„Jestem Aki”, czyli życie to ciągłe spotkania

19 września

„Jestem Aki”, czyli życie to ciągłe spotkania


„Jestem Aki” Doroty Kassjanowicz to typowa powieść drogi, inicjacyjna historia o odkrywaniu świata i budowaniu własnego ja, opis wędrówki, podczas której bohater dojrzewa, odkrywa własną tożsamość i przeznaczenie. Nietypowa w tym przypadku jest jedynie główna postać, tytułowy Aki, czyli młody owad, nieokreślony jeszcze, nie wiadomo jaki. Potencjalnie taki albo taki. Albo jeszcze taki. Wypisz wymaluj nastolatek.

„Jestem Aki” Dorota Kassjanowicz, Patryk Hardziej, Tashka

Pewnego dnia rodzice Akiego oświadczają, że zgodnie ze starym zwyczajem owadziątko musi opuścić rodzinny dom i wyruszyć w drogę. Na spotkanie. Jakie? Nie wiadomo. Po prostu trzeba iść, by dotrzeć tam, a nie gdzieś indziej. Na tym polega życie.

I jak to w życiu wędrowanie wcale nie zawsze jest łatwe. Autorka dotyka tematów trudnych, zmuszających do refleksji, zatrzymania się, czasami do spojrzenia w głąb siebie, zmierzenia się z własnymi lękami, ograniczeniami, słabościami i wadami. Na pewnym poziomie tekst ten można zinterpretować jako traktat o względności naszego postrzegania rzeczywistości. Oprócz spraw ogólnych, filozoficznych rozważań o sensie życia, naszym miejscu w świecie, zaprezentowano tu całą galerię charakterystycznych typów reprezentujących różne ludzkie ułomności. Między innymi pychę i nieśmiałość, życie w zgodzie ze sobą i bezmyślne spełnianie oczekiwań innych, uleganie presji otoczenia. 

„Jestem Aki” Dorota Kassjanowicz, Patryk Hardziej, Tashka

W krzywym zwierciadle pokazano również współczesne media. Oj dostało się tabloidom, portalom plotkarskim i całkiem poważnym gazetom. Kreowanie faktów, pisanie o niczym, artykuły takie, jak ten o słynnej Elizie Oblizajek, która we własnej osobie wyszła, a potem poszła. Warto pokazywać dzieciom względność opinii, jej iluzoryczność, uczyć odróżniać fakty od domysłów, prawdziwe życie od medialnej kreacji. Ta opowieść subtelnie uzmysławia, jak ważne jest zadawanie pytań, krytyczne spojrzenie na rzeczywistość. 

„Jestem Aki” Dorota Kassjanowicz, Patryk Hardziej, Tashka

W niezwykle zabawny sposób autorka oddała także niekonwencjonalny sposób widzenia świata bohatera. Jeszcze dziecka, prawie dorosłego. Uwielbiam receptę Akiego na niezaczynanie się następnego dnia. Bardzo prostą. Wystarczy przecież próbować nie zasnąć. Takich smaczków znajdziecie na każdej stronie mnóstwo.

Rozczulają również nieco naiwne, ale w stu procentach wiarygodne odkrycia Akiego. „Nie miałem pojęcia, że takie słowa siedzą w mojej głowie - pomyślał Aki. - Jeślibym z nikim o niczym nie rozmawiał, tobym się pewnie o tym nigdy nie dowiedział. A gdybym nigdy niczego się nie przestraszył, tobym niczego dobrego o baniu się nie wiedział.” Czyż na tym właśnie nie polega prawdziwe życie, na spotkaniach z innymi ludźmi, na interakcjach, relacjach, które pozwalają nam poznać nie tylko świat, ale przede wszystkim siebie.  

„Jestem Aki” Dorota Kassjanowicz, Patryk Hardziej, Tashka

Proste metafory, czasami wręcz oczywiste symbole dzięki plastycznej, pięknej polszczyźnie i niekonwencjonalnym podejściu do leksyki nie nudzą, dzieci (i nie tylko) łatwo odnajdą się w tym owadzim świecie i bez problemu przełożą go na własne doświadczenia. Humor, zabawa słowem, wyzyskiwanie dosłowności i wieloznaczności urozmaicają lekturę, nadają tekstowi lekkości, choć przyznam, że momentami trochę zabrakło dynamiki, zwykłego dziania się.


„Jestem Aki” Dorota Kassjanowicz, Patryk Hardziej, Tashka



Ciekawie prezentują się ilustracje autorstwa Patryka Hardzieja. Trochę odrealnione, utrzymane w pięknej, jesiennej kolorystyce dobrze oddają leśną atmosferę i pasują do filozoficznego charakteru książki. Choć czasem zaskakują konkretem. Człowiecza noga robi wrażenie. Z drugiej strony okładkowy portret Akiego trochę nas zwiódł. Internet, malutkie zdjęcie i interpretacyjna pomyłka. Byliśmy przekonani, że główny bohater jest robotem.


„Jestem Aki” Dorota Kassjanowicz, Patryk Hardziej, Tashka


Dojrzalszy odbiorca dostrzeże w tej pozycji jeszcze jedno ważne przesłanie skierowane raczej do dorosłych, do rodziców. W życiu każdego Akiego pojawia się moment, gdy musi wyruszyć w świat, odbyć własne spotkania. To jedyny sposób, by dojrzeć. Wymaga to odwagi nie tylko od niego, ale i od tych, którzy wcale nie chcą go puścić, od opiekunów. A tu trzeba się pogodzić z dorastaniem potomka i po prostu pozwolić mu pójść własną ścieżką. To nic, że las jest straszny, poradzi sobie. Szanowni Państwo, bierzmy przykład z mamy i taty Akiego.

„Jestem Aki” to na podstawowym poziomie po prostu opowieść o przygodzie. Taka, jakich wiele. Trochę przegadana, mało dynamiczna, ale mająca swój urok, piękna językowo. Tekst jednak skrywa znacznie więcej i wcale nie trzeba przekopywać się mozolnie przez piętrowe metafory, złożoną symbolikę. Wszystko znajdziemy niemal na wierzchu, podane na tacy. Czasami jednak miałam wrażenie, że aż za gęsto tu od rzucanych niekiedy od niechcenia życiowych prawd. Niestety, młodsze dzieci mogą poczuć się nieco przytłoczone, zagubione. By odkryć wszystkie smaczki, trzeba trochę życiowego doświadczenia raczej niedostępnego dla przedszkolaka, dlatego książkę rekomenduję czytelnikom co najmniej sześcio-, siedmioletnim, choć i w ich przypadku jedna lektura nie wystarczy. To bowiem pozycja do czytania wielokrotnego, do odkrywania. Historia, która rozrasta się wraz z odbiorcą. Tak jak każdy traktat filozoficzny, także ten dla dzieci.

JESTEM AKI
Tekst: Dorota Kassjanowicz
Ilustracje: Patryk Hardziej
Wydawnictwo: Tashka
Data wydania:
Liczba stron: 104
Oprawa: twarda
Format/forma: klasyczne A4
Sugerowany wiek: 6+




„Mam na imię Jazz”, czyli o trudnych sprawach w prosty sposób

10 września

„Mam na imię Jazz”, czyli o trudnych sprawach w prosty sposób



Trudny, niewygodny temat. Temat nieobecny w literaturze dziecięcej, temat, który niektórych uwiera, powoduje dyskomfort. Nie rozumiem dlaczego. Wiem jednak jedno. Transpłciowość istnieje i nie zniknie. Książka „Mam na imię Jazz” (tekst Jessica Herhel, Jazz Jennings), prawdziwa historia Jazz Jennings, dziewczynki, która urodziła się w chłopięcym ciele, może pomóc oswoić lęki związane z dysforią płciową. I tym, którzy udają, że to jakaś fanaberia, wymysł, i tym, którzy się z tym problemem mierzą (choć to nie sama transpłciowość stanowi problem, ale stosunek otoczenia do niej). Cieszę się, że opowieść o Jazz ukazała się na naszym rynku, że jest. Jednocześnie jednak czuję duży niedosyt, bo mogła być lepsza.
„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna


Zacznijmy jednak od pozytywów. Pierwszoosobowa narracja pozwala czytelnikowi łatwo zidentyfikować się z bohaterką, w przypadku takiej konstrukcji trudno zanegować nam jej odczucia, jej sposób postrzegania świata. Krok po kroku poznajemy uczucia małego dziecka, które powoli dostrzega, że w jakiś sposób różni się od rówieśników. Choć może słowo różni się nie jest tu odpowiednie. Wręcz przeciwnie Jazz dokładnie tak jak większość dzieci w jej otoczeniu ma swoje marzenia, pasje, zainteresowania. Normalnie. Jak każdy. Coś lubi, czegoś nie. To świat wokół niej próbuje wpasować ją do kategorii, do której Jazz po prostu nie pasuje, nie czuje jej, wie, że do niej nie należy. Sama mówi, że "udawanie, że jestem chłopcem, było jak kłamanie". A kłamać przecież nie wolno.
„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna


Zwraca również uwagę podkreślenie roli rodziny. Przedstawieni w tekście rodzice i rodzeństwo dają Jazz niesamowite wsparcie i bezwarunkowo ją akceptują. Może początkowo ignorują pierwsze sygnały, czują się zdezorientowani, ale po otrzymaniu oficjalnego potwierdzenia ze strony specjalisty uznają, że mają córkę. Tak po prostu, normalnie. To cieszy. Podobnie pokazano reakcję otoczenia. Owszem zasygnalizowano, że pojawia się zdziwienie, szepty za plecami, niekiedy wrogość i wcale nie mniej bolesne ignorowanie, ale wystarczy, że koledzy i koleżanki bliżej poznają Jazz, by została ona uznana za jedną z najmilszych dziewczyn w szkole. Trochę nie wierzę w ten pełen optymizmu i wiary w ludzi obraz, ale uznaję, że to uproszczenie konieczne, by podkreślić pozytywny przekaz historii. Chciałabym, by tak było. Najlepiej zawsze.
„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna

Gdy szukałam informacji o głównej bohaterce w sieci, zwróciłam uwagę na pojawiające się głosy negatywnie oceniające postawę rodziców Jazz, zarzucające im wykorzystywanie transpłciowości córki, budowanie na tym jej kariery medialnej i biznesowej. Ja, jak pewnie wielu innych czytelników, historię dziewczynki poznałam dopiero teraz, dzięki tej książce, nie potrafię więc odnieść się do tych opinii. Czy są one istotne z punktu widzenia przekazu zawartego w tej pozycji? Nie sądzę. Czy wpływają na odbiór historii? Raczej wątpię.

„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna

Większe trudności mam z zaakceptowaniem świata, w którym funkcjonuje Jazz. To rzeczywistość z ostrym podziałem na to, co przypisane dziewczynkom, i to, co przystoi chłopcom. Owszem Jazz (i nie tylko ona) ma prawo być najbardziej różowa, cukierkowa, może marzyć o byciu w przyszłości najpiękniejszą z kobiet. Na tym polega wolność, na wybraniu własnej ścieżki. Zabrakło jednak przeciwwagi w tle, cudzysłów przy przymiotniku dziewczyński i piłka nożna to trochę za mało. Dodatkowo razi niefortunne sformułowanie mózg dziewczynki.
„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna

Dodatkowo stereotypy związane z rolami płciowymi wzmocnione są przez warstwę graficzną, która stanowi chyba najsłabszy punkt tej pozycji. Choćby rozkładówka, na której po jednej stronie przedstawiono braci grających w piłkę, a po drugiej siostrę czeszącą włosy na tle toaletki pełnej kosmetyków.  Ilustracje autorstwa Shelagh McNichols są niby poprawne, ale razi ich dosłowność, zachowawczość. Wszyscy są śliczni, uśmiechnięci (poza Jazz w kilku momentach), z jednego katalogu. Zabrakło naturalności i po prostu życia.

„Mam na imię Jazz” Jessica Herhel, Jazz Jennings, Shelagh McNichols, Wydawnictwo Krytyka Polityczna


„Mam na imię Jazz” nie jest książką idealną, wypełnia jednak ważną lukę na rynku. Autorkom udało się w jasny, czytelny i dostosowany do percepcji młodszych dzieci sposób pokazać trudny, potencjalnie dość kontrowersyjny temat. To ciepła, bardzo pozytywna opowieść, którą spokojnie możecie czytać już z przedszkolakami (4+). Mam nadzieję, że historia Jazz nie trafi wyłącznie na półkę z książkami terapeutycznymi, choć i taką funkcję może pełnić. Tak normalne przedstawienie inności pozwala ją oswoić i w efekcie traktować po prostu... normalnie. Bez negatywnych emocji, z empatią, z akceptacją. Przydałaby się jeszcze dwie wersje historii Jazz. Trochę poważniejsza, dla dzieciaków z pierwszych klas szkoły podstawowej i  nastolatkowa, najlepiej komiksowa. 


Za egzemplarz książki dziękuję


MAM NA IMIĘ JAZZ
Tekst: Jessica Herthel, Jazz Jennings
Ilustracje: Shelagh McNichols
Tłumaczenie: Anton Ambroziak
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Data wydania: 2019
Liczba stron: 28
Oprawa: twarda
Format/forma: kwadratowe midi
Sugerowany wiek: 4+


„Poczet Psujów polskich”, czyli historia technologicznych wpadek pewnej rodziny (linia męska)

05 września

„Poczet Psujów polskich”, czyli historia technologicznych wpadek pewnej rodziny (linia męska)


Historia rozwoju myśli technologicznej w wersji dla młodszych? Atrakcyjna, podana z humorem, przewrotna? „Poczet psujów polskich” Pawła Beręsowicza udowadnia, że każdy temat można przedstawić w oryginalny, nieoczywisty sposób. Jeśli myślicie, że w literaturze dziecięcej wszystko już było, że kolejne pojawiające się pozycje to po prostu wariacje na dawno już wyczerpane tematy, poznajcie przedstawicieli kilku pokoleń pewnej dość specyficznej dynastii.

„Poczet psujów polskich” Paweł Beręsewicz, Nikola Kucharska, Wydawnictwo Literatura



Historia lubi się powtarzać. Zmienia się otoczenie, obyczaje i zwyczaje, przeobraża świat wokół. Jedno jest stałe i pewne. Każdy członek rodu (w linii męskiej), którego historię poznajemy w książce, musi zaliczyć spektakularną wpadkę. I to nie byle jaką, lecz technologiczną. To jak rytuał przejścia, pokrętna wersja inicjacji, która za każdym razem musi zostać podsumowana jakąś odmianą odwiecznej rodzicielskiej mantry Co z tego dziecka wyrośnie. Ja w jego wieku... Nie pamiętał wół, jak cielęciem był. I tak w każdym pokoleniu. 

„Poczet psujów polskich” Paweł Beręsewicz, Nikola Kucharska, Wydawnictwo Literatura


Każdy rozdział to jedna anegdotyczna opowiastka i jedna sylwetka psuja. Jako pierwszego poznajemy Maćka, urodzonego w 2007 roku, który wsławił się utopieniem telefonu w krupniku. Następnie wędrujemy poprzez epoki - od taty Maćka (pokolenie 40+), pomysłodawcę  dość dziwacznego sposobu pokolorowania telewizyjnej transmisji meczu, aż do drugiej połowy XIX wieku, do wpadki prapraprapradziadka Karola, który obwieścił światu, że hrabina je dzieci. Na ostatnich stronach niespodziewanie trafiamy do przyszłości. Po co? Dlaczego? To już musicie sprawdzić sami.
„Poczet psujów polskich” Paweł Beręsewicz, Nikola Kucharska, Wydawnictwo Literatura


Autor we wszystkich opowieściach stosuje jednolitą konstrukcję, co uatrakcyjnia i porządkuje treść.
Dodajmy do tego piękną polszczyznę, lekkość języka, humorystyczne wstawki i trafne obserwacje obyczajowo-społeczne i otrzymujemy przepis na atrakcyjną, mądrą i wciągającą opowieść dla młodszych, która mimochodem, gdzieś w tle przekazuje również ogrom wiedzy historycznej. Nie tej podręcznikowej, nie tej wymaganej w szkole, pełnej dat i nazwisk, ale tej pozwalającej zrozumieć przeobrażenia świata wokół nas w ciągu ostatnich dwustu lat.

„Poczet psujów polskich” Paweł Beręsewicz, Nikola Kucharska, Wydawnictwo Literatura

To wcale nie jest łatwe. Trudno bowiem sobie wyobrazić codzienność bez rzeczy dla nas oczywistych. Ja jeszcze dorastałam w świecie bez Internetu, moje dzieci już nie. Do dziś pamiętam pełną powątpiewania minę córki, gdy pierwszy raz zobaczyła klasyczny telefon, z tarczą do wykręcania, ze słuchawką na pokręconym kablu. Obiekt marzeń wielu dzieci z mojego pokolenia pokazywałam współczesnej dziewczynce jak zabytek. I to w prawdziwym skansenie. Z mojego punktu widzenia wręcz niemożliwe wydaje się być funkcjonowanie bez elektryczności. Nie da się i już. Beręsowiczowi udaje się sprytnie pokazać, które pokolenie jako pierwsze skorzystało z takich nowinek technicznych jak aparat fotograficzny, żelazko bez duszy, prąd czy stetoskop. Dodatkowo wpisanie rozwoju myśli technologicznej w historię zwykłej rodziny, z którą każdy może się utożsamić, uświadamia, że to wszystko nie pojawiło się przed tysiącleciami, że technologia zmienia się na naszych oczach. A wraz z nią zmienia się nasze życie.  
„Poczet psujów polskich” Paweł Beręsewicz, Nikola Kucharska, Wydawnictwo Literatura


Klimat książki współtworzą utrzymane w stylistyce retro ilustracje Nikoli Kucharskiej. Ciepłe i zabawne dowcipnie dopowiadają historię.

„Poczet psujów polskich” Paweł Beręsewicz, Nikola Kucharska, Wydawnictwo Literatura

Chyba każdy w dzieciństwie lubił słuchać opowieści o przygodach rodziców, babć i dziadków z czasów, gdy byli mali. „Poczet psujów polskich” wpisuje się więc w naturalną potrzebę odkrywania rodzinnych tajemnic. A te im bardziej kompromitują poukładanych dorosłych, tym ciekawiej, lepiej. Przecież odpowiedzialni rodzice też byli dziećmi, popełniali błędy, zaliczali wpadki. Słowem odkrywali świat. Sztafeta pokoleń to także historia zepsutych komórek, aparatów, żelazek. I (prawdopodobnie) domowych robotów. A wy? Na pewno znajdziecie swoje własne rodzinne dykteryjki. Każdy z nas przecież ma w sobie odrobinę psuja.


POCZET PSUJÓW POLSKICH
Tekst: Paweł Beręsewicz
Ilustracje: Nikola Kucharska
Wydawnictwo: Literatura
Data wydania: 2016
Seria: Poduszkowce
Oprawa: twarda
Liczba stron: 64
Format / forma: maksi
Sugerowany wiek: 4+

„Karmelek”, czyli każdy ma swoje miejsce w zagrodzie

27 sierpnia

„Karmelek”, czyli każdy ma swoje miejsce w zagrodzie

Zwykłe gospodarstwo z typowymi mieszkańcami: krową, owcą, kurą i kogutem. Gospodarz z sumiastym wąsem, gospodyni śpiąca z wałkami na głowie. Nad łóżkiem landszafcik. Psia buda, płot z klasycznymi drewnianymi sztachetami. Nostalgicznie? Sielsko? To nie są jednak elementy świata przedstawionego z filmu animowanego sprzed czterdziestu lat, to obraz pewnej współczesnej wiejskiej zagrody, w której zamieszkał uroczy szczeniaczek, tytułowy bohater książki Marty Guśniowskiej „Karmelek”.

„Karmelek” Marta Guśniowska, Robert Romanowicz, Wydawnictwo Tashka

Karmelek, jak każdy, chce być pożyteczny, chce działać, coś robić, być w czymś dobry. Za wzór stawia sobie pozostałych mieszkańców gospodarstwa, w którym każdy pełni jakąś niezwykle ważną funkcję. Krowa daje mleko, kura jajka, owca wełnę, kogut pracuje jako budzik. Karmelek nie zamierza być gorszy, więc próbuje różnych aktywności. Z jakim skutkiem? Oczywiście łatwo przewidzieć, że katastrofalnym. Nie martwcie się jednak, ta prosta, ujmująca historia kończy się szczęśliwie.
„Karmelek” Marta Guśniowska, Robert Romanowicz, Wydawnictwo Tashka

„Karmelek” Marta Guśniowska, Robert Romanowicz, Wydawnictwo Tashka

Marta Guśniowska stworzyła klasyczną, nieco staroświecką historię pełną ciepła i humoru z mądrym i kojącym przesłaniem. Podanym wprost, na tacy, co nie dziwi, gdyż rzecz przeznaczona jest dla najmłodszych dzieci. Klimat opowieści przypomina mi filmy animowane, które oglądałam w dzieciństwie, a szczególnie przygody dwóch kotów Filemona i Bonifacego. Sam Karmelek jak wspomniany Filemon właśnie poznaje świat, przygląda mu się z dziecięcą naiwnością.
„Karmelek” Marta Guśniowska, Robert Romanowicz, Wydawnictwo Tashka
Autorka posłużyła się rzadko dziś spotykaną rymowaną formą, która na szczęście nie razi infantylnością ani wtórnością. Nie oczekujcie poetyckiego arcydzieła, to typowo użytkowa wierszowanka, która ma przede wszystkim na celu zaciekawienie czytelnika, skupienie uwagi najmłodszych odbiorców. Zwykła rytmizacja tekstu to jeden z podstawowych i najbardziej efektywnych środków pozwalających uzyskać ten efekt. Rymy są więc proste, czasami wręcz szkolne, ale w większości przypadków udane, fraza płynie lekko, w sam raz do głośnego czytania wspólnie z dzieckiem. Wszystko gra.

„Karmelek” Marta Guśniowska, Robert Romanowicz, Wydawnictwo Tashka

Całość uzupełniają równie ciepłe i urocze ilustracje Roberta Romanowicza. Zaokrąglone kształty, wyraziste kolory i oszczędne wykorzystywanie przestrzeni tworzą przyjazną dziecku atmosferę. Efekt wzmacniają portrety zapadających w pamięć postaci i wszechobecny humor czytelny dla czytelnika w każdym wieku.

„Karmelek” Marta Guśniowska, Robert Romanowicz, Wydawnictwo Tashka

Warto również zwrócić uwagę na jakość wydania książki. Nietypowy, choć charakterystyczny dla wydawnictwa Tashka wydłużony kształt przyciąga uwagę. Zaokrąglone brzegi, lakierowania na okładce, stylizowany na postarzany papier i beżowe tło współtworzą klimat opowieści. Niedzisiejszy, jak za dawnych lat.

„Karmelek” Marta Guśniowska, Robert Romanowicz, Wydawnictwo Tashka


„Karmelek” to po prostu opowieść, która zaskakuje spokojem. Jakby świat stanął w miejscu, by szczeniak mógł odnaleźć swoje szczególne przeznaczenie. To także historia w czytelny już dla najmłodszych sposób pokazująca, co tak naprawdę liczy się w życiu. Wreszcie to skuteczna baśniowa kuracja pozwalająca uwierzyć w siebie, w swój talent, we własne możliwości. I antidotum na bezmyślne naśladowanie innych. Czytajcie już dwulatkom. Polubią Karmelka.


KARMELEK
Tekst: Marta Guśniowska
Ilustracje: Robert Romanowicz
Wydawnictwo: Tashka
Data wydania: 2018
Liczba stron: 56
Oprawa: twarda
Format / forma: długa i chuda
Sugerowany wiek: 2+


„Moje maleństwo”, czyli intymność, wzruszenie i przemijanie

19 sierpnia

„Moje maleństwo”, czyli intymność, wzruszenie i przemijanie



Niepozorne, niedopowiedziane, szczere i intymne aż do bólu „Moje maleństwo” to książka zmuszająca czytelnika do zatrzymania się na chwilę, do refleksji. Germano Zullo w lapidarnym tekście i Albertino w równie powściągliwym obrazie stworzyli emocjonalną petardę, która nikogo nie pozostawi obojętnym. Szczególnie matek i synów, gdyż o takiej właśnie zwykłej i wyjątkowej jednocześnie relacji opowiada ta historia.

„Moje maleństwo” Germano Zullo, Albertino, Wydawnictwo Wytwórnia

W minimalistycznej formie, dosłownie kilku słowach, paru kreskach autorom udało się oddać samą istotę rodzicielstwa, niepowtarzalnej więzi pomiędzy tą, która dała życie, a potomkiem. Miłość, którą trudno nazwać, uczucie tak oczywiste, że aż niemożliwe wydaje się mówienie o nim. Figura matki próbującej nieporadnie przełożyć uczucia na zwykły język wzrusza, przejmuje. Rozumiem ją, czuję się nią.

„Moje maleństwo” Germano Zullo, Albertino, Wydawnictwo Wytwórnia

Tam, gdzie mowa nie wystarcza, nie trafia w sedno, gest, działanie stają się właściwym nośnikiem treści. Od początku, od narodzin. Przytulenie, wspólny czas, uściśnięcie dłoni. Bliskość i bezpieczeństwo. Bezwarunkowe. Każdy kadr to wariacja na ten temat. Pusta przestrzeń, w której nic nie odwraca naszej uwagi od bycia razem, i matka z synem, którzy po prostu są. Zmieniają się w czasie, rosną i maleją, ich role również podlegają wymianie zgodnie z cyklem życia. Weźcie książkę w dłoń, szybko przekartkujcie. Zobaczycie krótki, ale niezwykle bogaty w treść, film o pokoleniowej zmianie, przejmującą historię przemijania.
 

„Moje maleństwo” Germano Zullo, Albertino, Wydawnictwo Wytwórnia


Na oszczędnych, wręcz ascetycznych, czarno-białych ołówkowych ilustracjach Albertine w punkt uchwycił dziecięce wyobrażenie o dorosłych, o gwarantach bezpieczeństwa. W oczach najmłodszych są oni tacy wielcy jak giganci, tacy stali jak skały. Lecz z każdym dniem, stają się coraz mniejsi, coraz bardziej krusi. Aż znikają. Jak mama. Im jesteśmy więksi, dojrzalsi, tym drobniejsi wydają się być nasi rodzice, dziadkowie. Na ostatniej rozkładówce widzimy już tylko "byłe" dziecko wypełniające cały kadr.

„Moje maleństwo” Germano Zullo, Albertino, Wydawnictwo Wytwórnia

Nie potrafię jednoznacznie określić, dla kogo przeznaczona jest ta pozycja. Czy młodsze dziecko zrozumie mimo wszystko trudny i złożony przekaz, czy zdoła odczytać wszystkie zaklęte w tekście i obrazie emocje? Pewnie nie. Odczyta swoją własną historię. Może zwróci uwagę na bliskość, może na wspólny czas, a może na zabawę i niesamowity taniec matki i syna. I dobrze, gdyż maluchy jeszcze mają czas na refleksje o przemijaniu. W moim przypadku „Moje maleństwo” uderzyło w najczulszą strunę. Matczyną, ludzką. Spłakałam się, lecz nie był to smutny płacz. To raczej wzruszenie i wdzięczność za to, że dane mi jest doświadczenie bycia matką. Bycia matką syna i bycia matką córki. I że jeszcze tyle przed nami, gdyż na razie jesteśmy na etapie chronienia się pod pachą. Gdzieś w połowie. Nie rozstanę się moim maleństwem. Nigdy. Nawet gdy to ja będę znikać.


„Moje maleństwo” w 2016 roku zdobyło nagrodę na prestiżowych targach książki dziecięcej w Bolonii w kategorii fiction. Zasłużenie.


MOJE MALEŃSTWO
Tekst: Germano Zullo
Ilustracje: Albertine
Tłumaczenie: Jacek Mulczyk-Skarżyński
Wydawnictwo: Wytwórnia
Data wydania: 2019
Oprawa: twarda
Liczba stron: 74
Format/forma: midi
Sugerowany wiek: dla każdego, dorośli

Cztery sztuki sztuki, czyli dzieł czytanie, artystów identyfikowanie

01 sierpnia

Cztery sztuki sztuki, czyli dzieł czytanie, artystów identyfikowanie


Jak rozmawiać z dziećmi o sztuce? Jak pomóc zrozumieć jej istotę, to, co odróżnia dzieło od zwykłej rzeczy, kreację od czynności, performans od życia? Czy da się w prosty sposób wyposażyć najmłodszych w kod niezbędny do rozpoznania i odczytania współczesnej sztuki odbieranej nawet przez wielu dorosłych jako coś hermetycznego, zamkniętego, niedostępnego. Przyznam się szczerze, że też czasami nie rozumiem, czuję się bezradna, próbując rozpaczliwie odkryć zaklęty w niektórych dziełach sens.

Z tymi, które pojawiają się na kartach czterech wybranych przeze mnie książek o sztuce dla dzieci, na szczęście nie miałam problemów ani ja, ani młodzi czytelnicy. Dekodowanie przebiegało bez zarzutu. I dzieła bowiem zacne, znane, ale ciekawe, i osoby te dzieła przybliżające stanęły na wysokości zadania. Oto „Bałwan w lodówce” Łukasza Gorczycy, zilustrowany przez Krzysztofa Gawronkiewicza, „Kto to jest artysta” Zofii Dubowskiej-Grynberg i Jana Bajtlika, „Zachęta do sztuki” również Zofii Dubowskiej w opracowaniu graficznym Natki Luniak i najnowsza propozycja „Wszystko widzę jako sztukę” Ewy Solarz z grafiką Roberta Czajki.

„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING, „Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki, „Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki, „Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia


Pierwsza pozycja, „Bałwan w lodówce” autorstwa Łukasza Gorczycy, stanowi jedyną w tym zestawieniu narracyjną próbę zaciekawienia dzieci światem obrazów i kreacji. Już tytuł bawi i intryguje, a zgrabne historyjki opowiadające o perypetiach dwójki rodzeństwa są w tym przypadku pretekstem do rozmów o istocie sztuki, o tym, kim jest artysta, jaka jest jego rola i jak odróżnić akt twórczy od zwykłego pospolitego działania.

„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
Wszystko te pozornie trudne rozważania wplecione zostały w codzienność, w zwykłe domowe sprawy. Ot, normalne dyskusje przy obiedzie, jakiś spacer, przejażdżka autobusem. Okazuje się, że sztuka kryje się wszędzie. W tym przypadku to nie dziwi, tata bohaterów tak jak i autor książki (współtwórca znanej galerii Raster) zawodowo zajmuje się sztuką współczesną i w takim właśnie artystycznym światku toczy się codzienność rodziny. Świadomy odbiorca widzi bowiem więcej, profesjonaliście nic nie umknie.
„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING

Nie w każdym jednak domu na ścianie wisi Hasior, nie każdy od oseska nasiąka specyficznym językiem niezbędnym do odkodowania współczesnej sztuki. Wielu z nas wydaje się, że mieszka ona gdzieś daleko, w obcych, zimnych przestrzeniach muzeów, galerii. Że to my musimy do niej pójść, pokłonić się nisko i zachwycić. Autorom udało się odczarować to błędne założenie. Dobrane przykłady pokazują, że tak naprawdę to sztuka szuka nas, wkracza na zwykłe terytoria - do parku, do autobusu, na miejskie mury.


„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
Poszczególne historie napisane są prostym, jasnym, dość ciekawym językiem. Niektóre scenki rozczulają, Gorczyca świetnie oddał lekko naiwne i całkowicie szczere dziecięce spojrzenie na sztukę. Niestety, nie we wszystkich przypadkach udało mu się jasno rozwiać naturalne wątpliwości młodszych, szczególnie te dotyczące granic pomiędzy tym, co wolno artyście, a czego nie wolno dziecku. Miałam poczucie, że dziecięca ciekawość, skłonność i do naśladowania, i do eksperymentowania rozbudzona przez dorosłych przerosła nieco tych drugich. Zabrakło argumentów, pojawiło się klasyczne bo tak.

„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING

Jak na książkę o sztuce przystało, pozycja została starannie wydana. Twarda okładka, płócienny grzbiet nadają jej elegancji. Przejrzysty i konsekwentnie stosowany układ kompozycyjny ułatwia lekturę. Ciepłe, pełne humoru i nienachalnej symboliki ilustracje kojarzonego do tej pory przeze mnie raczej ze sztuką komiksu Krzysztofa Gawronkiewicza dodają jej nieco zawadiackiego charakteru. Zabrakło jedynie realnych zdjęć pojawiających się dzieł, za to po każdym rozdziale umieszczono przystępną notkę biograficzną artysty pojawiającego się w opowiadaniu. W sumie poznamy ponad dziesięciu twórców, zarówno malarzy, jak i performerów, w tym m.in. Pawła Althamera, Romana Opałkę, Oskara Dawickiego, Marinę Abramović, Julitę Wójcik i Władysława Hasiora.


„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING
„Bałwan w lodówce” Łukasz Gorczyca, Krzysztof Gawronkiewicz, Fundacja Sztuki Polskiej ING

W „Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg i Jan Bajtlik próbują poprzez całkowitą integrację słowa i obrazu przybliżyć najmłodszym różne aspekty twórczej działalności - wycinanie, lepienie, rysowanie, budowanie, filmowanie, fotografowanie, a nawet szydełkowanie.
„Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki

Pierwsze rozkładówki tworzą bazę, definicyjną podstawę. Wiemy, o czym mówimy, mamy konkret. Na kolejnych stronach autorzy idą krok dalej, dopowiadają, ukonkretniają, pokazują nie tylko działanie, ale i obiekt twórczej obróbki. To, co można namalować, budować, złożyć. Wreszcie to, że można cytować lub przetwarzać dzieła innych.

Następny etap to próba odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule. Kim jest artysta, jaki bywa, a przede wszystkim, w jaki sposób widzi i interpretuje otaczającą go rzeczywistość. Cieszy, że autorzy zwrócili uwagę na społeczne zaangażowanie twórców i na fakt, że sztuka nie zawsze jest ładna.


„Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
Autorzy mówiąc o sztuce, jednocześnie ją tworzą. Każda rozkładówka to kolaż, zabawa słowem, typografią, formą. Prościutki tekst koresponduje czasami wprost, czasami przewrotnie z oprawą graficzną, w której jako punkt wyjścia wykorzystano prawdziwe dzieła (ich lista wraz ze zdjęciami i krótkim opisem znajduje się na końcu książki).

Byłoby doskonale, gdyby nie czytelność niektórych czcionek. Zastosowany kolor i kształt spowodował, że giną w tle. A może niepotrzebnie się czepiam. Może to celowy zabieg, skupiający uwagę odbiorcy na dłużej, wymagający (dosłownie) wysiłku poznawczego. W końcu to dzieło artystów, a oni według książki robią to, co chcą. Lubię nieoczywistość tej pozycji, niedpowiedzenie przeplatające się z konkretem, wiem jednak, że przynajmniej pierwsza lektura wymagać będzie dorosłego przewodnika, kogoś, kto naprowadzi na pewien sposób myślenia.
„Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Kto to jest artysta” Zofia Dubowska-Grynberg, Jan Bajtlik, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Kto to jest artysta” to wysmakowany picturebook pokazujący dzieciom już w wieku przedszkolnym dialog pomiędzy słowem a obrazem, interakcję pomiędzy tym, co podane wprost a tym, czego sami musimy się doszukać, korzystając z naszego zaplecza, z tego, co wiemy i o sztuce, i o świecie. Nie ma lepszej formy do uświadomienia najmłodszym, czym jest sztuka, niż ona sama, niż konkretny przykład, niż artystyczna forma. Tak jak w tym przypadku. I choć pozornie książka wydaje się trudna, nietypowa, zaufajcie dzieciom. 

„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki

Kolejna pozycja - „Zachęta do sztuki” - to typowa współczesna książka o sztuce, w której autorka, Zofia Dubowska, po kolei rozkłada na czynniki pierwsze wybrane współczesne dzieła. Porządna robota, choć pozycja ta na tle pozostałych jest raczej zachowawcza. Dwadzieścia pięć prac polskich artystów, w tym obrazy, rzeźby, kompozycje, solidnie zaanalizowano na poziomie dostępnym dla dzieci. Poznajemy dzieła m.in. Henryka Stażewskiego, Katarzyny Kozyry, Jerzego Nowosielskiego i Wilhelma Sasnala.
„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki

Nie myślcie jednak, że dzieci będą się nudzić. Poprzez ciągłe zadawanie pytań autorka pokazuje, w jaki sposób patrzeć na dzieła, czego w nich szukać, na co zwracać uwagę. Prosty język, brak zbędnej terminologii powodują, że nawet młodsze dzieci nie będą czuły się przytłoczone, onieśmielone. W książce nie brakuje przy tym prowokujących pytań o istotę sztuki, przekraczanie przez artystów granic. I jest kapusta. A ja lubię kapustę.

„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki

Oprócz możliwych kluczy interpretacyjnych czytelnicy znajdą tu także propozycje własnych nie tylko artystycznych działań. Choć wypadają one nieco blado, jeśli uwzględnimy bogactwo różnych współczesnych książek aktywnościowych, mogą inspirować i do tworzenia, i do odkrywania sztuki wokół siebie. Wyostrzają wzrok.

„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
Bardzo lubię przystępny, czytelny układ graficzny tej pozycji. Tu wszystko ma swoje miejsce, łatwo odnaleźć potrzebne treści. W tekst wplecione zostały oryginalne zdjęcia omawianych dzieł urozmaicone zabawnymi ilustracjami. Na pierwszy rzut oka panuje tu barwny chaos, ale po lekturze okazuje się, że kolorystyka tła, czcionek w każdym przypadku ściśle współgra z prezentowanymi pracami. Na końcu książki na trzech rozkładówkach czytelnicy znajdą również słowniczek trudnych wyrazów.

„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
„Zachęta do sztuki” Zofia Dubowska, Natka Luniak, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
W ostatniej z książek - „Wszystko widzę jako sztukę” - Ewa Solarz unika jak ognia prostych odpowiedzi na odwieczne pytanie, co artysta miał na myśli. Autorka jedynie pokazuje, daje kontekst i tyle. Aż tyle, gdyż kontekst ten jest bardzo bogaty, zróżnicowany, czasami zaskakujący. Znajdujemy tu tropy, którymi możemy podążać, ale możemy skręcić w zupełnie inną stronę, stworzyć własną ścieżkę.


„Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia
„Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia

Tło interpretacyjne stanowią między innymi wypowiedzi samych artystów, ciekawostki biograficzne bezpośrednio związane z omawianymi dziełami. Czytelnik ma wrażenie, że nawiązuje dialog z twórcą, poznaje jego tajemnice, wizję świata, wyjątkową osobowość. Czujemy, że sztuką zajmują się ludzie z krwi i kości, różni. Łączy ich jedno - niestandardowe spojrzenie na rzeczywistość, umiejętność dostrzegania nietypowych, nieoczywistych powiązań, tego, co na pierwszy rzut oka niewidoczne. Wykorzystana w tytule książki wypowiedź Julity Wójcik, autorki słynnej Tęczy z warszawskiego placu Zbawiciela, „wszystko widzę jako sztukę” tak naprawdę mogłaby paść z ust każdego z bohaterów. Każdy z nich jednak widzi ją inaczej, we właściwy sobie sposób. Inny obiekt ulega twórczemu przeobrażeniu. Obieranie ziemniaków, rachunek prawdopodobieństwa, niebieska taśma, tęcza.

Czasami pokazana zostaje geneza dzieła, sam początek procesu twórczego, ten moment inspiracji, natchnienia. Innym razem autorka skupia się raczej na samym akcie tworzenia, podgląda, zdradza tajniki warsztatu.
„Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia
„Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia

W przeciwieństwie do poprzednich pozycji ta skierowana jest raczej do dzieci w wieku szkolnym, choć i starsi znajdą tu wiele ciekawostek, nowych faktów, znaczeń. Autorka traktuje bowiem odbiorcę poważnie, niezależnie od jego wieku zakłada już jakąś bazową wiedzę. Skrupulatnie przy tym pilnuje, by wszystkie potencjalnie trudniejsze terminy zostały wytłumaczone w prosty sposób.

„Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia
„Wszystko widzę jako sztukę” Ewa Solarz, Robert Czajka, Wytwórnia
O klasie oprawy graficznej autorstwa Roberta Czajki świadczy główna nagroda w Konkursie Książka Roku 2018 Polskiej Sekcji IBBY w kategorii ilustracje i koncepcja graficzna. Nowoczesna forma, wykorzystanie geometrycznych kształtów i ograniczona, dość charakterystyczna i nieoczywista paleta barw (dominująca żółć, złamana niebieskim i różem) sprawiają, że książka jest niezwykle świeża, energetyczna. Pozornie prosta okładka dzięki wyrazistej kolorystyce i intrygującemu rysunkowi przyciąga wzrok. Na końcu umieszczono również oryginalne zdjęcia omawianych dzieł.

Warto wspomnieć, że książka towarzyszyła wystawie pod tym samym tytułem, którą oglądać mogliśmy w 2018 roku w warszawskiej Zachęcie. Jej kuratorem była oczywiście Ewa Solarz.

----------------------

We wszystkich omówionych książkach przewijają się te same dzieła, te same nazwiska. Znane, ikoniczne, często obecne w popularnym obiegu. W trzech pozycjach wyłącznie polskie, jedynie „Bałwan w lodówce” sięga również po zagraniczne przykłady. Za każdym jednak razem mamy do czynienia z innym spojrzeniem, z odmiennym filtrem interpretacyjnym, różnym kontekstem. To ciekawe doświadczenie pokazujące wieloznaczność sztuki, niejednoznaczność symboliki. Najważniejsze jednak przesłanie podkreślane przez autorów wszystkich omówionych przeze mnie pozycji to obecność sztuki wszędzie wokół nas i wbrew obiegowym opiniom jej dostępność dla każdego - od najmłodszego do najstarszego. Sprawdźcie więc, dlaczego artyści trzymają bałwana w lodówce, oklejają przestrzeń niebieską taśmą i obierają ziemniaki w galeriach. I co sprawia, że przekrojona kapusta staje się dziełem, a nie bigosem.


BAŁWAN W LODÓWCE
Tekst: Łukasz Gorczyca
Ilustracje: Krzysztof Gawronkiewicz
Wydawnictwo: Fundacja Sztuki Polskiej ING
Data wydania: 2017
Liczba stron: 128
Oprawa:
twarda z płóciennym grzbietem
Format/forma: klasyczna książka prawie maksi
Sugerowany wiek: 4+



KTO TO JEST ARTYSTA
Tekst: Zofia Dubowska
Ilustracje: Jan Bajtlik
Wydawnictwo: Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki
Data wydania: 2013
Liczba stron: 52
Oprawa: twarda
Format / forma: kwadratowe midi
Sugerowany wiek: 3+


ZACHĘTA DO SZTUKI
Tekst: Zofia Dubowska-Grynberg
Projekt graficzny: Natka Luniak
Wydawnictwo: Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki, Muchomor
Data wydania: 2008
Liczba stron: 64
Oprawa: twarda
Format / forma: midi
Sugerowany wiek: 5+



WSZYSTKO WIDZĘ JAKO SZTUKĘ
Tekst: Ewa Solarz
Ilustracje: Robert Czajka
Wydawnictwo: Wytwórnia
Data wydania: 2018
Liczba stron: 64
Oprawa: twarda
Format / forma: odwrócony prostokąt
Sugerowany wiek: 7+


Copyright © 2017 Mamobab czyta