Cztery sztuki sztuki, czyli dzieł czytanie, artystów identyfikowanie

01 sierpnia

Cztery sztuki sztuki, czyli dzieł czytanie, artystów identyfikowanie


Jak rozmawiać z dziećmi o sztuce? Jak pomóc zrozumieć jej istotę, to, co odróżnia dzieło od zwykłej rzeczy, kreację od czynności, performans od życia? Czy da się w prosty sposób wyposażyć najmłodszych w kod niezbędny do rozpoznania i odczytania współczesnej sztuki odbieranej nawet przez wielu dorosłych jako coś hermetycznego, zamkniętego, niedostępnego. Przyznam się szczerze, że też czasami nie rozumiem, czuję się bezradna, próbując rozpaczliwie odkryć zaklęty w niektórych dziełach sens.

Z tymi, które pojawiają się na kartach czterech wybranych przeze mnie książek o sztuce dla dzieci, na szczęście nie miałam problemów ani ja, ani młodzi czytelnicy. Dekodowanie przebiegało bez zarzutu. I dzieła bowiem zacne, znane, ale ciekawe, i osoby te dzieła przybliżające stanęły na wysokości zadania. Oto „Bałwan w lodówce” Łukasza Gorczycy, zilustrowany przez Krzysztofa Gawronkiewicza, „Kto to jest artysta” Zofii Dubowskiej-Grynberg i Jana Bajtlika, „Zachęta do sztuki” również Zofii Dubowskiej w opracowaniu graficznym Natki Luniak i najnowsza propozycja „Wszystko widzę jako sztukę” Ewy Solarz z grafiką Roberta Czajki.

„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING, „Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki, „Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki, „Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia


Pierwsza pozycja, „Bałwan w lodówce” autorstwa Łukasza Gorczycy, stanowi jedyną w tym zestawieniu narracyjną próbę zaciekawienia dzieci światem obrazów i kreacji. Już tytuł bawi i intryguje, a zgrabne historyjki opowiadające o perypetiach dwójki rodzeństwa są w tym przypadku pretekstem do rozmów o istocie sztuki, o tym, kim jest artysta, jaka jest jego rola i jak odróżnić akt twórczy od zwykłego pospolitego działania.

„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
Wszystko te pozornie trudne rozważania wplecione zostały w codzienność, w zwykłe domowe sprawy. Ot, normalne dyskusje przy obiedzie, jakiś spacer, przejażdżka autobusem. Okazuje się, że sztuka kryje się wszędzie. W tym przypadku to nie dziwi, tata bohaterów tak jak i autor książki (współtwórca znanej galerii Raster) zawodowo zajmuje się sztuką współczesną i w takim właśnie artystycznym światku toczy się codzienność rodziny. Świadomy odbiorca widzi bowiem więcej, profesjonaliście nic nie umknie.
„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING

Nie w każdym jednak domu na ścianie wisi Hasior, nie każdy od oseska nasiąka specyficznym językiem niezbędnym do odkodowania współczesnej sztuki. Wielu z nas wydaje się, że mieszka ona gdzieś daleko, w obcych, zimnych przestrzeniach muzeów, galerii. Że to my musimy do niej pójść, pokłonić się nisko i zachwycić. Autorom udało się odczarować to błędne założenie. Dobrane przykłady pokazują, że tak naprawdę to sztuka szuka nas, wkracza na zwykłe terytoria - do parku, do autobusu, na miejskie mury.


„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
Poszczególne historie napisane są prostym, jasnym, dość ciekawym językiem. Niektóre scenki rozczulają, Gorczyca świetnie oddał lekko naiwne i całkowicie szczere dziecięce spojrzenie na sztukę. Niestety, nie we wszystkich przypadkach udało mu się jasno rozwiać naturalne wątpliwości młodszych, szczególnie te dotyczące granic pomiędzy tym, co wolno artyście, a czego nie wolno dziecku. Miałam poczucie, że dziecięca ciekawość, skłonność i do naśladowania, i do eksperymentowania rozbudzona przez dorosłych przerosła nieco tych drugich. Zabrakło argumentów, pojawiło się klasyczne bo tak.

„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING

Jak na książkę o sztuce przystało, pozycja została starannie wydana. Twarda okładka, płócienny grzbiet nadają jej elegancji. Przejrzysty i konsekwentnie stosowany układ kompozycyjny ułatwia lekturę. Ciepłe, pełne humoru i nienachalnej symboliki ilustracje kojarzonego do tej pory przeze mnie raczej ze sztuką komiksu Krzysztofa Gawronkiewicza dodają jej nieco zawadiackiego charakteru. Zabrakło jedynie realnych zdjęć pojawiających się dzieł, za to po każdym rozdziale umieszczono przystępną notkę biograficzną artysty pojawiającego się w opowiadaniu. W sumie poznamy ponad dziesięciu twórców, zarówno malarzy, jak i performerów, w tym m.in. Pawła Althamera, Romana Opałkę, Oskara Dawickiego, Marinę Abramović, Julitę Wójcik i Władysława Hasiora.


„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING

W „Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg i Jan Bajtlik próbują poprzez całkowitą integrację słowa i obrazu przybliżyć najmłodszym różne aspekty twórczej działalności - wycinanie, lepienie, rysowanie, budowanie, filmowanie, fotografowanie, a nawet szydełkowanie.
„Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki

Pierwsze rozkładówki tworzą bazę, definicyjną podstawę. Wiemy, o czym mówimy, mamy konkret. Na kolejnych stronach autorzy idą krok dalej, dopowiadają, ukonkretniają, pokazują nie tylko działanie, ale i obiekt twórczej obróbki. To, co można namalować, budować, złożyć. Wreszcie to, że można cytować lub przetwarzać dzieła innych.

Następny etap to próba odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule. Kim jest artysta, jaki bywa, a przede wszystkim, w jaki sposób widzi i interpretuje otaczającą go rzeczywistość. Cieszy, że autorzy zwrócili uwagę na społeczne zaangażowanie twórców i na fakt, że sztuka nie zawsze jest ładna.


„Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
Autorzy mówiąc o sztuce, jednocześnie ją tworzą. Każda rozkładówka to kolaż, zabawa słowem, typografią, formą. Prościutki tekst koresponduje czasami wprost, czasami przewrotnie z oprawą graficzną, w której jako punkt wyjścia wykorzystano prawdziwe dzieła (ich lista wraz ze zdjęciami i krótkim opisem znajduje się na końcu książki).

Byłoby doskonale, gdyby nie czytelność niektórych czcionek. Zastosowany kolor i kształt spowodował, że giną w tle. A może niepotrzebnie się czepiam. Może to celowy zabieg, skupiający uwagę odbiorcy na dłużej, wymagający (dosłownie) wysiłku poznawczego. W końcu to dzieło artystów, a oni według książki robią to, co chcą. Lubię nieoczywistość tej pozycji, niedpowiedzenie przeplatające się z konkretem, wiem jednak, że przynajmniej pierwsza lektura wymagać będzie dorosłego przewodnika, kogoś, kto naprowadzi na pewien sposób myślenia.
„Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Kto to jest artysta” to wysmakowany picturebook pokazujący dzieciom już w wieku przedszkolnym dialog pomiędzy słowem a obrazem, interakcję pomiędzy tym, co podane wprost a tym, czego sami musimy się doszukać, korzystając z naszego zaplecza, z tego, co wiemy i o sztuce, i o świecie. Nie ma lepszej formy do uświadomienia najmłodszym, czym jest sztuka, niż ona sama, niż konkretny przykład, niż artystyczna forma. Tak jak w tym przypadku. I choć pozornie książka wydaje się trudna, nietypowa, zaufajcie dzieciom. 

„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki

Kolejna pozycja - „Zachęta do sztuki” - to typowa współczesna książka o sztuce, w której autorka, Zofia Dubowska, po kolei rozkłada na czynniki pierwsze wybrane współczesne dzieła. Porządna robota, choć pozycja ta na tle pozostałych jest raczej zachowawcza. Dwadzieścia pięć prac polskich artystów, w tym obrazy, rzeźby, kompozycje, solidnie zaanalizowano na poziomie dostępnym dla dzieci. Poznajemy dzieła m.in. Henryka Stażewskiego, Katarzyny Kozyry, Jerzego Nowosielskiego i Wilhelma Sasnala.
„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki

Nie myślcie jednak, że dzieci będą się nudzić. Poprzez ciągłe zadawanie pytań autorka pokazuje, w jaki sposób patrzeć na dzieła, czego w nich szukać, na co zwracać uwagę. Prosty język, brak zbędnej terminologii powodują, że nawet młodsze dzieci nie będą czuły się przytłoczone, onieśmielone. W książce nie brakuje przy tym prowokujących pytań o istotę sztuki, przekraczanie przez artystów granic. I jest kapusta. A ja lubię kapustę.

„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki

Oprócz możliwych kluczy interpretacyjnych czytelnicy znajdą tu także propozycje własnych nie tylko artystycznych działań. Choć wypadają one nieco blado, jeśli uwzględnimy bogactwo różnych współczesnych książek aktywnościowych, mogą inspirować i do tworzenia, i do odkrywania sztuki wokół siebie. Wyostrzają wzrok.

„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
Bardzo lubię przystępny, czytelny układ graficzny tej pozycji. Tu wszystko ma swoje miejsce, łatwo odnaleźć potrzebne treści. W tekst wplecione zostały oryginalne zdjęcia omawianych dzieł urozmaicone zabawnymi ilustracjami. Na pierwszy rzut oka panuje tu barwny chaos, ale po lekturze okazuje się, że kolorystyka tła, czcionek w każdym przypadku ściśle współgra z prezentowanymi pracami. Na końcu książki na trzech rozkładówkach czytelnicy znajdą również słowniczek trudnych wyrazów.

„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
W ostatniej z książek - „Wszystko widzę jako sztukę” - Ewa Solarz unika jak ognia prostych odpowiedzi na odwieczne pytanie, co artysta miał na myśli. Autorka jedynie pokazuje, daje kontekst i tyle. Aż tyle, gdyż kontekst ten jest bardzo bogaty, zróżnicowany, czasami zaskakujący. Znajdujemy tu tropy, którymi możemy podążać, ale możemy skręcić w zupełnie inną stronę, stworzyć własną ścieżkę.


„Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia
„Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia

Tło interpretacyjne stanowią między innymi wypowiedzi samych artystów, ciekawostki biograficzne bezpośrednio związane z omawianymi dziełami. Czytelnik ma wrażenie, że nawiązuje dialog z twórcą, poznaje jego tajemnice, wizję świata, wyjątkową osobowość. Czujemy, że sztuką zajmują się ludzie z krwi i kości, różni. Łączy ich jedno - niestandardowe spojrzenie na rzeczywistość, umiejętność dostrzegania nietypowych, nieoczywistych powiązań, tego, co na pierwszy rzut oka niewidoczne. Wykorzystana w tytule książki wypowiedź Julity Wójcik, autorki słynnej Tęczy z warszawskiego placu Zbawiciela, „wszystko widzę jako sztukę” tak naprawdę mogłaby paść z ust każdego z bohaterów. Każdy z nich jednak widzi ją inaczej, we właściwy sobie sposób. Inny obiekt ulega twórczemu przeobrażeniu. Obieranie ziemniaków, rachunek prawdopodobieństwa, niebieska taśma, tęcza.

Czasami pokazana zostaje geneza dzieła, sam początek procesu twórczego, ten moment inspiracji, natchnienia. Innym razem autorka skupia się raczej na samym akcie tworzenia, podgląda, zdradza tajniki warsztatu.
„Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia
„Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia

W przeciwieństwie do poprzednich pozycji ta skierowana jest raczej do dzieci w wieku szkolnym, choć i starsi znajdą tu wiele ciekawostek, nowych faktów, znaczeń. Autorka traktuje bowiem odbiorcę poważnie, niezależnie od jego wieku zakłada już jakąś bazową wiedzę. Skrupulatnie przy tym pilnuje, by wszystkie potencjalnie trudniejsze terminy zostały wytłumaczone w prosty sposób.

„Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia
„Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia
O klasie oprawy graficznej autorstwa Roberta Czajki świadczy główna nagroda w Konkursie Książka Roku 2018 Polskiej Sekcji IBBY w kategorii ilustracje i koncepcja graficzna. Nowoczesna forma, wykorzystanie geometrycznych kształtów i ograniczona, dość charakterystyczna i nieoczywista paleta barw (dominująca żółć, złamana niebieskim i różem) sprawiają, że książka jest niezwykle świeża, energetyczna. Pozornie prosta okładka dzięki wyrazistej kolorystyce i intrygującemu rysunkowi przyciąga wzrok. Na końcu umieszczono również oryginalne zdjęcia omawianych dzieł.

Warto wspomnieć, że książka towarzyszyła wystawie pod tym samym tytułem, którą oglądać mogliśmy w 2018 roku w warszawskiej Zachęcie. Jej kuratorem była oczywiście Ewa Solarz.

----------------------

We wszystkich omówionych książkach przewijają się te same dzieła, te same nazwiska. Znane, ikoniczne, często obecne w popularnym obiegu. W trzech pozycjach wyłącznie polskie, jedynie „Bałwan w lodówce” sięga również po zagraniczne przykłady. Za każdym jednak razem mamy do czynienia z innym spojrzeniem, z odmiennym filtrem interpretacyjnym, różnym kontekstem. To ciekawe doświadczenie pokazujące wieloznaczność sztuki, niejednoznaczność symboliki. Najważniejsze jednak przesłanie podkreślane przez autorów wszystkich omówionych przeze mnie pozycji to obecność sztuki wszędzie wokół nas i wbrew obiegowym opiniom jej dostępność dla każdego - od najmłodszego do najstarszego. Sprawdźcie więc, dlaczego artyści trzymają bałwana w lodówce, oklejają przestrzeń niebieską taśmą i obierają ziemniaki w galeriach. I co sprawia, że przekrojona kapusta staje się dziełem, a nie bigosem.


BAŁWAN W LODÓWCE
Tekst: Łukasz Gorczyca
Ilustracje: Krzysztof Gawronkiewicz
Wydawnictwo: Fundacja Sztuki Polskiej ING
Data wydania: 2017
Liczba stron: 128
Oprawa:
twarda z płóciennym grzbietem
Format/forma: klasyczna książka prawie maksi
Sugerowany wiek: 4+



KTO TO JEST ARTYSTA
Tekst: Zofia Dubowska
Ilustracje: Jan Bajtlik
Wydawnictwo: Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
Data wydania: 2013
Liczba stron: 52
Oprawa: twarda
Format / forma: kwadratowe midi
Sugerowany wiek: 3+


ZACHĘTA DO SZTUKI
Tekst: Zofia Dubowska-Grynberg
Projekt graficzny: Natka Luniak
Wydawnictwo: Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki, Muchomor
Data wydania: 2008
Liczba stron: 64
Oprawa: twarda
Format / forma: midi
Sugerowany wiek: 5+



WSZYSTKO WIDZĘ JAKO SZTUKĘ
Tekst: Ewa Solarz
Ilustracje: Robert Czajka
Wydawnictwo: Wytwórnia
Data wydania: 2018
Liczba stron: 64
Oprawa: twarda
Format / forma: odwrócony prostokąt
Sugerowany wiek: 7+


„Mat i świat”, czyli świat jest piękny (mimo wszystko)

23 lipca

„Mat i świat”, czyli świat jest piękny (mimo wszystko)


Misie w literaturze dziecięcej często podróżują. Czasami po prostu przeżywają jakieś mniej lub bardziej barwne przygody, innym razem los rzuca je to tu, to tam, by nawiązały nowe przyjaźnie. Z reguły wędrówki te są radosne i beztroskie. Zdarza się jednak, że historie pluszaków pokazują coś jeszcze, coś więcej, jakąś prawdę o świecie. Niekiedy bardzo trudną, pozornie nie dla dzieci. I nie zmieni tego uroczy misiek w roli głównego bohatera. I tak boli.

Do takich książek należy „Mat i świat” Agnieszki Suchowierskiej, historia, która dzięki ciepłym ilustracjom Tomasza Kaczkowskiego na pierwszy rzut oka wydaje się pogodna, raczej wesoła. Taka, jakich wiele. Owszem jest miło, ale sympatyczny bohater poznaje różne oblicza współczesności. Miłość i odrzucenie. Bogactwo i biedę. Akceptację i wykluczenie. Nadmiar i brak.

„Mat i świat” Agnieszka Suchowierska, Tomasz Kaczkowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej


Tytułowy Mat przyszedł na świat w sposób typowy dla większości otaczających nas dziś rzeczy, czyli w chińskiej fabryce. Ometkowany, zaklasyfikowany do klasy produktów luksusowych w kontenerowcu rusza w daleką podróż. Znów jak większość przedmiotów wokół nas, nie tylko tych z wyższej półki. Dalsze losy to historia upadku, powolnego spadania coraz niżej i niżej na konsumenckiej drabinie dóbr pożądanych, od luksusowej rezydencji w zamożnej Holandii aż do poziomu wysypiska. Brzmi strasznie, ale wbrew pozorom nie jest to opowieść przygnębiająca, pesymistyczna. Pierwsza warstwa to bowiem po prostu wciągająca historia przygodowa. Ciekawa, angażująca czytelnika, trochę zabawna, trochę poważna. Typowa. Dopiero to, co skrywa się głębiej, podtekst, skłania nas dorosłych do momentami bolesnych przemyśleń i stanowi świetny punkt wyjścia do rozmowy z dziećmi na tematy, których z reguły unikamy. Bo nie dla dzieci, bo sami mamy trochę grzechów konsumpcjonizmu na sumieniu, bo to za trudne i za smutne. Bo po co?

„Mat i świat” Agnieszka Suchowierska, Tomasz Kaczkowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej


W tym przypadku warto zaufać autorce, która potrafiła połączyć optymistyczny mimo wszystko klimat z trafionymi w punkt (z reguły) diagnozami słabości współczesnego świata. Choć wydaje się to niemal niemożliwe, to jednak da się w sposób przystępny, czytelny i atrakcyjny dla małego odbiorcy, bez zbędnego straszenia i grożenia palcem pisać o sprawach tak trudnych jak nierówności społeczne, różnice w zamożności, skrajna bieda, ograniczony dostęp do edukacji, bezmyślny konsumpcjonizm, wręcz niewolnicza praca (także dzieci). Suchowierska z dużym wyczuciem porusza nawet  kwestie tak delikatne jak różnice religijne i kulturowe. Słowem, miś w trakcie swojego życia poznaje współczesną rzeczywistość z całą jej różnorodnością - tą dobrą i tą złą.

„Mat i świat” Agnieszka Suchowierska, Tomasz Kaczkowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej


Ujmuje charakter Mata. To klasyczny miś, trochę gapowaty, niezdarny, naiwny, ale pozytywnie nastawiony wobec świata. Niepoprawny optymista, który po prostu szuka kogoś, kto go pokocha. Nie sposób też obojętnie przejść obok pozostałych postaci. Wszystkie budzą emocje, ciekawią. Do moich faworytów należą szczur Artur i odrobinę egzaltowana bardzo luksusowa suknia wieczorowa.

„Mat i świat” Agnieszka Suchowierska, Tomasz Kaczkowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Niestety, przeszkadzają pewne uproszczenia, które stosuje autorka. Po pierwsze historia byłaby prawdziwsza, bliższa, gdyby opowiadała o zwykłym misiu. Takim ze średniej półki, z normalnego sklepu. Pluszaku, który funkcjonuje w świecie dziecka. Miś luksusowy trochę oddala problem. Podobnie zresztą jak odwołanie się do stereotypu bogatego zachodu, który bezmyślnie konsumuje. To zdejmuje odpowiedzialność z nas, przenosi ją do abstrakcyjnego gdzieś. Problem jednak istnieje wokół nas, tu na naszym podwórku. Dotyczy i zamożnych ludzi kupujących ekskluzywne dobra, i wszystkich Kowalskich kupujących kolejną bluzkę w sieciówce, następną zbędną rzecz. I mnie, i moich dzieci. Wszyscy konsumujemy, czasami bez większej refleksji.


„Mat i świat” Agnieszka Suchowierska, Tomasz Kaczkowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej


Mimo trudnej, niewygodnej tematyki książkę przepełnia optymizm. Mat cieszy się nawet z rzeczy małych, we wszystkim stara się znaleźć dobre strony i wciąż zachwyca się pięknem świata i jego różnorodnością. Zazdroszczę mu tego nastawienia. Też tak chcę. Ale najbardziej wzrusza jego empatia i wrażliwość. To miś, który nikogo nie ocenia, nie liczą się dla niego pieniądze, pochodzenie, wyznanie. Ważne jest uczucie, istotna jest przyjaźń. Podstawowe wartości. Pokazujmy je dzieciom.

W „Macie i świecie” znajdziecie piękny język, wartką akcję, ciekawe ilustracje, staranne wydanie i przede wszystkim emocje, wzruszenie i ważne przesłanie. Nic dziwnego, że książka uzyskała zaszczytny tytuł Książki Roku 2015 Polskiej Sekcji IBBY. Czytajcie, myślcie i rozmawiajcie.


MAT I ŚWIAT
Tekst: Agnieszka Suchowierska
Ilustracje: Tomasz Kaczkowski
Data wydania: 2015
Liczba stron: 64
Oprawa: twarda
Format / forma: midi
Sugerowany wiek: 5+


„Czarna książka”, czyli strach ma wielkie oczy

21 lipca

„Czarna książka”, czyli strach ma wielkie oczy

Była czarna, czarna góra. 
A na tej czarnej, czarnej górze
czarny, czarny las...

Dziś na blogu książka zapowiedź czegoś, co kryje się gdzieś w mroku, historia kreowania atmosfery, opowieść o budowaniu napięcia. W „Czarnej książce” Rita Kaczmarska bawi się z czytelnikiem klasyczną baśniową konwencją, tworzy klimat odzwierciedlający wpisany w ludzkie doświadczenie lęk przed nieznanym. Nic tu nie jest podane wprost, poziom strachu zależy tylko od nas samych, od siły naszej wyobraźni.

„Czarna książka” Rita Kaczmarska Wydawnictwo Dwie Siostry

Każda rozkładówka to kolejna dawka napięcia i krok ku temu, by czający się w mroku strach przegonić. To wędrówka w ciemności, nocna wyprawa, podczas której nawet własny dom wydaje się być pełnym tajemnic zamczyskiem. Jak z romantycznej powieści grozy, jak z opowieści snutej przy ognisku (ach, te obozy). Boimy się przejść do następnej strony, czujemy dyskomfort, racjonalna część naszej osobowości krzyczy STÓJ, ale nurt narracji i zwykła ludzka ciekawość zmuszają nas do tego, by iść dalej. Pogrążamy się coraz bardziej w cień, by dojść do zaskakującego, przewrotnego i zabawnego finału.

„Czarna książka” Rita Kaczmarska Wydawnictwo Dwie Siostry


Brzmi przerażająco? Nie bójcie się. To książka skrojona pod dziecięcą wyobraźnię, którą śmiało można czytać już z trzylatkiem. To przygoda, która choć wydaje się straszna i nieodpowiednia dla maluchów, jest częścią ich codzienności. Dawno temu, gdy moje dzieci zaczynały odkrywać świat, wieczorową porą oswajaliśmy ciemność znanym literackim cytatem czytanym z odpowiednią emfazą. „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Co to będzie, co to będzie?”. Było to, co dzieci chciały zobaczyć. Tylko tyle i aż tyle. 


„Czarna książka” Rita Kaczmarska Wydawnictwo Dwie Siostry

Napięcie budowane jest w dwóch współgrających ze sobą harmonijnie warstwach. Prosty, wykorzystujący powtórzenia tekst nawiązujący do klasycznej dziecięcej wyliczanki stanowi pierwszą z nich. Idealny do czytania na głos, w odpowiedniej modulacji i scenografii (polecam półmrok) swój potencjał odkrywa w zderzeniu z nieszablonowymi ilustracjami dalekimi od zazwyczaj spotykanych w książkach dla dzieci. 

„Czarna książka” Rita Kaczmarska Wydawnictwo Dwie Siostry

Ta nietypowość zaczyna się już na poziomie kolorystyki ograniczonej do głębokiej czerni tła i szarości elementów mrocznej przestrzeni. Przełamuje ją jedynie cień - niejednoznaczny, prowokujący wyobraźnię. Czytelnik czuje się jak na planie horroru, gdzie najbardziej mrozi krew w żyłach samo napięcie i to, czego nie widać. W czerni wszystko wydaje się być bardziej straszne, ciemność to tajemnica, mrok to potencjalne niebezpieczeństwo.

„Czarna książka” Rita Kaczmarska Wydawnictwo Dwie Siostry


Wszystkie elementy przestrzeni pozostały niedookreślone, przy czym zachowana została dziecięca perspektywa. Wielkie drzwi, ogromna dziurka od klucza wypełniają całe kadry, drzewa przytłaczają. Ciemny korytarz, zagracony strych, stara szafa intrygują na tyle, by przełamać lęk i iść dalej. Detale giną w mroku, to czytelnik decyduje, co zobaczy, a przede wszystkim jak zinterpretuje to, co kryje cień. Autorka nie idzie przy tym na skróty, niczego nie ułatwia, traktuje odbiorcę swego dzieła poważnie.

„Czarna książka” Rita Kaczmarska Wydawnictwo Dwie Siostry
Zdaję sobie sprawę, że „Czarna książka” może budzić zdziwienie i ze względu na treść, i formę. Zdarzają się dzieci, które po prostu w pewnym wieku panicznie boją się bać. Znam taki egzemplarz. Pamiętam jednak pewną małą dziewczynkę świadomie wybierającą książki, w których ten lęk mogła oswoić i przetrawić w kontrolowanych warunkach, w bezpiecznym otoczeniu. I taka właśnie jest „Czarna książka”, emocjonująca, pełna tajemnicy pozycja pokazująca, że strach ma wielkie oczy. Nie wprost, ale ufając sile wyobraźni czytelnika. Co więcej, autorce udało się stworzyć rzecz uniwersalną, w której każdy, niezależnie od tego, ile ma lat, może zajrzeć w głąb siebie, zmierzyć się z własnymi lękami i ograniczeniami. I z tym, co czai się w starej szafie.


CZARNA KSIĄZKA
Tekst i ilustracje: Rita Kaczmarska
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Data wydania: 2018
Oprawa: twarda
Liczba stron: 40
Format / forma: kwadratowy artbook
Sugerowany wiek: 3+

„Opowieści straszne i niestraszne”, czyli smoki, rycerze, kosmici, plaże i zwykłe sprawy

12 lipca

„Opowieści straszne i niestraszne”, czyli smoki, rycerze, kosmici, plaże i zwykłe sprawy


Remonty czasami przypominają wykopaliska. Przenosisz tony książek z miejsca na miejsce, przekładasz z kupki na kupkę, aż tu nagle jakiś zapomniany tytuł z tylnego rzędu przyciąga twoją uwagę. Tym razem były to „Opowieści straszne i niestraszne” Cornelii Funke, które towarzyszyły nam w wakacyjne wieczory dobrych kilka lat temu. Miłe wspomnienia, ale powtórnej lekturze towarzyszyło lekkie rozczarowanie. Warto jednak przypomnieć ten zbiór, gdyż w części opowiadań Funke po raz kolejny udowadnia, że zasługuje na tytuł mistrzyni tworzenia fantastycznych światów.

„Opowieści straszne i niestraszne” Cornelia Funke, Egmont,

Zbiór trzydziestu krótkich, mało skomplikowanych opowiadań to kompilacja pięciu oryginalnych tomików, które ukazały się w latach 90. na rynku niemieckim. Z jednej strony to atut. Otrzymujemy książkę, w której dosłownie każdy znajdzie coś dla siebie, niezależnie od preferencji czytelniczych. Twoje dziecko lubi realistyczne opowieści o dziecięcych przyjaźniach i problemach? Proszę bardzo. Twój przedszkolak woli jednak zanurzyć się w świat fantastycznych smoków i walczących z nimi rycerzy? Nie ma sprawy. Potrzebna odrobina kontrolowanego strachu? Przecież już sam tytuł sugeruje, że znajdziecie tam delikatny dreszczyk emocji. Wydawałoby się, że to idealna propozycja wakacyjno-wyjazdowa. Jeden tom (średniej wielkości), mnóstwo zróżnicowanej treści. W sam raz do walizki.

„Opowieści straszne i niestraszne” Cornelia Funke, Egmont,

Niestety, jedna decyzja redakcyjna spowodowała, że książka wydaje się być chaotyczna, nierówna. Teksty wymieszano bowiem ze sobą dość przypadkowo, choć widać próbę ich usystematyzowania poprzez zastosowanie ikonek w dolnej części poszczególnych stron. Cóż, to nie wystarcza, szwy są zbyt toporne.

„Opowieści straszne i niestraszne” Cornelia Funke, Egmont,T

Przede wszystkim teksty znacznie różnią się między sobą poziomem. Najsłabiej (lecz nadal poprawnie i z pewnym urokiem) wypadają realistyczne historie z życia, w tym cykl plażowy. Raczej przewidywalne, wyzyskujące w większości przypadków jeden schemat niczym nie zaskakują, momentami przypominają raczej szkic, na szybko spisany koncept, a nie skończone dzieło. I może dobrze. Funke świetnie wyczuwa, co w duszach młodszych gra, w prostych opowieściach oswaja dziecięce lęki i strachy. Czasami wręcz daje gotowe recepty, z których najważniejsza zawsze jest przyjaźń. To ona sprawia, że można tworzyć dające siłę dziecięce koalicje i to zarówno, by miło spędzić czas na plaży, jak i by dogadać się z nowym ojczymem. Dzięki takiej niemal szkicowej formie przekaz (miejscami w starym stylu lekko dydaktyczny) będzie czytelny nawet dla najmłodszych dzieci.  

* Z recenzenckiego obowiązku nadmienię, że przedstawione scenki mogą budzić konsternację niektórych rodziców, gdyż trochę nie przystają do współczesnych metod wychowawczych (te dzieci pozostawione same sobie, ci nieodpowiedzialni lub nieobecni rodzice).  Szczerze jednak mówiąc, kilka lat temu (i nadal) zupełnie nie przeszkadzało to ani mnie, ani małoletnim odbiorcom.  

„Opowieści straszne i niestraszne” Cornelia Funke, Egmont,

Dużo lepsze wrażenie wywierają kameralne, niemal intymne opowiastki odwołujące się do nie tylko dziecięcej wrażliwości, jak choćby prościutka, ale skutecznie wyciskająca łzy, historia psa oczekującego w schronisku na nowego dwunoga, wzruszające relacje pomiędzy kurą, pisklakami, babcią i wnuczką czy wuj Albert i jego wielka miłość do much. Ciepłe i mądre opowiadanie o przygodzie ze słonicą niestety w moich oczach dyskwalifikuje miejsce akcji. Cyrk ze zwierzętami.

„Opowieści straszne i niestraszne” Cornelia Funke, Egmont,

Najciekawsze, najbardziej zajmujące są fantastyczne historie, w których autorka bestsellerowej „atramentowej” trylogii po raz kolejny udowadnia, że jej wyobraźnia nie ma granic. Czego tu nie ma. Duchy, rycerze, smoki, pożeracze książek, zmiennokształtni nauczyciele i silne dziewczyny, które nie dają sobie w kaszę dmuchać. W przeciwieństwie do przewidywalnych opowiadań realistycznych tutaj autorka w każdym przypadku odchodzi od schematów, przekształca znane wzorce, bawi się stereotypami i tworzy nową rzeczywistość, w której smoki okazują się być znudzone natrętnymi rycerzami, dziewczyny ratują książąt i wcale nie chcą ich ręki. Dominuje lekkość, humor i dowcip, nawet gdy gdzieś w podtekście uważny czytelnik odnajdzie trudne tematy i kłopotliwe emocje. Na przykład grasującą nocną porą lodówkową paskudę. Słowem, jest świetnie, ponadczasowo. Dla tych historyjek naprawdę warto sięgnąć po ten tomik.

„Opowieści straszne i niestraszne” Cornelia Funke, Egmont,


Całość napisana jest klasycznym, prostym językiem, choć w kilku miejscach pojawiają się drobne zgrzyty, niezręczności stylistyczne. Przykładowo trochę śmieszy, gdy język stylizowanych na dawne legendy historii przenika do na wskroś współczesnego cyklu plażowego i mała dziewczynka musi się przeciskać przez ciżbę wylegującą się na piasku.

„Opowieści straszne i niestraszne” Cornelia Funke, Egmont,

Całość wzbogacają ilustracje autorki - klasyczne, dość zachowawcze, ale pełne retro uroku. Duży plus to również staranne, eleganckie wydanie, w tym gruba, twarda oprawa ze stylowym płóciennym grzbietem, mięsisty, gruby papier. Początkujący samodzielni czytelnicy docenią także dość sporą czcionkę i przyzwoite marginesy i interlinie. 
„Opowieści straszne i niestraszne” Cornelia Funke, Egmont,


Dwuznaczny tytuł „Opowieści straszne i niestraszne” dobrze oddaje charakter książki, która strach próbuje oswoić, grozę rozbroić, złe emocje uspokoić. Nie do końca sprawdziło się jedynie wymieszanie historii wyzyskujących różne konwencje literackie w jednym tomie, ale ma to również dobre strony. Opowiadania ze świata rycerzy, smoków i innych stworów i potworów polecam bez żadnych wątpliwości. Wśród tych bardziej realistycznych znajdziecie i takie, które zapadają w pamięć na długo, i takie, których po przeczytaniu raczej się nie będziecie dłużej pamiętać. Cóż, taka już chyba natura zbiorów opowiadań.

Wszystkie opowieści bez wyjątku dobrze się sprawdzą podczas wspólnego czytania z dziećmi. Krótko, konkretnie, na temat, w sam raz.


OPOWIEŚCI STRASZNE I NIESTRASZNE
Tekst i ilustracje: Cornelia Funke
Tłumaczenie: Izabella Korsak
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 2008
Liczba stron: 200
Oprawa: twarda
Format/forma: dość grube midi
Sugerowany wiek: 5+



„Pasztety, do boju”, czyli rowerami w dorosłość

26 czerwca

„Pasztety, do boju”, czyli rowerami w dorosłość



Książkę oceniłam już po okładce. Energetycznej okładce, z której aż bije wyzwanie. Jej twórczyni, Małgorzacie Herbie, udało się w jednym obrazie w punkt oddać klimat opowieści. Trzy kanciaste dziewczyny na rowerach w pozycji startowej i ten tytuł „Pasztety, do boju” prowokują, intrygują i ciekawią. Dalej jest jeszcze lepiej. Clémentine Beauvais ze swadą próbuje udowodnić, że nawet z największego upokorzenia można się podnieść. Nie bez strat, nie w łatwy sposób, ale można.


„Pasztety, do boju” Clémentine Beauvais, Dwie Siostry





Historię nieco dziwnej z początku przyjaźni pomiędzy trzema nastolatkami poznajemy z perspektywy jednej z nich. O przygodzie, której nie byłoby, gdyby nie wygrana w facebookowym konkursie na najbrzydszą dziewczynę w szkole, opowiada Mireille, nieformalna przywódczyni grupy pasztetów, trochę cyniczna, zawsze wyszczekana, z natury dominująca i jednocześnie zdystansowana do problemu bądź ten dystans doskonale udająca. Przyznam, że często po prostu irytująca. Przy tym jednak przenikliwa, niezwykle inteligentna i błyskotliwa. Urodzona liderka i nieocenione wsparcie dla koleżanek, które po raz pierwszy muszą zmierzyć się z psychologicznymi skutkami tego specyficznego zwycięstwa.
Towarzyszą jej: szukająca pocieszenia w muzyce ulubionej kapeli Astrid i wycofana, nieśmiała, najmłodsza Hakima. Trzy skrajnie różne osobowości, które początkowo łączy jedno - odrzucenie, naznaczenie etykietką tej, która nie pasuje do właśnie obowiązującego wzorca i co gorsza (zdaniem niektórych) nie próbuje tego zmienić.
Książka dotyka nie tylko tematyki związanej z cielesnością, samoakceptacją własnego ciała. Autorka w naturalny sposób uwzględnia w fabule większość problemów, z którymi pośrednio bądź bezpośrednio stykają się współczesne nastolatki, nie tylko w dalekiej Francji. Znajdziemy tu rasizm (Hakima pochodzi z muzułmańskiej społeczności), wykluczenie, samotne macierzyństwo i trudne relacje w rodzinach patchworkowych lub niepełnych, niepełnosprawność (towarzyszący dziewczynom w wyprawie brat Hakimy), zdradę, stratę przyjaciela, porzucenie, poświęcenie kariery dla rodziny, młodzieńcze zauroczenie, przemoc szkolną, a nawet pierwszą menstruację. Jak inicjacja, to na całego!  Gdzieś w tle pojawia się cień wojny, jej wpływ na psychikę żołnierzy i na zwykłe uczucia między zwykłymi ludźmi. Dużo trudnych spraw, ale dawkowanych w taki sposób, że w żadnym momencie nie miałam poczucia przesytu, przytłoczenia.
Przede wszystkim jednak uwaga skupiona została na otoczeniu, które niezależnie od tego, czy coś akceptuje, czy nie, zawsze ocenia. W dodatku dziś dysponuje narzędziami zwielokrotniającymi siłę rażenia każdej opinii. Te lajki, łapki w górę bądź w dół, komentarze, ta moc mediów społecznościowych (choć pojawia się ku mojemu zdziwieniu również prasa tradycyjna), ten sztucznie wykreowany świat, w którym muszą nauczyć się poruszać współczesne nastolatki. Uderza kontrast pomiędzy życzliwością, z którą spotykają się w trakcie swej podróży w realnym świecie, a ostrymi, nieprzychylnymi reakcjami w wirtualu.
Bałam się naiwności fabuły, banalnego przekazu, że chcieć to móc lub stereotypowego wykorzystania baśniowego archetypu Kopciuszka. Brzydkie kaczątka nie zmieniają się ot tak w piękne łabędzice. Autorka sprawnie unika oczywistości i uproszczeń. Kreuje prawdziwy świat, taki, w którym funkcjonujemy na co dzień. Owszem, bohaterki trafiają na bal, owszem, zostają pięknie ubrane, przy czym czasownik zostają jest tu kluczowy. Rowerowa wyprawa do Paryża na imprezę z okazji święta narodowego Francji z udziałem prezydenckiej pary również nie ma na celu przeobrażenia dziewczyn w zwiewne lilije, nie chodzi tu o schudnięcie, stanie się fit. Każda z dziewczyn ma inne sprawy do załatwienia, inny problem do rozwiązania, a wyrobione łydki to tylko efekt uboczny.



„Pasztety, do boju” to także brawurowa inicjacyjna powieść drogi. Dziewczyny wyruszają w świat, by poznać siebie, zawalczyć o swoją podmiotowość, zbudować poczucie własnej wartości, słowem - by dojrzeć. Warto podkreślić, że nie chcą przy tym nikomu nic udowadniać, naginać siebie do oczekiwań otoczenia. Po prostu pedałują przed siebie, a to ludzie próbują zrozumieć, w jakim celu, szukają drugiego dna, chcą wtłoczyć je w zrozumiałe w popkulturowej rzeczywistości ramy.
Beauvais dobrze pokazuje siłę słowa. Tego, które rani i tego, któremu samodzielnie możemy zmienić nacechowanie emocjonalne. Główna bohaterka próbuje odczarować obraźliwy epitet, którym dziewczyny zostały naznaczone, odebrać mu jego krzywdzący potencjał. Sama zresztą o tym mówi:


Nie rozumiem, czemu z takim uporem eksponujecie to przezwisko! – oburza się mama. – Pasztety! Straszne słowo. – Stanie się piękne, zobaczysz. A w najgorszym razie zyska moc. 
(Rubryka „Zyciowe triki i sztuczki” cioci Mireille: chwytaj obelgi, które ci rzucają, i rób sobie z nich kapelusze.) 

Tę próbę możemy uznać za udaną, choć w innych przypadkach zaklinanie rzeczywistości przez Mireille nie działa tak sprawnie. Cóż wtedy robi nasza bohaterka? Nakłada maskę i zgodnie z oczekiwaniami otoczenia zmienia narrację. I muszę przyznać, że jest w tym mistrzynią.
Ujmuje przewrotność opowieści, do bólu szczerej, zabawnej, pełnej ciętego dowcipu, żywych, naturalnych dialogów i wyrazistych postaci. Te buzujące hormony po prostu się czuje w każdym zdaniu, w każdej reakcji bohaterów, w doskonale oddanym nastoletnim spojrzeniu na świat.
Przede wszystkim jednak - wbrew temu co napisałam w pierwszym akapicie - historia ta po raz kolejny pokazuje, że nie można oceniać człowieka po jego wyglądzie. Tak jak i książki po okładce. Każdemu trzeba dać szansę. Niby truizm, ale wart przypomnienia, szczególnie w tej pozbawionej drętwego moralizatorstwa formie.
Wielki plus za ścieżkę dźwiękową. Świat nastolatków najlepiej przybliża słuchana przez nich muzyka. A jeszcze większy plus za mimowolne skojarzenie z inną rowerową i oczywiście francuską historią. Koniecznie muszę odświeżyć fenomenalne „Trio z Bellville”.


PASZTETY DO BOJU
Tekst: Clémentine Beauvais
Ilustracje (okładka i strona tytułowa): Małgorzata Herba
Tłumaczenie: Bożena Sęk
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Data wydania: 2017
Format/forma: klasyczna książka do czytania
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 276
Sugerowany wiek: 13+

„Łauma”, czyli horror w Łojmach

06 czerwca

„Łauma”, czyli horror w Łojmach

Czasami, by zdjąć jakąś pozycję z półki, potrzebuję pretekstu. Gdy jestem przekonana, że o czymś napisano już wszystko i sama nie wiem, cóż jeszcze mogłabym dodać od siebie, pretekst musi być naprawdę dobry. I tak stało się tym razem. Do Łodzi w ramach festiwalu Teatralna Karuzela zawitał wałbrzyski teatr im. Szaniawskiego ze świetną adaptacją „Łaumy”, komiksu autorstwa KaeRela, czyli Karola Kalinowskiego.

„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu

Komiks roku 2009 zdaniem Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego, Najlepszy Polski Album Komiksowy na łódzkim Festiwalu Komiksu i Gier, pozycja, której kolejne wydania błyskawicznie znikały z księgarnianych półek. Rzecz, o której się słyszało i mówiło, święty Graal, który tak bardzo chciało się mieć, ale budżet nie był w stanie sprostać zawrotnym cenom na wtórnym rynku. W końcu i w moje ręce kilka lat temu trafił ten niepozorny tomik (wydanie drugie). Czy sprostał rozbudzonym oczekiwaniom? Jak najbardziej tak. „Łauma” ma wszystko to, co lubię. Nie tylko w komiksie, ale i w literaturze i filmie. „Łauma” garściami czerpie inspiracje właśnie z tego kulturowego tygla, który ukształtował i mój sposób odbioru sztuki.

„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu

Klimat opowieści zwiastują już rozpoczynające ją słowa narratorki, małej dziewczynki, która wraz z rodziną w wyniku różnych zbiegów okoliczności trafia do małej wioski na Suwalszczyźnie. Wsi, z której pochodzi jej tata, który pewnego mroźnego dnia stał się mordercą. Czy może być jeszcze gorzej? Owszem, może. Babcia może popełnić samobójstwo, dzieci mogą ginąć w niewyjaśnionych okolicznościach, po okolicznych lasach mogą grasować prastare, czasami mało przyjazne bóstwa. I jak to w baśniach bywa Dorotka musi wziąć sprawy w swoje ręce i przeciwstawić się złu. Jest mrocznie, jest zagadkowo. Autor stworzył świat, w którym odnajdziemy atmosferę znaną z książek Neila Gaimana czy filmów Davida Lyncha. Dużą dawkę grozy, tajemnicy podaną wbrew pozorom lekko i z humorem. Nie sposób się przecież nie uśmiechnąć na myśl o domowym skrzacie podrygującym w rytm piosenek pewnego pana.

„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu


Siłą tej prostej pod względem fabularnym historii jest bez wątpienia wykorzystanie lokalnych wierzeń, nieco egzotycznego nawet dla mieszkańców innych rejonów polski folkloru Suwalszczyzny, który nawiązuje raczej do legend i mitologii ludów bałtyckich (tu wprost pojawiają się Jaćwingowie) niż do oswojonego kodu kulturowego słowiańszczyzny. W Łojmach ludowe magiczne postrzeganie rzeczywistości współegzystuje z współczesnością. To wciąż żywy, choć powoli zapominany świat szeptuch, prastarych bożków, w którym właśnie naruszony został odwieczny pakt pomiędzy dwiema rzeczywistościami. Po prostu ludzie w nosie mają dawną sferę sacrum, żyją inaczej, obok, a nie jak niegdyś razem. A to się mści.

„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu


„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu


„Łauma” to także doskonali, wyraziści bohaterowie i to nie tylko ci z natury inni, pochodzący z fantastycznego świata. Zróżnicowany pod względem charakterologicznym panteon bóstw tworzą między innymi pocieszny Ajtwar (w przedstawieniu bardziej cyniczny, sarkastyczny), dystyngowany snopek siana, czyli bóg urodzaju Kurke, przerażający Perkun, demoniczna i jednocześnie zagubiona Łauma. Równie barwne postaci zamieszkują sielską z pozoru wieś, choćby swojski, jowialny sąsiad Leszek, złota rączka, proboszcz łasy na datki, lokalny policjant posługujący się miejscową gwarą. Nawet gdy pojawiają się na chwilę, wzbogacają opowieść, nadają jej charakter. Niejeden dorosły odbiorca odnajdzie swoje odbicie w rodzicach dziewczynki, trochę przypadkowych uciekinierach z wielkiego świata korporacji. Nie można przy tym zapomnieć o samej Dorotce, małym detektywie, która jak baśniowy głupi Jasio wie, że z silniejszym można wygrać jedynie podstępem.

„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu


Prosta, kreskówkowa, bardzo oszczędna kreska doskonale się sprawdza i to zarówno w przypadku kadrów z założenia ciepłych, jak i tych, które mają budzić strach. Umiejętne cieniowania dają dobry efekt. Kalinowskiemu udało się wykreować zabawne, przypominające nieco Muminki, postaci i sugestywnie przekazać ich emocje. Warto też zwrócić uwagę na drugi plan poszczególnych scen. Niby prawie nie ma szczegółów, zbędnego tła, rysunki operują raczej uogólnieniem, kadry często zapełniają wyłącznie same postaci, a jednak. Te drobiazgi, jak choćby klasyczny kredens, makatka wisząca gdzieś w kuchni, pleciony dywanik na podłodze w babcinym domu czy sugestywny plakat w warszawskim pokoju Dorotki i słomiana mata w jej sypialni w Łojmach, fotosy pań w negliżu w ciężarówce, te wszystkie drobne smaczki uwiarygodniają historię, wprowadzają do niej życie.

„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu


Teatralna wersja historii („Łauma, czyli czarownica”) w reżyserii Magdaleny Miklasz to dość wierna adaptacja komiksu, choć trochę inaczej rozłożono tu niektóre akcenty. Przede wszystkim Dorotka komiksowa to małe dziecko z czerwoną kokardą w grochy. W przedstawieniu mamy do czynienia z nastolatką, Dorotą, która od bycia malusią Dorotką stanowczo się odżegnuje. Przyznam szczerze, że zmiana ta nie wpływa jakoś znacząco na fabułę, to nasze postrzeganie bohaterki ulega przeobrażeniu. Mniej lub bardziej świadomie dopisujemy do historii całe tło związane ze światem nastolatków, czekamy na bunt, przekorę. Nic z tego. Dorota traktuje ojca raczej ciepło, choć pobłażliwie. Mimo że wyraźnie definiuje się jako nastolatka nadal pozostaje dzieckiem. To nastolatka in spe. Dużo większy wpływ na bieg wydarzeń ma inna niż w oryginale sytuacja rodzinna państwa Santorów. To ona otwiera nowe pola interpretacyjne i zmienia wydźwięk decyzji ojca o pozostawieniu miasta i osiedleniu się na wsi.

Dodatkowo adaptacja uwypukla dorosłość pewnych wątków, aluzji, momentami zbędnych i zbyt zagmatwanych z punktu widzenia małego widza. W komiksie puszczanie oka do dojrzałego czytelnika wydaje się być znacznie subtelniejsze, bardziej na miejscu. I choć twórcy rekomendują przedstawienie dla odbiorcy powyżej 8. roku życia, granica ta moim zdaniem powinna być trochę podniesiona w górę. Tak do co najmniej 10 lat. Moje nastoletnie dzieci i siedzący tuż obok mniej więcej ich rówieśnicy bawili się setnie. Tak jak i ja. Oczarowana scenografią, ubawiona inteligentnym humorem, zachwycona świetną grą aktorską, próbująca z wielką satysfakcją odczytać przemycone kulturowe nawiązania (w Twin Peaks zamieszkała reinkarnacja Chrisa z Przystanku Alaska i postanowiła pokonać Bukę). Niektóre maluchy wyglądały jednak na trochę przytłoczone i mrokiem, i treścią. Nie oznacza to, że nie znajdą się młodsze dzieci, które świetnie odnajdą się w tej konwencji rodem z thrillera.

Jedyny minus to piosenki. Niepotrzebne, mało zrozumiałe, niezbyt pasujące do klimatu opowieści. Oprawa dźwiękowa zasugerowana w komiksie, świetne podkłady w postaci muzyki country w zupełności by wystarczyły (plus soundtrack z „Miasteczka Twin Peaks”, który był strzałem w dziesiątkę i wzmocnił Lynchowski  klimat). Czasami mniej znaczy więcej, ale to tylko drobna rysa na świetnym dziele.

Zobaczcie zresztą sami. Magia, czary i mądrość.


„Łauma”, Karol Kalinowski KaeRel, Kultura Gniewu

Wróćmy jednak do pierwowzoru. KaeRel serwuje czytelnikom znakomity miszmasz dramatu, horroru, romansu  i komedii i to zaledwie na osiemdziesięciu stronach. Dodatkowo jako bystry obserwator otoczenia doprawia całość całkiem trafnymi wątkami obyczajowymi. W ciekawy sposób przetwarza popkulturowe klisze, miksuje je ze światem tradycyjnych legend i ludowej obyczajowości. Nie mogę jednak napisać, że to pozycja dla odbiorców w każdym wieku. Główna bohaterki z wielką kokardą, baśniowy sztafaż, prosta, linearna fabuła kuszą, by wręczyć komiks już młodszym dzieciakom. Mroczny klimat, niektóre dość drastyczne wydarzenia i pojawiająca się w tle mocna satyra, celne punktowanie niektórych elementów naszej (dorosłej) współczesności powodują, że w pełni docenią ten komiks trochę starsi czytelnicy, co najmniej dziesięcioletni i dorośli. Tacy, którzy jeszcze pamiętają dziecięce lęki i tacy, którzy chcą po prostu jeszcze raz poczuć się dziećmi, spojrzeć na świat jak kiedyś, przed laty. 

Wielki dodatkowy plus za pokazanie biblioteki jako inspirującego miejsca, w którym można znaleźć odpowiedź na każde pytanie!

Pisałam niedawno na blogu o znakomitym wydaniu „Ballad i romansów” Adama Mickiewicza z komentarzami Emilii Kiereś (recenzję znajdziesz TU). „Łauma” to ich godna spadkobierczyni. Współczesna wersja romantycznych ballad w komiksowej wersji. Rozkoszujcie się.

A jeśli chcecie rozkochać w komiksach łączących współczesny świat z dawnymi legendami najmłodsze dzieci, które do „Łaumy” muszą jeszcze dorosnąć, sięgnijcie do serii o Hildzie Luke'a Pearsona. Recenzję znajdziecie o TU.

ŁAUMA
Tekst i scenariusz: KaeRel (Karol Kalinowski)
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Data wydania: wydanie drugie, 2014, dostępne są nowsze wydania
Liczba stron: 80
Oprawa: twarda lakierowana
Format/forma: komiksowe mini
Sugerowany wiek: 10+, dla każdego


Copyright © 2017 Mamobab czyta