni, ludzie, którzy przed wiekami wyruszyli z Afryki na podbój świata. 
My i nasza historia, Yvan Pommaux, Christophe Ylla-Somers

Przeczy to naszym przyzwyczajeniom poznawczym. Przyznam szczerze, że początkowo odczuwałam pewien dyskomfort, mój mózg automatycznie traktował brak nazwiska w tekście jako błąd, usterkę. A przecież niby wiedziałam, z jakiego założenia wyszli autorzy.

My i nasza historia, Yvan Pommaux, Christophe Ylla-Somers

Trochę ku mojemu zaskoczeniu dzięki temu drobnemu zabiegowi twórcy książki osiągnęli zamierzony cel.  Spowodowali, że spojrzałam na historię człowieka z zupełnie innej perspektywy - traktującej ludzkość jako całość, a nie zbiór poszczególnych narodów podzielonych granicami. Warto pokazać dzieciom, że naszą cywilizację tak naprawdę tworzyli anonimowi ludzie, że wszyscy, niezależnie od pochodzenia, możemy zapisać się na kartach historii. Wielkie nazwiska i tak uczniowie poznają przecież w szkole.

My i nasza historia, Yvan Pommaux, Christophe Ylla-Somers

Ten sam przekaz konsekwentnie niosą również proste, klasyczne ilustracje przypominające stylem te, które znamy ze słynnej animacji „Było sobie życie”. Przedstawiają one człowieka / zbiorowość w niemal wszystkich możliwych sytuacjach życiowych od zabawy aż po śmierć. Przerażają analogie pomiędzy niektórymi planszami - zło, wojna wygląda zawsze podobnie.  Inne pokazują, że prawie wcale nie różnimy się od naszych przodków. Dzieci od wieków bawią się tak samo.
My i nasza historia, Yvan Pommaux, Christophe Ylla-Somers

Oprawa graficzna książki jest przy tym nierówna. Raczej sztampowa okładka (i tytuł aż nazbyt podręcznikowy) to minus. Trochę nudnawa w moim odczuciu klasyczna kreska nie wbija w fotel, może się jednak podobać.  Ale znajdziemy tu też całkiem sensowne komiksowe scenki (nawet z dymkami), dość twórcze wykorzystanie infografiki, map. Słowem całkiem przyzwoicie.

Odkrywczemu, świeżemu ujęciu tematu towarzyszy uproszczony tekst w sam raz na poziomie dziecka wczesnoszkolnego. Bez dat, bez natłoku zbędnych informacji na pewno nie znudzi, a ma szansę zaciekawić, zaintrygować. I oto chodzi.
-------


Rzeka czasu, Peter Goes

W „Rzece czasu” dzieje człowieka symbolizuje tytułowa wielka rzeka, a jej nurt wypełniają najważniejsze wydarzenia, ciekawostki, definicje pojęć związanych z danym okresem. Jest ona niczym innym jak meandrującą osią czasu z wieloma dopływami, na której wszystkie  fakty ułożono w porządku chronologicznym od chwili Wielkiego Wybuchu. Odwrotnie niż w rzeczywistości im bliżej źródła, tym woda płynie wolniej, snuje się leniwie przez miliony lat. Po czym gwałtownie przyspiesza wraz z pojawieniem się pierwszych ludzi.
Rzeka czasu, Peter Goes

Co ciekawe, w tekście uwzględniono dość sporo tematyki związanej z Polską, czego trochę brakowało w poprzedniej pozycji. Nie mam dostępu do oryginału, więc tylko się domyślam, że zawdzięczamy to wydawnictwu i sprawnej lokalizacji tłumaczenia. Dziękuję.
Rzeka czasu, Peter Goes

Tak jak w przypadku wcześniej omawianej książki także tu nie ma pogłębionych analiz, informacje, co prawda bardziej szczegółowe, podane są hasłowo. Nie przytłaczają, ale też nie rażą zbytnią skrótowością, powierzchownym ślizganiem się po poruszanych zagadnieniach. Zachęcają raczej do dalszych samodzielnych poszukiwań bądź stanowią pomoc w chronologicznym i przyczynowo-skutkowym uporządkowaniu wiedzy. Nie przez przypadek ujęcie graficzne nieco przypomina mapy myśli. Ilustracje są aż gęste od treści, czasami poważnej, trudnej, a niekiedy humorystycznej.

Rzeka czasu, Peter Goes
Ten picturebook wyróżnia nieszablonowa warstwa graficzna. Wyjątkowo duży format książki, twarda okładka, użyte barwy, rodzaj papieru przywodzą na myśl stare, wielkie atlasy. Takie, które rozkładało się na podłodze, by wodząc palcem po mapie, marzyć.

Głęboka smolista czerń rzeki przyciąga uwagę do głównego nurtu wydarzeń. Na stonowanym przygaszonym tle doskonale widać dodatkowe i graficzne, i tekstowe informacje. Goes gra wielkością detali, perspektywą, zbliżeniem. Przy czym na pierwszy plan nie zawsze wysuwa się to, czego byśmy się spodziewali. Co więcej, mimo bardzo spójnej, konsekwentnej kreski i kolorystyki, dzięki drobnym szczegółom udało się stworzyć iluzję zmiany szerokości geograficznej, areny opisywanych wydarzeń.

Lubię klimat tej książki - lekko oldschoolowy, nostalgiczny, kojarzący się ze starymi kronikami. Jednak jedno z moich dzieci zadało dość znaczące pytanie. Czy historia zawsze musi być szarobura? Nie umiem na nie odpowiedzieć.

Rzeka czasu, Peter Goes

Na każdej rozkładówce uważny czytelnik znajdzie nie tylko suche informacje, ale i dynamiczne, niemal komiksowe scenki, charakterystyczne symbole, budowle, wizerunki sławnych postaci i zwykłych ludzi, przedmioty jednoznacznie kojarzące się z omawianą epoką. Fakty wzniosłe i tragiczne, wielkie odkrycia i straszne w skutkach wojny, religijne, kulturowe, popkulturowe odnośniki, czyli wszystko, co bezpośrednio i pośrednio wpływało na historię.

Rzeka czasu, Peter Goes
Rzekę czasu można analizować godzinami, szukać, porównywać. Odkładać na półkę i po jakimś czasie znów analizować, szukać, porównywać. Za każdym razem w innym kontekście, z inną wiedzą. Nie oszukujmy się, książka nie odkryje wszystkich swoich treści od razu. Wymaga wysiłku, współpracy, ale jednocześnie daje ogromną satysfakcję.
Rzeka czasu, Peter GoesRzeka czasu, Peter Goes

Wiele symboli, odniesień nie będzie czytelna dla dzieci, dlatego warto eksplorować wielkoformatowe karty wspólnie, rodzinnie. Najlepiej wielopokoleniowo, gdyż wspomnienia babć, dziadków, rodziców, słowem bezpośrednich uczestników niektórych prezentowanych wydarzeń, z pewnością nadadzą tej pozycji dodatkowych znaczeń. W każdym domu innych, często prywatnych, intymnych. Pozwalających na zdjęcie historii z półki „abstrakcyjna nudna nauka o przeszłości”.


------
Obie pozycje łączy jeszcze jedno - spojrzenie na świat jako na całość, brak irytującego europocentryzmu. Zarówno jedna, jak i druga nie pomija trudnych zagadnień, takich jak wojny, prześladowania, segregacja rasowa, społeczne problemy nie tylko współczesności. Formuła książek ułatwia dziecku zrozumienie ich genezy, pozwala łatwiej dostrzec historyczne analogie i wysnuć wnioski. To świetny punkt wyjścia do rozmowy na tematy, które zazwyczaj dyskretnie omijamy. Przecież nie są dla dzieci.

Intrygują również oba zakończenia - otwarte, sugerujące różne możliwości, przestrzegające przed zagrożeniami, skłaniające do refleksji. Dziecko ma szansę poczuć się twórcą / uczestnikiem historii, odkryć, jak wiele zależy od zwykłych codziennych wyborów, zachowań, ale jednocześnie jak dużo spraw pozostaje poza jego wpływem.  Powiem jednak szczerze, wizja współczesności pokazana w książce Goesa bardziej przygnębia.

------
Którą wybrać? 

„My i nasza historia” ujmuje pokazaniem innego oblicza dziejów człowieka, uczy patrzenia na rzeczywistość z różnych perspektyw. Niesie również bardzo ważne przesłanie - wszyscy ludzie tworzą świat, nieważne, skąd pochodzą. Łączą nas od początku wspólne idee, potrzeby i fascynacje. Prosty tekst nieprzeładowany datami, faktami napisano raczej z myślą o młodszym czytelniku. Wydawnictwo rekomenduje książkę dla dzieci powyżej 10. roku życia. 

„Rzeka czasu” to niewyczerpane źródło wiedzy nie tylko o powszechnie znanych wydarzeniach historycznych. To także obrazkowa opowieść o kulturze, obyczajowości, środowisku. Świetna intrygująca szata graficzna i hasłowe potraktowanie tematu powodują, że w żadnym wypadku nie jest infantylna. To picturebook, który rośnie wraz z czytelnikiem. Książka na lata, dla każdego.  


MY I NASZA HISTORIA
Tekst: Yvan Pommaux, Christophe Ylla-Somer
Współpraca przy ilustracjach: Nicole Pommaux
Tłumaczenie: Katarzyna Rodak
Wydawnictwo: Tatarak 
Data wydania: 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 96
Format/forma: maksi
Rekomendowany wiek: 7+ (według wydawnictwa - 10+) 

RZEKA CZASU. PODRÓŻ PRZEZ HISTORIĘ ŚWIATA
Tekst i ilustracje: Peter Goes
Tłumaczenie: Iwona Mączka
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Data wydania: 2016
Oprawa: twarda
Liczba stron: 72
Format/forma: maksi
Rekomendowany wiek: 7+, dla każdego
Wielka historia małej kreski, czyli pasja znaleziona na ulicy

08 października

Wielka historia małej kreski, czyli pasja znaleziona na ulicy

Ta chwila, gdy coś się zaczyna. Obejrzany film, przeczytana książka, wywiad, jakieś spotkanie,  niby zwyczajna rozmowa, kolega, który coś poleca, piosenka lecąca gdzieś w tle. Smak jakiejś potrawy, zapach, niepozorna historia zasłyszana  przypadkiem, wycieczka, zwykły nauczyciel, nadzwyczajny mistrz. Coś. Duże lub małe. Pieczołowicie pamiętane lub zapomniane niemal od razu. Zidentyfikowane i hołubione albo niezauważone. Początek pasji, impuls do znalezienia własnej drogi.

Wielka historia małej kreski, Serge Bloch

Tym tajemniczym katalizatorem, który pozwolił odkryć bohaterowi „Wielkiej historii małej kreski” Serge'a Blocha jego własny wyjątkowy talent, była zwykła niepozorna czerwona kreska poniewierająca się bezpańsko na skraju ulicy. Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu przyciągnęła uwagę chłopca i powędrowała z nim do domu. I, jak to w bajkach, żyli wspólnie długo i szczęśliwie. I na pewno magicznie.
Wielka historia małej kreski, Serge Bloch

Dziecko dojrzewało, kreska zmieniała się wraz z nim. Chłopiec dbał o kreskę, a kreska w zamian go chroniła, dawała siłę, radość. Czasami jednak się boczyła. Rosła, uczyła się oddawać coraz to bardziej skomplikowane rzeczy, relacje. Chciałoby się powiedzieć, że stała się narzędziem do poznawania świata, językiem, w którym mały artysta wyrażał swe odkrycia, dzielił się nimi z innymi. Coraz doskonalszym. To jednak zbyt duże uproszczenie. Linia bowiem miała własną osobowość.

Wielka historia małej kreski, Serge Bloch

Łączyła ich niepowtarzalna symbioza, coś niedefiniowalnego, ukrytego. Przywiązanie? Przyjaźń? Oddanie? Zaufanie? Wspólne emocje? Pewnie wszystko po trochu. Ale i niezrozumienie, opór przed pełnym poddaniem, upór, złość. Jak w życiu, jak w procesie twórczym, gdyż między nimi nie ma według Blocha granicy.

Wielka historia małej kreski, Serge Bloch

Po prostu bez tej małej czerwonej linii chłopiec nie byłby tym samym chłopcem, stałby się innym mężczyzną.  A kreska? Czy poradziłaby sobie bez niego?

Wielka historia małej kreski, Serge Bloch

To zależy, jaką perspektywę interpretacyjną przyjmiemy.  Nie da się nie odczytywać tej historii biograficznie jako swoistego artystycznego zapisu drogi twórczej autora. Fascynującej, choć czasami trudnej. Zresztą to on sam niejako uprawdopodabnia takie rozumienie nie tylko poprzez odnośniki w tekście, ale i zadedykowanie książki sławnym grafikom, twórcom, którzy, jak możemy się domyślać, wywarli na niego wpływ, inspirowali. 
Wielka historia małej kreski, Serge Bloch

Nie zapominajmy przy tym, że sama czerwona kreska to autocytat z innych prac Blocha, choćby z opisywanego już przeze mnie na blogu „A ja czekam” (klik do recenzji). W obu pozycjach oszczędna graficznie forma współgra z prostym tekstem trafiającym w samo sedno. W „A ja czekam” odpowiednikiem kreski jest spajający poszczególne strony motyw czerwonej nitki, muliny, symbolizującej krew, życie. W obu przypadkach te dwa elementy niosą największy ładunek emocjonalny. I poprzez wyróżniający się kolor, i poprzez kontrast z resztą obrazu.

Wielka historia małej kreski, Serge Bloch
Forma jest bowiem więcej niż minimalistyczna. Bloch oszczędnie używa koloru, oprócz ostrej, wyróżniającej się czerwieni pojawia się jedynie czerń i niebieski. Ale pierwsze skrzypce odgrywa tu światło. Dominuje biała pusta przestrzeń, która zdaje się czekać na uzupełnienie, a przede wszystkim i kontrastuje, i współgra z niezwykle prostą kreską, przypominającą według naszych stereotypowych przyzwyczajeń raczej szkic niż skończone dzieło. 

Wielka historia małej kreski, Serge Bloch
„Wielka historia małej kreski” to nie tylko metafora życia twórcy, hołd złożony tym, co inspirują, opis artystycznej sztafety mistrzów i uczniów. Picturebook może być też odczytywany po prostu jako historia o poszukiwaniu / odnalezieniu sensu życia, prosta w formie i bogata w treści opowieść o przyjaźni. Tak ją zrozumiał 8-latek. A starszej wystarczył rzut oka na zakończenie. Pióro kreślarskie. Niemal identyczne jak to, które kupiła dziś rano. Każde dziecko znajdzie w tej książce to, czego właśnie potrzebuje. I 6-latek, i nastolatka. W końcu mówią, że wszyscy mamy jakiś talent. Trzeba go tylko odnaleźć. 
Wielka historia małej kreski, Serge Bloch

Myślę o różnych kreskach, które spotykałam w swoim życiu. Ilu z nich nie zauważyłam, ile zaniedbałam? Nie wiem. I chyba nie chcę wiedzieć. Dla wielu z nas, dorosłych, może być to trochę gorzka lektura, przywołująca marzenia z dzieciństwa, które się nie spełniły, pasje odstawione na boczny tor, zapomniane, zakurzone. Z drugiej strony warto sobie o nich przypomnieć, tchnąć w nie trochę życia. Czemu nie, zawsze istnieje szansa, że rozkwitną. Nieważne, ile mamy lat.

Często pewnie będzie zupełnie inaczej i choć niektórzy uświadomią sobie, że wiodą życie spełnione, że nie zaniedbali swojej pasji, tylko nie wiedzieli, że to właśnie TO nią jest. Tym CZYMŚ, małą czerwoną kreską może być przecież wszystko.

Wielka historia małej kreski, Serge Bloch

PS. Czy wiecie, że Serge Bloch jest również twórcą najmniejszego we wszechświecie Superbohatera, który walczy między innymi ze złymi, podstępnymi Łóżkosikaczami. Już wiem, dlaczego pokochaliśmy SamSama ❤


WIELKA HISTORIA MAŁEJ KRESKI
Tekst i rysunki: Serge Bloch
Tłumaczenie: Katarzyna Skalska
Wydawnictwo: Zakamarki
Data wydania: 2015
Oprawa: (bardzo) twarda
Liczba stron: 88
Format/forma: maksi
Sugerowany wiek: 6+
Niezwykłe przygody latającej myszy // Armstrong. Niezwykła mysia wyprawa na księżyc, czyli zbędne słowa

05 października

Niezwykłe przygody latającej myszy // Armstrong. Niezwykła mysia wyprawa na księżyc, czyli zbędne słowa

Gdyby z „Niezwykłych przygód latającej myszy” i „Armstronga. Niezwykłej mysiej wyprawy na księżyc” Torbena Kuhlmanna usunąć wszystkie słowa, historie tylko by na tym zyskały. Otrzymalibyśmy niezwykle klimatyczne picturebooki o dzielnych gryzoniach, które zadziwiły swoimi wynalazkami i determinacją cały świat. A tak mamy dwie książki, w których zaledwie poprawny tekst do pięt nie dorasta niesamowitym ilustracjom. Ich jedyna wada (a może zaleta) to trochę zbyt jednoznaczne skojarzenia z twórczością Shauna Tana.
Niezwykłe przygody latającej myszy, Armstrong. Niezwykła mysia wyprawa na księżyc, Torben Kuhlmann
Obie pozycje wykorzystują bardzo podobny schemat fabularny. Oto mała mysz wszystkimi możliwymi sposobami dąży do realizacji swojego zdawałoby się nierealnego marzenia. Metodą prób i błędów, wielkich porażek i drobnych sukcesów dzięki wyjątkowej determinacji osiąga cel. Krzepiące i motywacyjne przesłanie. W sam raz, by ośmielić małych marzycieli do działania.
Niezwykłe przygody latającej myszy, Torben Kuhlmann

Armstrong. Niezwykła mysia wyprawa na księżyc, Torben Kuhlmann
To także historie o przekraczaniu własnych ułomności, ograniczeń, o poszukiwaniu niestandardowych rozwiązań.  Dzieli je jedno - motywacja. Pierwsza bohaterka z konieczności musi odnaleźć sposób, by pokonać ocean, druga to typowy naukowiec, chce dotrzeć na księżyc z ciekawości, by udowodnić swoje racje. Na pierwszą czyha niebezpieczny świat - złośliwe koty, złowrogie sowy. Ilustracje świetnie oddają atmosferę zagrożenia, osaczenia. Druga mierzy się raczej z niezrozumieniem przez własną społeczność żyjącą tu i teraz, skupioną na konsumpcji, która za nic ma marzycieli. I jak to w Ameryce przełomu lat 50. jej działania przyciągają uwagę tajemniczych ludzi w kapeluszach.
Niezwykłe przygody latającej myszy, Torben Kuhlmann

Armstrong. Niezwykła mysia wyprawa na księżyc, Torben Kuhlmann

Obie pozycje czarują szatą graficzną. Wzrok przyciągają bogate w mnóstwo smakowitych detali ilustracje, w formie realistycznych obrazów, pocztówek, znaczków,  fragmentów gazet, roboczych szkiców. Wszystko utrzymano w tonacji sepii, dzięki czemu książki przypominają stare albumy ze zdjęciami, pożółkłe, miejscami już wypłowiałe, poplamione od wielokrotnego przeglądania kart. Szkoda tylko że nie zachowano konsekwencji w tłumaczeniach, niektóre wycinki z prasy są w wersji polskiej, inne w oryginale, na co zwrócił uwagę 8-letni czytelnik, którego irytował fakt, że nie wszystko może zrozumieć.

Niezwykłe przygody latającej myszy, Torben Kuhlmann

Armstrong. Niezwykła mysia wyprawa na księżyc, Torben Kuhlmann

Wielowymiarowe obrazy jak dawne fotografie dość wiernie oddają rzeczywistość ze wszystkimi jej elementami charakterystycznymi dla obu epok. Czytelnik czuje wszystkimi zmysłami, że spogląda na ponury świat z początku XX wieku. Zatłoczone dworce, opary, mroczne kanały ściekowe, brudne, zapyziałe hamburskie doki. Nowy Jork lat 50. wygląda zupełnie inaczej, pojawia się przestrzeń, światło. Wszystko zdaje się być bardziej optymistyczne, czyste, także dzięki zmianie kolorystyki. W pierwszym tomie dominują przytłumione, przygaszone barwy, w drugim stają się one żywsze, bardziej wyraziste, błyszczą, przedmioty zyskują wyraźniejsze kontury. Różnica subtelna, ale zauważalna.

Kuhlmann z aptekarską dokładnością dba o zachowanie realiów przedstawianego świata i to nie tylko pokazując przestrzeń, miasto, budynki, wnętrza, stroje, samochody i inne elementy otoczenia. Projekty obu myszy, mimo że oczywiście fantastyczne, są spójne z epoką. Steampunkowe realizacje pierwszego gryzonia wyglądają rzeczywiście jak spod ręki szalonego wynalazcy. Oglądaliście kiedyś bardzo stary film science fiction? Taki z lat 50, 60? Druga spokojnie mogłaby pełnić w nich funkcję scenografa.
Niezwykłe przygody latającej myszy, Torben Kuhlmann

Armstrong. Niezwykła mysia wyprawa na księżyc, Torben Kuhlmann

Ilustracje niosą w obu przypadkach więcej treści niż schematyczny, ubogi w kontekst i szczegóły tekst przeładowany infantylnymi zdrobnieniami.  Ileż znaczeń kryje się w tej jednej przejmującej scenie przedstawiającej niekończącą się kolejkę niemal takich samych szarych ludzi z prawie identycznymi walizkami, którzy właśnie spełniają swoje marzenie o lepszym świecie, a pośrednio pierwotne dążenie małej myszy do odnalezienia pobratymców. Naprawdę, jakiekolwiek słowa są tu zbędne.

Autor przy tym sprawnie, zmieniając wielkość kadrów i ich rozmieszczenie na stronie, buduje dynamikę historii. Niektóre obrazy wypełniają całą rozkładówkę, w innych miejscach wykorzystano typowo komiksowy układ scen, najczęściej stylizując stronę na galerię starych fotografii.

Uprzedzam jednak wrażliwych, że niektóre obrazy epatują naturalizmem, np. mysz złapana w pułapkę w pierwszej części.

Niezwykłe przygody latającej myszy, Torben Kuhlmann
Armstrong. Niezwykła mysia wyprawa na księżyc, Torben Kuhlmann

Każda z książek dotyka także na swój sposób problemów weny, twórczego podejścia do rozwiązywania problemów. Pomysły znaleźć można wszędzie - w bibliotece, w naturze, w najbliższym otoczeniu. Czasami świadomie, innym razem przez przypadek. Ale najbardziej inspirują inni, ci, którym się udało osiągnąć zamierzone cele, zdeterminowani odważni pionierzy. Jak ta mysz, która pokonała siły grawitacji, i ta, która jako pierwsza żywa istota postawiła nogę (a raczej łapkę) na księżycu.

Warto zwrócić również uwagę na sposób przedstawienia porażek, które zawsze towarzyszą pionierskim odkryciom. Myszy nie poddają się, wyciągają z niepowodzeń wnioski, uczą się i próbują innych rozwiązań. Tylko tyle i aż tyle.

Niezwykłe przygody latającej myszy, Torben KuhlmannArmstrong. Niezwykła mysia wyprawa na księżyc, Torben Kuhlmann

Obie książki to nie tylko opowieści fantastyczne, ale i spora dawka konkretnej wiedzy na temat początków lotnictwa i pionierskich lotów w kosmos. W głównej narracji nawiązania do wydarzeń historycznych są bardzo subtelne, ale na końcu autor umieścił krótkie encyklopedyczne notki.

Pomińcie tekst, skupcie się na obrazie. Przynajmniej ten pierwszy raz. Spróbujcie wraz z dziećmi potraktować przygody myszy jako nostalgiczny, wyjątkowo spójny pod względem stylistycznym niemy komiks, pełen rozmachu picture book. Historia zapisana w ilustracjach naprawdę może zafascynować i zainspirować. Wszystko jest przecież możliwe, nawet jeśli marzycielem okazuje się zwykły szary gryzoń albo niepozorny mały ktoś.

NIEZWYKŁE PRZYGODY LATAJĄCEJ MYSZY
Tekst i ilustracje: Torben Kuhlmann
Tłumaczenie: Marta Krzemińska
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal
Data wydania: 2014
Oprawa: twarda
Liczba stron: 80
Format/forma: maksi
Rekomendowany wiek: 6+

ARMSTRONG. NIEZWYKŁA MYSIA WYPRAWA NA KSIĘŻYC
Tekst i ilustracje: Torben Kuhlmann
Tłumaczenie: Marta Krzemińska
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal
Data wydania: 2016
Oprawa: twarda
Liczba stron: 128
Format/forma: maksi
Rekomendowany wiek: 6+

Lotte piratka, czyli dziko dzika dziewczynka

02 października

Lotte piratka, czyli dziko dzika dziewczynka

Leży przede mną „Lotte piratka” - picture book napisany przez Sandrine Bonini i zilustrowany przez Audrey Spiry. Patrzę od kilku dni na okładkę tej książki i nie mogę przestać się uśmiechać. Aż wylewa się z niej szczera, nieograniczona radość dziecka, w rozwianych włosach kryje się wolność, a głęboka zieleń zdaje się aż wychodzić poza kadr. To zapis chwili absolutnego szczęścia. Zazdrość mnie zżera. Czy słusznie?
„Lotte piratka” Sandrine Bonini, Audrey Spiry

Właśnie o swojej wizji najlepszego życia na świecie opowiada nam narratorka, mała Lotte, (potencjalnie) dzika mieszkanka (skraju) dżungli. A raczej odważne, pełne temperamentu dziecko o niesamowitej wyobraźni, które chce być jak Pippi, Mowgli i Tarzan w jednym. Niezależna dziewczynka, która najlepiej czuje się sama ze sobą i ze swoimi zwierzęcymi przyjaciółmi, a przede wszystkim bawi się w bycie dziką piratką. Taką piratką bez własnego statku i - co kluczowe - bez zbędnej ludzkiej załogi.
„Lotte piratka” Sandrine Bonini, Audrey Spiry

Zachowanie Lotte przypomina teatr, co zresztą wielokrotnie jest w tekście sugerowane. Teatr co prawda totalny, ale mimo wszystko mamy do czynienia z przedstawieniem, w którym mała dzikuska nie tylko odgrywa główną rolę, jest także scenografem, kostiumologiem, kształtuje egzotyczną przestrzeń, reżyseruje ten specyficzny spektakl. W sumie jak każde zwykłe dziecko nawet podczas najprostszej zabawy. Różnią się tylko dekoracje. Co więcej, teatr to teatr, zabawa to zabawa, ale życie to życie, więc zawsze w odwodzie czekają rodzice i bezpieczny dom na farmie na skraju dżungli. I wentylator.


„Lotte piratka” Sandrine Bonini, Audrey Spiry
W swojej inscenizacji Lotte miesza rekwizyty i zachowania z różnych znanych jej światów - tworzy własne muzeum (równie eklektyczne), przebiera się za damę, eksploruje dżunglę, oswaja zwierzęta, buduje domek na drzewie, tańczy wśród drzew. Istny misz-masz, który łączy jedno. Dziewczynka nie potrzebuje, wręcz nie chce publiczności. Gdy potencjalni widzowie się pojawiają, zaczyna się jej bunt. Dziecinny, płynący prosto z jej dzikiej natury. A wraz z nim do bezpiecznego świata zabawy wkracza żywioł, zagrożenie, niebezpieczeństwo i strach. Lęk przed tym obliczem natury, którego nie jest w stanie okiełznać i oswoić, i jeszcze większa obawa przed wpuszczeniem do własnej sielankowej krainy innych ludzi, których nie rozumie, nie zna i nie chce poznać.

„Lotte piratka” Sandrine Bonini, Audrey Spiry

„Lotte piratka” to bowiem opowieść o wartości i potrzebie przyjaźni, która dotyczy nawet największych „dzikusów”. Pozornie Lotte przypomina najsłynniejszą dziecięcą buntowniczkę - Pippi, jednak gdy przyjrzymy się bliżej, okazuje się, jak wiele  dzieli te postaci. Pippi bowiem kontestuje świat dorosłych, ale wchodzi z nim w relacje, choć poddaje w wątpliwość rządzące nim reguły, a przede wszystkim jest otwarta na rówieśników. Lotte po prostu ucieka od jakiegokolwiek kontaktu z drugim człowiekiem, tworzy własną niedostępną dla innych przestrzeń, w której rzeczywistość miesza się z fantazją, egzotyka z codziennością.
   
„Lotte piratka” Sandrine Bonini, Audrey Spiry

Dość prostą w sumie opowieść doskonale uzupełniają malarskie, niezwykle świeże ilustracje pędzla Audrey Spiry. Niesamowicie nasycone, żywe, momentami wręcz nienaturalne, przerysowane kolory oddają teatralność dżungli. Zieleń aż wylewa się z poszczególnych kadrów, natura kipi od nadmiaru. Wszystko cechuje maksymalna intensywność, jakby dzikość mogła stać się jeszcze bardziej dzika.
„Lotte piratka” Sandrine Bonini, Audrey Spiry
Wkomponowanie poszczególnych ilustracji w tekst chwilami przypomina typowo filmowe, dynamiczne kadrowanie, w niektórych scenach mamy wręcz złudzenie ruchu. W innych miejscach widać wyraźnie inspiracje estetyką komiksu, pojawiają się nawet dymki. 

Oprawa graficzna książki oszałamia i jednocześnie swą intensywnością odrobinę przytłacza, ale paradoksalnie ujmuje w niej także skupienie się na rzeczach niewielkich, drobiazgach. Istotne szczegóły, w których kryje się piękno świata, Lotte dostrzega bez problemu. Uważna, skoncentrowana na eksploracji natury we wszystkich jej przejawach - tych dużych, i tych mikroskopijnych, uczy się dopiero zauważać wartości płynące z relacji z drugim człowiekiem, z przyjaźni, przejawiającej się nawet w drobnych gestach.

W kontraście do rozbuchanych ilustracji stoi tekst - skromny, niedługi, w sam raz nadający się dla wszystkich początkujących czytelników, nie tylko dla samowystarczalnych piratów, którzy żyją samotnie we wspaniałych światach swojej wyobraźni.


LOTTE PIRATKA
Tekst: Sandrine Bonini
Ilustracje: Audrey Spiry
Tłumaczenie: Jakub Jedliński
Wydawnictwo: Polarny Lis
Data wydania: 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 36
Format/forma: maksi
Sugerowany wiek: 5+

Copyright © 2017 Mamobab czyta